Lewandowski zaskoczył wszystkich. "Czas minął". Ujawniamy kulisy

Krzysztof Smajek
Robert Lewandowski
screen YT

- Cały czas płakałem. Kuba to widział i uciekał od kontaktu wzrokowego. Emocjonalność Kuby bardzo mnie wzruszyła i nie mogłem się opanować. Miałem podpięty mikrofon, później w trakcie montażu musieliśmy usuwać moje szlochanie czy pociąganie nosem. W pewnym momencie powiedziałem, że musimy zrobić przerwę - mówi Jan Dybus, reżyser filmu dokumentalnego "Kuba".

Jan Dybus to przedstawiciel nowego pokolenia twórców. Ukończył Westminster School of Media Arts and Design w Londynie, gdzie wyspecjalizował się w produkcji telewizyjnej i filmowej. Pracę w branży rozpoczął jako twórca treści dla Papaya Films, jest reżyserem miniserialu "Wilk 1" i "Wilk 2". "Kuba" to jego pierwszy film dokumentalny. 

Zobacz wideo

Krzysztof Smajek: Kuba Błaszczykowski zaufał ci od razu?

Jan Dybus: - Na początku przestraszył się mojego wieku. Myślał, że emocjonalnie nie dam sobie rady z wagą jego historii.

Od razu wyraził tę obawę?

- Nie, powiedział mi o tym dopiero niedawno. Na pierwszym spotkaniu mieliśmy rozmawiać o filmie. Miałem przygotowaną prezentację z zarysem koncepcji, ale nawet nie wyjąłem laptopa. Zaczęliśmy rozmawiać o emocjach i o tym, jaki ten film ma być i jak ma oddziaływać na ludzi. 

To był pierwszy krok, żeby przekonać Kubę do projektu. Gdy wychodziliśmy z restauracji, powiedział, że przedtem dużo ludzi przychodziło do niego z propozycją filmu, ale chyba to jest to. Ale nie możemy tu jeszcze mówić o zaufaniu, to była raczej zgoda na wspólne podjęcie wyzwania.

To było jedyne wasze spotkanie przed startem zdjęć? 

- Nie, spotkaliśmy się z Kubą jeszcze kilka razy. Chciałem poznać jego rodzinę, a oni nas, więc byliśmy razem z producentką Kasią Kordecką i operatorem Igorem Połaniewiczem m.in. na grillu w Truskolasach. Fajnie było poznać jego rodzinę, szczególnie że to rodzina jak z filmu – trzymająca się razem, pełna miłości, wspólnie spędzająca każdą wolną chwilę na rozmowie. Pokazali mi Truskolasy, dom rodzinny, dom babci. Z dnia na dzień Kuba coraz bardziej się otwierał i nasza relacja stawała się coraz bliższa i bardziej bezpośrednia. 

Tak naprawdę poczułem się pewnie dopiero po pierwszym wywiadzie z Kubą. Pamiętam jak w trakcie przerwy, po około dwóch godzinach rozmowy, podszedł do mnie i powiedział: "jest ok". To był chyba moment, w którym uwierzył, że nasza współpraca ma sens. A trzeba pamiętać, że Kuba nie jest szczodry w komplementach.

A ty miałeś obawy, gdy dostałeś propozycję zrobienia filmu o Błaszczykowskim?

- Jako dzieciak biegałem po boiskach w koszulce reprezentacji Polski z nazwiskiem Kuby na plecach. To był prezent od mojego taty. Od początku czułem odpowiedzialność za historię Kuby, która nie należy do łatwych i trzeba opowiedzieć ją z odpowiednią wrażliwością. Podejść nie tylko z należytym szacunkiem do narracji, ale również do ludzi związanych z historią. Czuję się dobrze ze swoją emocjonalnością, ale wchodząc na plan, miałem 25 lat, a Kuba był moim idolem z dzieciństwa. Idolem, którego musiałem teraz zdekonstruować. 

Ogromny wsparciem był dla mnie cały zespół z Papaya Films i przede wszystkim Kacper Sawicki, producent kreatywny tego filmu, który dał mi szansę w ogóle podjąć tę rękawicę.

To był bardzo ważny projekt również ze względu na rodzinę Błaszczykowskich. Czułem przed nimi dużą odpowiedzialność. To był ich film. Zrozumiałem tę wagę, gdy rozmawialiśmy o rodzinnej tragedii. Poczułem, że dźwigam na barkach oczekiwania całej rodziny i że nie mogę ich zawieść. Dużo znaczyło dla mnie, kiedy na premierze podszedł do mnie Jerzy Brzęczek, objął i powiedział, że jest dumny. Oczy mi się trochę zaszkliły.

Od czego zaczęliście pracę nad filmem?

- Pierwszy dzień zdjęciowy odbył się na Stadionie Narodowym podczas pożegnalnego meczu Kuby w reprezentacji Polski. Nagrywaliśmy wtedy jego rodzinę, ich reakcje, trybuny. Od początku wiedzieliśmy, że chcemy wypracować zakończenie, w którym Kuba kończy z piłką po to, aby być z rodziną. Dlatego to właśnie na nich skupiły się nasze kamery. Ten moment uwieczniliśmy nie tylko na stadionie, ale również dzięki operatorom, którzy byli z babcią Kuby czy przyjaciółmi w Truskolasach.

Tydzień później spotkaliśmy się w Krakowie i rozpoczęliśmy serię czterech spotkań z Kubą, które złożyły się na główny wywiad w filmie. Research do tego projektu zaczął się na długo przed wejściem na plan. Jednak nie chcieliśmy układać scenariusza, zanim nie usłyszeliśmy wszystkiego od Kuby. Te spotkania były dla nas kluczowe. Łącznie przegadaliśmy ponad 20 godzin. Potem zacząłem ciąć materiał i szukałem najciekawszych momentów. Na tej podstawie napisałem scenariusz na kilkadziesiąt stron i wybrałem pozostałych rozmówców.

Kuba chciał znać scenariusz filmu?

- Myślę, że jego szkic znał na pamięć. Był bardzo zaangażowany w produkcję, oglądał film na każdym etapie powstawania. Chcieliśmy, żeby opiniował go na bieżąco i mówił, co mu się podoba, a co nie – to przecież jego historia. Ale nie było uwag typu: wyrzuć ten wątek albo usuń jakąś wypowiedź. Za to był bardzo skupiony na detalach, na przykład na muzyce. Kiedy mu się nie podobała, od razu sugerował zmiany. Najbardziej zależało mu na coverze utworu Franka Sinatry "My way", o który zespół Papaya Films, a przede wszystkim Damian Opałka, walczył do ostatnich tygodni przed premierą. Szczęśliwie udało nam się pozyskać prawa do piosenki, która moim zdaniem trafnie puentuje karierę Kuby.

Czyli Kuba w autoryzacji niczego nie wyrzucił?

- Wypadły tylko sceny, w których widać było twarze jego dzieci. Liczyliśmy się z tym, bo Kuba już wcześniej mówił, że nie chce pokazywać ich wizerunku. Dlatego podczas nagrań staraliśmy się realizować zdjęcia tak, aby poprzez odpowiednie kadrowanie opowiadać określone sytuacje, jednocześnie unikając twarzy dzieciaków. Przykładem tego jest scena otwierająca i rozmowy między Fabianem a Kubą. Nie widzimy twarzy chłopca, a mimo to nie tracimy na emocjonalności sytuacji.

Od początku mieliśmy niepisaną umowę, że robimy wszystko na sto procent i nie wahamy się przed niektórymi pytaniami i wątkami. Że będziemy wobec siebie szczerzy. Nie miał obiekcji, żeby po kolei rozliczać się z każdą sytuacją, nawet tą konfliktową. Widać to zwłaszcza w scenie na stadionie Wisły.

W filmie jest scena, w której Kuba mówi, że nie jest gotowy na rozmowę o rodzinnej tragedii, dopiero później się otwiera. Jak te nagrania wyglądały od kulis?

- Nie chciałem na ten temat rozmawiać podczas pierwszego wywiadu. Przed nagraniem uprzedziłem Kubę, że w tym dniu nie będziemy dotykać tematu tragedii. On się zgodził, ale gdy mówił o dzieciństwie, o fundacji, o mamie, to cały czas gdzieś z tyłu majaczył temat tragedii. Dlatego w końcu zapytałem go wprost, czy chce o tym rozmawiać. Odmówił. Pamiętam, że cały się spiąłem. Nasza relacja od początku opierała się jednak na zaufaniu, więc dobrze, że takie rzeczy rozwiązywaliśmy wprost.

Temat śmierci mamy podjęliśmy podczas trzeciego spotkania. Rozmowę rozpoczęliśmy od tego, jakim jest ojcem, rozmawialiśmy o dzieciach, przeszliśmy przez fundację i stopniowo doszliśmy do tematu tragedii. To była bardzo ciężka rozmowa. Mogła trwać ze dwie godziny, ale słów wypowiedzianych było może tak na kwadrans. Bardzo dużo milczeliśmy. Zadawałem pytanie i czekałem, aż odpowie. Myślał, wracał, wahał się. To zresztą widać w filmie.

A tobie jakie emocje towarzyszyły podczas tej rozmowy?

- Cały czas płakałem. Kuba to widział i uciekał od kontaktu wzrokowego. Emocjonalność Kuby bardzo mnie wzruszyła i nie mogłem się opanować. Miałem podpięty mikrofon, później w trakcie montażu musieliśmy usuwać moje szlochanie czy pociąganie nosem. W pewnym momencie powiedziałem, że musimy zrobić przerwę.

Na wywiady mieliśmy zarezerwowane dwa pokoje hotelowe obok siebie, które były połączone drzwiami. W jednym pokoju byłem ja, Kuba i Marianna Klein, autorka zdjęć. W pokoju za ścianą siedziała pozostała część ekipy, kilkanaście osób. Jak skończyliśmy rozmowę z Kubą, wszedłem do tamtego pokoju. Była cisza, ludzie przecierali łzy.

Pewnie to też był najtrudniejszy do zmontowania fragment filmu?

- Montażysta, Krystian Łupiński, zrobił do tego kilkanaście podejść. Tu nie chodziło o poprawny montaż. Ta scena musiała być długa, wręcz niekomfortowa dla widza. Musieliśmy dać Kubie milczeć, jąkać się i zastanawiać – bo tak właśnie wyglądało to w rzeczywistości. Uważam, że łzy w pewien sposób nas oczyszczają. Chciałem, żeby widzowie mogli pozwolić sobie na mocne emocje. 

Tak samo było z ostatnią sceną w filmie. Miało to być oczyszczenie dla Kuby, ale i dla widza.

W filmie wypowiadają się koledzy Kuby z boiska, trenerzy, ale brakuje wypowiedzi Zbigniewa Bońka. Pojawia się informacja, że były prezes PZPN odmówił udziału w filmie. Boniek ma inne zdanie na ten temat. Sugeruje, że Kuba mógł do niego zadzwonić.

- Nie ma sensu doszukiwać się niepotrzebnej kontrowersji o to, że prezes nie wystąpił w filmie. Producentka kontaktowała się z nim. Pan Zbigniew Boniek odpisał, że nie jest zainteresowany. Produkcja doprecyzowała dokładnie, o jaki film chodzi i kto jest jego bohaterem, ale prezes już do nas nie wrócił. Mówiliśmy Kubie, że prezes odmówił, ale nawet nie rozmawialiśmy o tym, żeby to Kuba wykonał do niego telefon, bo to nie jest praktyką przy filmach dokumentalnych. Żadna inna postać występująca w filmie nie była przekonywana do udziału przez Kubę. Szkoda, że nie było pana Bońka, bo film byłby barwniejszy, ale nie doszukuję się w tym konfliktu ani afery.

W filmie pojawia się Adam Nawałka, ale nie mówi nic ciekawego w sprawie opaski kapitańskiej. A przecież Kuba mówi wprost, że to nie była decyzja selekcjonera. Pytałeś Nawałkę o tę sytuację?

- Padło to pytanie, rozmawialiśmy na wiele tematów, łącznie ponad godzinę. W filmie nie było tej odpowiedzi, bo trener nie powiedział nic, co dałoby nam spojrzeć na tę sytuację z nieznanej wcześniej strony.

Czyli odpowiedział w swoim stylu?

- Trener odpowiedział, że piłka ma łączyć, a nie dzielić. Rozumiem jego podejście. Do niczego mu to nie było potrzebne, nie chciał antagonizować. Kuba od początku nie winił selekcjonera i warto to podkreślić. Zależało mu na tym, żeby nie wyszło z tego, że za wszystko odpowiedzialny jest trener.

Robert Lewandowski od razu zgodził się na udział w filmie?

- Tak. Dał bardzo fajny i szczery wywiad. Sam z siebie powiedział, że robił głupoty i popełniał błędy. To było zaskakujące. Przed startem wywiadu Robert zaznaczył, że ma napięty dzień i ma dla nas 20 minut. Gdy ten czas minął, poinformowałem go o tym. "Jak masz jeszcze pytania, to dawaj dalej". Naciskał, żebym zadał mu więcej pytań, bo chyba chciał wyrzucić coś z siebie i się otworzyć. Czułem, że miał potrzebę szczerej rozmowy.

Robert autoryzował swoje wypowiedzi?

Nie.

Kuba w rozmowie ze Sport.pl mówił, że oglądał kilka filmów o sportowcach, ale najbardziej do gustu przypadł mu serial o Davidzie Beckhamie.

- David Beckham to jeden z najbardziej znanych piłkarzy w historii – nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Dlatego realia, w których powstawały obie produkcje, były inne. "Beckham" jest fantastycznym serialem, ale to inna skala. Liczba materiałów archiwalnych, które się tam znalazły, jest ogromna. Ponadto "Beckham" powstawał ze trzy lata, a nad "Kubą" pracowaliśmy osiem miesięcy. 

Beckham i serial o nim mógł też być ubraniową inspiracją Kuby. Jest taka scena, gdy mówimy do niego: chodź, wyjaśnisz konflikty. Wtedy jest ubrany w brązowy golf. Gdy nagrywaliśmy tę rozmowę, to akurat przyjechał Marcin Wasilewski. "Wasyl", jak zobaczył go w tym golfie, od razu spytał: co ty, k…, Beckham jesteś?

Na jakimś etapie powstawania filmu wyczułeś, że Kuba jest już tym zmęczony?

- Czasem dało się to wyczuć. Kuba mówi wprost to, co myśli. Jak coś mu nie pasowało i nie czuł mojego pomysłu, to nie chciał tego robić. Najtrudniej było go przekonać do nagrań w domu. I tutaj najbardziej pomocny był właśnie serial o Beckhamie. "Mam gotować z żoną kolację? Pod kamerę to nie wyjdzie". Bał się, że to nie będzie autentyczne. A potem obejrzał serial o Beckhamie i zmienił zdanie (śmiech).

Kilka razy włączyliśmy kamerę chwilę wcześniej niż oficjalnie rozpoczęliśmy ujęcie. Kuba i tak autoryzował wszystkie nagrania, więc nie było to ryzykowne, ale pozwoliło nam złapać tę prawdziwą autentyczność i luz, który często znika, kiedy rozpoczyna się ujęcie. 

W domu Kuby było kilka dni zdjęciowych. Siedzieliśmy u niego od rana do wieczora i kręciliśmy to, co się dzieje. Nie chciałem niczego reżyserować. Dzięki temu mamy naturalną scenę, gdy Agata i Kuba siedzą na kanapie i rozmawiają o zaręczynach. Tak samo było z graniem syna i córek w piłkę. To nie było wymyślone dla potrzeb filmu. Wiedzieliśmy, że tak spędzają wieczory i udało nam się to nagrać.

Mieliście jakieś zabawne, spontaniczne sytuacje w trakcie produkcji?

- Był taki dzień w Truskolasach podczas Kuba Cup. W pewnym momencie Kuba zaczął rozmawiać z babcią Felą, obróciliśmy kamerę w ich stronę. Słyszałem ich dialog, bo stałem blisko, ale niestety nie udało się zarejestrować dźwięku. Babcia spytała: Kuba, będziesz jeszcze grał w piłkę? "Nie wiem, babciu". Babcia spojrzała na niego: a daj se spokój. Nie wiem, czy ta scena zmieściłaby się w filmie, ale ten dialog był uroczy. Tym też charakteryzują się filmy dokumentalne. Jest tu pewna spontaniczność, którą czasem udaje się wykorzystać dla wspólnej korzyści, ale są też momenty, które po prostu ulecą.

Wspomniałeś, że Kuba nie jest skory do komplementów. Za efekt końcowy cię pochwalił?

- Kuba dostał ostateczną wersję filmu i czekaliśmy na jego odpowiedź. Wcześniej dostałem SMS od jego żony. Agata napisała, że sprawiłem, iż w ostatnich miesiącach wiele razy się wzruszyła. Mimo że widzi ten film po raz kolejny, to przy akceptacji finalnej wersji znów pojawiły się emocje. Później przyszła odpowiedź od Kuby. Wysłałem mu długiego maila, w którym na czterech stronach wiele rzeczy mu wyjaśniłem: wybory muzyczne, zmiany montażowe, animacje i tym podobne. Jego odpowiedź była krótka: "no w końcu". Wydaje mi się, że był bardzo zadowolony, ale nie wyraził tego słowami. Ale o to najlepiej spytać samego bohatera.

Stresowałeś się przed premierą filmu w kinie?

- Kino zawsze było dla mnie oderwaniem od rzeczywistości. Jako student chodziłem do niego, żeby przeżyć inne emocje. Zawsze marzyłem o tym, żeby zrobić film, na którym ktoś będzie przeżywał różne emocje i naprawdę zanurzy się w to, co ogląda. To było niesamowite przeżycie, gdy na premierze "Kuby" widziałem, jak ludzie reagują na ten film. Sam płakałem, mimo że widziałem ten film nieskończoną ilość razy. W dniu premiery wszystkie emocje wróciły, a ja czułem się, jakbym widział film po raz pierwszy.

Jaki to jest w ogóle film? Smutny?

- Film przez większość czasu nie miał ostatniego zdania od Kuby. "Jakbym spotkał siebie młodego na ulicy, to bym powiedział, że dasz radę. Ja dałem, to i ty też dasz". To była rzecz, którą Kuba powiedział mi i Kacprowi już na pierwszym spotkaniu. Zaznaczył wtedy, że trudno byłoby mu przejść przez swoje życie ze świadomością tego, co go czeka, ale gdyby ją wymazać, to parłby do przodu bez namysłu. Bo nie można zakładać z góry, że coś pójdzie źle.

Pokazałem jedną z wersji filmu moim rodzicom, tata zasugerował, że koniec filmu jest bardzo smutny, że czuć w Kubie rozpacz. Wtedy przypomniałem sobie o tej naszej pierwszej rozmowie. Później poprosiłem Kubę, żeby odtworzył ten wątek swoimi słowami i tak znaleźliśmy puentę całej historii. 

Przez długi czas myślałem, że film jest smutny, ale kiedy oglądałem go na premierze i widziałem reakcje rodziny Kuby, to myślę, że jednak jest wesoły. Osiągnęliśmy to, co założyliśmy na początku. Film miał być szczery, autentyczny i wzruszający. Wierzę, że taki jest. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...