Szczęsny zaczął płakać przez Skype'a. "Trzeba było zostawić przyjaciół? Zostawiał"

Dawid Szymczak
Ze Szczęsnych to Jan częściej słyszał, że ma talent i zrobi karierę. Ale to Wojciech wszystko nadrabiał determinacją i pewnością siebie. - Ja patrzyłem na kolegów, on na zrobienie kariery. Mało kto wie, że dzisiaj więcej czasu niż na treningach spędza na analizie gry: swojej, całego zespołu, następnego przeciwnika, napastnika rywali - opowiada starszy z braci.

Z okazji nadchodzącego Euro, które ma być pożegnaniem Wojciecha Szczęsnego z reprezentacją, publikujemy zaktualizowaną wersję tekstu z czerwca 2021 roku.

Wojciech Szczęsny ani nie jest najbardziej pracowitym piłkarzem tej kadry, ani najbardziej utalentowanym. Nigdy też nie próbował z tym walczyć, nie chciał pozować na superpiłkarza. Nie kryje swojej słabości do słodyczy, zaprasza prezydenta na papierosa i śmieje się, że jak kiedyś poszedł do siłowni, to złamał obie ręce. Na czym zatem zbudował swoją karierę?

Zobacz wideo To nie żart... Tak Tureccy kibice zachowywali się w trakcie meczu z Polską

– Za dzieciaka to mnie trenerzy wróżyli większą karierę – mówi Jan Szczęsny, trzy lata starszy brat Wojciecha. – Tylko ja do tego wszystkiego podchodziłem bardziej po lesersku. Może też z taką myślą, że skoro mój tata jest znanym bramkarzem, to będzie mi łatwiej. Swego czasu zamiast wybrać głową, wybrałem sercem, czyli zamiast pójść do klubu, który dobrze rozwija zawodników, poszedłem do tego klubu, co moi koledzy z klasy. Mieliśmy fajną paczkę, trzymamy się zresztą do dzisiaj, ale karier nie zrobiliśmy. A Wojtek? Odwrotnie. On od początku miał wielkie pragnienie, żeby zostać sportowcem, i gotowy był wszystko temu podporządkować. Trzeba było zostawić przyjaciół? Zostawiał. Trzeba było przeprowadzić się do Londynu? Pakował walizkę. Później płakał przez Skype'a, że tęskni. Normalna sprawa. Ale wytrzymał w tym, rozumiał, że w życiu często jest coś za coś. To jest ta różnica: ja wolałem grać w piłkę z kumplami. Nie byłem tak zdeterminowany jak on. Nie byłem gotowy tyle poświęcić.

– A dzisiaj? Mało kto wie, że Wojtek więcej czasu niż na treningach spędza na analizie gry: swojej, całego zespołu, następnego przeciwnika, napastników rywala. Każdy mecz analizuje: co można było zrobić lepiej, co zrobił dobrze, co należy zrobić, żeby wyeliminować pewne błędy. I dalej: każdy napastnik ma inny styl gry, inaczej się zachowuje w różnych sytuacjach, inaczej wykonuje rzuty karne. Wojtek chce to wszystko wiedzieć przed meczem. Chce być gotowy na wszystko. Mecze rozgrywa w głowie długo przed pierwszym gwizdkiem. Na najwyższym poziomie praca bramkarza to przede wszystkim praca mentalna, ciągła analiza. Może bramkarzowi bliżej dzisiaj do intelektualisty niż pracownika fizycznego? – uśmiecha się Jan Szczęsny.

W ostatnim czasie kibice coraz częściej przekonują się, jak dokładnie Szczęsny analizuje swoich rywali. Podczas mistrzostw w Katarze obronił rzut karny Firasa Al-Buraikana w meczu z Arabią Saudyjską i Leo Messiego w spotkaniu z Argentyną. Później pokrótce opowiadał, ile zebrał informacji o strzałach Messiego. Zwracał uwagę na jego nabieg i mowę ciała, ale też moment meczu i wynik. Wiedział bowiem, że Messi ważne karne – pod presją, przy niepewnym wyniku – najczęściej uderza w lewą stronę bramkarza. Tam właśnie się rzucił i obronił.

Jak daleko stoi Wojciech Szczęsny-piłkarz od Wojciecha Szczęsnego-brata?

Jadąc na spotkanie z Jankiem, zastanawiałem się: "A może Wojtków Szczęsnych jest dwóch? Jeden pokazuje się kibicom, że jest bardzo pewny siebie, podkreśla, jak duży ma dystans do piłki, a drugi wchodzi do domu, zamyka drzwi i mało kto wie, jaki naprawdę jest? Może to jak ze Zlatanem Ibrahimoviciem, który wykreował swój wizerunek, uwypuklając pewne cechy charakteru?".

– Na pewno Wojtek nie podkolorowuje tej swojej pewności siebie. On taki faktycznie jest. Może to miejsce, w którym dorastał, może niełatwe dzieciństwo, może rozwód rodziców, może wyjazd do Londynu, gdy był dzieciakiem i bardzo średnio znał język? Musiał wypłynąć na szeroką wodę i sobie poradzić. Nie miał kapoka ani koła ratunkowego. Może wtedy nabrał tej pewności, że zawsze sobie da radę? – zastanawia się starszy brat. – Ale też zawsze był charakterniakiem. U nas na osiedlu czy w szkole nie spędzał czasu ze swoimi rówieśnikami, tylko z moimi kolegami. Zawsze dążył do tych starszych, lepszych, tych, którzy mogą więcej. I na każdym kroku próbował udowadniać, że on nie jest tylko tym smrodem, który się będzie za nami ciągnął, ale jednym z nas.

– Wojtek-człowiek i Wojtek-piłkarz stoją blisko siebie. On jako piłkarz nie stara się kreować wizerunku ultraprofesjonalisty. Nie próbuje się wstrzelić w kanon sportowca. Nie ma problemu, żeby pokazać, że ma na coś wywalone. To nie maska, bo w życiu naprawdę tak ma. On ma luz. Nie obchodzi go, że na boisku wpuścił szmatę, nie rozpamiętuje nietrafionej inwestycji. Stało się, analizuje i idzie dalej – mówi Jan Szczęsny.

– Oczywiście bolą go porażki, ale na pewno nie podchodzi do nich tak, że świat się kończy, bo przegrał mecz. Jest to dodatkowa mobilizacja, by w kolejnym spotkaniu udowodnić, że to był tylko wypadek przy pracy. Tak samo nie przypominam sobie meczu, w którym Wojtek zawaliłby dwie bramki. Może zawalić jedną, ale nic za tym nie idzie. On nie panikuje, nie zadręcza się, nie pogrąża w myślach, że nawalił. U niego nie ma tego efektu domina. A to przecież natura ludzka, pomyśleć sobie podczas meczu: "Aj, zawaliłem, możemy przeze mnie przegrać 0:1". Ale zaraz jest następna akcja. Wojtek po błędzie robi reset. Zapomina. Gra od nowa. I dopiero następnego dnia: pokój, laptop, analiza, wnioski.

– Są rzeczy, których nie widać, a które on robi. Nie chwali się nimi, woli powiedzieć, że podjada słodycze. Wojtek nigdy nie chciał być wyciągany na piedestał jako wzór do naśladowania, bo za taki się nie uważa. Z tymi słodyczami to prawda. Straszną ma słabość! Na szczęście żona go pilnuje. Jakby Wojtka zostawić samopas na trzy tygodnie, to trzy kilogramy by mu mogły przyjść. Wracając: może o tym wszystkim nie mówi, bo kanon sportu to dzisiaj piękne ciało, znakomita kondycja, dieta i ciężki trening. Trudniej opowiadać, że siedzi się przed monitorem i analizuje. Jego sukces jest w głowie, więc trudnej to pokazać. Poza tym, to jego know-how. Nie musi nikomu ułatwiać – uważa Jan Szczęsny.

Kanał "Łączy nas piłka" publikuje zakulisowe nagrania ze zgrupowania reprezentacji Polski. W pierwszym filmie widzimy, że Wojciech Szczęsny przychodzi na trening z dwoma lewymi butami. W kolejnym spóźnia się na odprawę selekcjonera. Jest dużo śmiechu, że to znowu on. Lekkoduch?

– Dojrzał bardzo szybko, ale nie w taki sposób, że musi mierzyć się z problemami życia codziennego, więc tego lekkoducha ma w sobie bardzo dużo. Przypomina mi się, jak sprzedał działkę Robertowi Lewandowskiemu. Ich obu nie było w Warszawie, więc ja i przyjaciel Roberta załatwiliśmy wszystko w ich imieniu. Poszliśmy do notariusza, załatwiliśmy co trzeba. Po roku pytam Wojtka, czy Robert coś już na tej działce buduje. Na co Wojtek: "O kurde, dobrze, że mówisz, ja jeszcze kasy od niego nie dostałem. Zapomniałem". Ma takie rzeczy, które nie zaprzątają mu głowy. Teraz wyszło z tymi dwoma lewymi butami, ale przypomina mi się, że w nagraniu "Turbokozaka" w Canal+ wystąpił w adidasach, bo zapomniał korków. On jakby był skoczkiem narciarskim, mógłby usiąść na belce bez nart. Jak u nas, powiedzmy do drugiej ligi, nie spakujesz sobie na mecz rękawic, to nie będziesz bronił. Wojtek zawsze był na takim poziomie, że ktoś za niego takie sprawy załatwiał. Pytał go tylko: "Chcesz na ten mecz czarne buty czy niebieskie? Rękawice białe czy czerwone?".

– A czy ten lekkoduch, za którego często pracownicy klubu załatwiali formalności, poradzi sobie po karierze? – pytam Jana Szczęsnego.

– Jest świadomy swojej wartości, jest inteligentny. Zna perfekcyjnie angielski, perfekcyjnie włoski, zna obie te ligi. Pewnie będzie ekspertem w którejś stacji. Ma fajne spostrzeżenia, dobre poczucie humoru. Poradzi sobie. Poza tym lubi projektować. Dużą część mieszkań, które kupuje, urządza sam. Może po karierze będzie miał więcej czasu, żeby w pełni się temu oddać? Może wtedy przyjdzie do niego faktura, którą będzie musiał wklepać w system bankowy? Chociaż nie, znając go, nadal będzie miał od tego ludzi.

Nazwisko Szczęsny. Pomagało czy przeszkadzało?

Maciej Szczęsny, ojciec Jana i Wojciecha, też był bramkarzem. Grał w reprezentacji Polski, ale największe sukcesy osiągał w klubach: dwa razy zdobył mistrzostwo z Legią Warszawa, a po razie z Wisłą Kraków, Widzewem Łódź i Polonią Warszawa.

– Na pewno to naznaczyło nam kierunek rozwoju. Każde dziecko chce być jak ojciec, tym bardziej, jeśli wszyscy tego ojca chwalą. My tego słuchaliśmy i wiedzieliśmy, że też chcemy iść w sport i też chcemy być bramkarzami. Do pewnego momentu nazwisko na pewno nam pomagało, ale później już nie. Jak Wojtek poszedł do Arsenalu, to w mediach powiedzieli, że stary mu załatwił, albo przynajmniej pomógł. Nikt nie wiedział, że wcześniej był jeszcze w dwóch innych klubach – w Evertonie i WBA. W każdym z tych klubów go chcieli, a takie gadanie, że ojciec załatwił, trochę mogło mu podciąć skrzydła. Jego kariera pokazała, że ojciec niczego załatwiać nie musiał. Wojtek radzi sobie w każdym klubie, do jakiego trafia. Znaczy coś na światowej arenie – uważa starszy z braci Szczęsnych.

– W zasadzie po każdym meczu Legii, na którym byliśmy, przechodziliśmy przez barierki i ojciec z nami grał. Inni patrzyli, a my mogliśmy pokopać na murawie. Jak strzelaliśmy gole, to kibice nam klaskali. Od małego byliśmy przesiąknięci piłkarską szatnią. Znaliśmy się ze wszystkimi piłkarzami Legii, z całymi ich rodzinami, czasami się jeździło z nimi na wakacje. I wtedy też graliśmy w piłkę. Taki był sposób spędzania wolnego czasu. To ukierunkowywało – uśmiecha się Jan.

– Z moich obserwacji ojcem jest świetnym. Ma możliwość, żeby się bawić ze swoim synem, i w tym czasie nie zadręczają go problemy życia codziennego, znane Kowalskiemu i Nowakowi. Może oddzielić swoje życie prywatne od zawodowego. Nikt go ojciecwieczorem nie odrywa jakimiś mailami i projektami na wczoraj. Jak się bawi z Liamem, to znika. Nie ma go. Możesz mu mówić, że giełda upada, że budynek się wali. Nie ma to znaczenia. Jest zakochany w tym synu bez granic.

Czerwona kartka, kontuzja, Senegal i gol samobójczy. A nagle? Wielka zmiana

Szczęsnemu długo brakowało w kadrze momentów godnych oprawienia w ramkę. Im większa była scena, tym więcej było w jego występach pecha i błędów. To on jechał na trzy ostatnie mistrzostwa jako podstawowy bramkarz. W 2012 roku w meczu otwarcia z Grecją dostał czerwoną kartkę, w Euro 2016 miał pecha i już w pierwszym meczu złapał kontuzję, dwa lata później był współwinny utraty pierwszego gola w meczu z Senegalem, a w pierwszym meczu Euro 2020 piłka odbiła się od słupka, później jemu od pleców, i wpadła do bramki.

Zmiana przyszła nagle: najpierw Szczęsny wybronił Polsce baraż mundialu ze Szwecją, później pomógł wyjść z grupy w Katarze, a teraz wepchnął kadrę do Euro 2024, gdy obronił rzut karny Daniela Jamesa w wyjazdowym meczu przeciwko Walii.

– Na niego presja działa mobilizująco. On wręcz uwielbia presję. Zawsze mi opowiada, że nie ma nic lepszego w futbolu niż być piłkarzem Arsenalu i wygrać na stadionie Tottenhamu. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi cię nienawidzi: gwiżdżą, buczą, krzyczą z trybun obelgi. I wtedy ty możesz zrobić swoje: wygrać i im wszystkim zamknąć usta. Uwielbia to.

– Gdy mu nie szło, to internetowa krytyka kompletnie po nim spływała. Wojtek jest dla siebie największym krytykiem. Jak wie, że zawalił, to puści sobie taką wiązankę, jakiej nikt by mu nie puścił. Ale jak wie, że coś zrobił dobrze, to nie ma bardziej dumnego pawia od niego. Myślę, że on nie chce udowadniać nikomu z zewnątrz, jak na tym stadionie Tottenhamu. On chce udowodnić sam sobie, że jest przygotowany. Ma swoje ambicje. On w ogóle nie ma potrzeby, by komukolwiek coś udowadniać. Wyjątkiem byli kibice Tottenhamu.

Od dwóch lat nie ma w polskiej kadrze zawodnika, który zrobiłby dla niej więcej. Wystarczy spojrzeć, jak ocenialiśmy Szczęsnego po kluczowych meczach.

  • 5+ ze Szwecją (2:0, dające awans na mundial): Tym razem Szczęsny zachował jednak zimną głowę i popisał się kilkoma świetnymi paradami. W 18. minucie zatrzymał Forsberga, ale prawdziwy kunszt pokazał w 58. minucie przy strzale tego samego gracza z ostrego kąta. Poza tym świetnie grał na przedpolu i umiejętnie uruchamiał kontrataki. Grał jak w transie.
  • 6 z Walią (1:0, zwycięstwo dające utrzymanie w dywizji A Ligi Narodów): Fantastyczny. Niekwestionowany bohater, był jak ściana przed polską bramką, choć Daniel James dwoił się i troił, by go pokonać. Nie dał rady także płaskim strzałem Brendan Johnson w 60. minucie, bo Szczęsny tego dnia bronił i czytał wszystkie zagrania gospodarzy. Pewny także w grze nogami. Chyba nie dało się zagrać lepiej.
  • 4+ z Meksykiem (0:0, pierwszy mecz mundialu): Bezbłędny występ polskiego bramkarza, który obronił to, co musiał obronić, a przy tym był bardzo aktywny i skuteczny na przedpolu. Można mówić, że jedno z wyjść, do Jesusa Gallardo, było niepewne, ale to wynikało wyłącznie z ewidentnego zagrania ręką meksykańskiego obrońcy. To był mecz na miarę bramkarza wielkiego klubu, którym jest Szczęsny.
  • 6 z Arabią Saudyjską (2:0, drugi mecz mundialu): Bez Wojciecha Szczęsnego nie byłoby w tym meczu ani gola na 1:0, ani trzech punktów, ani też przejęcia przez Polskę trybun w ostatnich minutach czy radości na koniec. Polski bramkarz zaczął akcję bramkową, a broniąc karny i dobitkę, wyciągnął Polaków z piekła. Nagroda za interwencję mistrzostw – niemal pewna.
  • 5- z Argentyną (0:2, trzeci mecz mundialu): Starał się jak mógł. Gdy sprowokował pechowo rzut karny, fantastycznie obronił strzał Leo Messiego. Bronił wszystko, co się dało, ale w pewnym momencie musiał skapitulować, bo Alexis Mac Allister i Julian Alvarez uderzali zbyt dokładnie, żeby świetnie dysponowany Szczęsny mógł raz jeszcze uchronić polski zespół.
  • 4 z Francją (1:3, odpadnięcie w 1/8 finału mistrzostw świata): Miał mniej pracy niż zwykle w Katarze, ale nadal emanował pewnością. Zaliczył kilka pewnych interwencji i wyjść do dośrodkowań. Przy bramkach był bez szans. Po raz pierwszy na tych mistrzostwach, za sprawą dobrego występu kolegów, nie będzie na ustach wszystkich.
  • 6 z Walią (0:0, awans do Euro po serii rzutów karnych): Nie miał wiele pracy? I CO Z TEGO! Szef, absolutnie przepiękny i bezbłędny przez 120 minut. Świetnie wyjął z okienka uderzenie głową Moore'a w 48. minucie, później doskonale radził sobie na przedpolu, a i w dogrywce uratował Polaków przed utratą gola w 99. minucie, gdy po centrze Bena Daviesa już czekał na strzał do pustej bramki David Brooks, ale został uprzedzony przez bramkarza Juventusu. W rzutach karnych długo nie mógł powąchać piłki, jednak w decydującym momencie wybronił uderzenie Daniela Jamesa.

A teraz – w przededniu Euro – znów jest w świetnej formie. Nie byłoby zwycięstwa w sparingu z Turcją, gdyby nie jego trzy-cztery doskonałe interwencje. Wygląda na to, że przed Szczęsnym gorący okres: najpierw turniejowe mecze z Holandią, Austrią i Francją, w których nie powinien narzekać na brak pracy, a później czas decyzji, jak dalej prowadzić reprezentacyjną i klubową karierę. Od kilku miesięcy Szczęsny przebąkiwał, że Euro w Niemczech będzie jego ostatnim wielkim turniejem z kadrą. Po nim może też odejść z Juventusu. Zapraszają go do siebie szefowie saudyjskiego Al Nassr, kusząc trzykrotnie wyższymi zarobkami. Szczęsny będzie miał co analizować. Ale najpierw strzały Mbappe i Depaya.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.