Kurtyna opadła. Błaszczykowski mówi, jak było naprawdę. "Brak szacunku"

Kacper Sosnowski
Miał być autentyczny i bez tabu. I taki też wyszedł. Film o Kubie Błaszczykowskim jest mocny nie tylko dlatego, że opowiada o osobistej tragedii człowieka, ale też przedstawia trudną drogę na szczyt piłkarza. - Podejrzewam, że mój film będzie budził zarówno pozytywne, jak i negatywne emocje. O to w tym chodzi. Żeby ktoś mógł nad nim pomyśleć, a nie zapomnieć tuż po obejrzeniu - mówi Sport.pl Błaszczykowski, z którym rozmawiamy nie tylko o filmowej biografii.

To jedna z najbardziej wyczekiwanych premier. Nad filmem "Kuba" jego główny bohater, czyli Jakub Błaszczykowski, pracował ostatnie pół roku. Jak sam przyznaje, był to dla niego bardzo trudny proces. Były kapitan reprezentacji Polski poruszył w nim najtrudniejsze tematy i sprawy, o których wcześniej nie mówił. W rozmowie ze Sport.pl Błaszczykowski opowiedział o procesie twórczym i związanych z nim emocjach.

Kacper Sosnowski: Lubisz oglądać filmy?

Jakub Błaszczykowski: Lubię. A z racji tego, co się ostatnio wokół mnie działo, to tym najczęściej oglądanym był film o mnie.

Kiedyś przyznałeś, że twoim ulubionym filmem jest "Gladiator". "Kuba" ma z nim kilka wspólnych elementów.

Zobacz wideo Brutalnie szczery Jakub Kosecki po debiucie w FAME MMA

- Tak się moja historia potoczyła, że życie postawiło mi sporo przeszkód do pokonania. Nie zawsze pokonywałem je tak, jakbym chciał, szczególnie w sporcie, gdzie liczyłem na większe sukcesy. Życiowo uważam, że się obroniłem.

Długo trzeba cię było namawiać, by powstał o tobie film?

- Propozycji, jeśli chodzi o filmy, miałem sporo. Pojawiały się już wcześniej. Natomiast zawsze dziękowałem. Raz, że nie byłem gotowy, dwa, że uważałem, iż najpierw dobrze zamknąć jakiś etap w życiu, a potem go ocenić. Ja zawsze miałem jedno marzenie; zostać piłkarzem i grać w piłkę. Udało mi się je spełnić, więc zakończenie piłkarskiej kariery uważam za zamknięcie ważnego etapu. Tym bardziej że sportowcy kończący karierę przeżywają taką naszą pierwszą śmierć. Najpierw robisz wszystko, żeby być piłkarzem. Potem jak nim zostajesz, wszystko jest podporządkowane pod piłkę, również życie rodzinne. Jak tej piłki nie ma, to nie jest się łatwo odnaleźć. Dlatego cieszę się, że ten projekt przeprowadzaliśmy teraz, bo głowa mogła skupić się na innych rzeczach, a nie na pustce.

Był ostatnio film o Lewandowskim, był serial o Beckhamie, były produkcje o naszej reprezentacji. Jakie miałeś wyobrażenie o swoim filmie?

- Oglądałem ostatnio kilka filmów o sportowcach, również te, o których wspomniałeś. Tym, który przypadł mi najbardziej do gustu, był serial o Beckhamie. Przemówił do mnie. Ooglądając go, byliśmy już za połową naszej produkcji. Nie chciałem, żeby film o mnie był przerysowany. Staraliśmy się nie mieć tematów tabu, powiedziałem to zresztą w trailerze, że chodziło nam o autentyczność. Mam wrażenie, że poszliśmy w podobną stronę. Podejrzewam, że mój film będzie budził zarówno pozytywne, jak i negatywne emocje. To dobrze. O to w tym chodzi. Żeby ktoś mógł nad nim pomyśleć, a nie zapomnieć tuż po obejrzeniu.

Film o Robercie też oglądałeś?

- Tak.

Twój jest mocniejszy, oczywiście z uwagi na tragiczną historię, ale oprócz tego jest bardziej wyrazisty, szczery. Nie gryzłeś się w język jeśli chodzi o prezesa Bońka, trenera Nawałkę, czy mówiąc o konflikcie z Lewandowskim, choć i on sam odniósł się do tej sprawy w twoim filmie.

- Chcieliśmy odnieść się do rzeczy kontrowersyjnych, tych, które opisywały media. Wiadomo, że jak chcielibyśmy się nad wszystkim pochylić, to potrzebowalibyśmy znacznie więcej czasu, ale są w tym filmie najważniejsze wątki. Każdy miał możliwość, aby się wypowiedzieć. Prezes Zbigniew Boniek się na to nie zdecydował. Ja to szanuję, jak zresztą mawia sam prezes. 

Jak ktoś film obejrzy, to sobie wyrobi zdanie, zostawiam to widzom. Ja jestem z finalnej wersji zadowolony. Jest tam trochę uśmiechu, pozytywów i emocji mocniejszych, które wiążą się z moim życiem.

Jest choćby sprawa utraty opaski kapitana, z sugestią, że decyzja przyszła z góry. Rozmawiałeś o tym teraz z Bońkiem? Bo Nawałki, który wystąpił w filmie, było raczej mało.

- Z tego, co wiem, to pytania do rozmówców były różne. Jeżeli trener czy inne osoby chciały o czymś opowiedzieć, to to robili, jak nie chcieli, to nie mówili. Ja opowiedziałem o tym, co w tej sprawie widziałem, co słyszałem i co czułem jako reprezentant. Nie wszyscy z tej możliwości skorzystali.

Bo na pytanie, czy Błaszczykowski i Piszczek pójdą dziś z Lewandowskim na piwo, odpowiedziałbym, że tak. Jakie są teraz twoje relacje z Nawałką czy Bońkiem, to nie wiem. Chyba tu wspólnego wieczoru by nie było?

- Jak była niedawno sytuacja, że trener Nawałka miał możliwość ponownego przejęcia reprezentacji, to z nim normalnie rozmawiałem. Myślę, że w filmie jest to pokazane, że był czas, kiedy mieliśmy na pewne sprawy inne poglądy, ale uznaliśmy, że reprezentacja jest największym dobrem i zapominamy o naszych sprawach. Pokazało to Euro 2016. Trener też tak do tego podszedł.

Widziałem, że selekcjonerowi ze sprawą opaski nie było łatwo. W mojej opinii zostało to źle rozegrane. Można to było załatwić w dużo lepszy sposób. Dla mnie to było przykre, że ludzie, którzy mnie znali, próbowali zrobić ze mnie toksyczną, konfliktową osobę. Jak się potem okazało, ta sytuacja wyglądała inaczej. Trudno było mi się godzić na brak szacunku. O jednym słyszałem w mediach, o drugim zapewniano mnie w prywatnych rozmowach, ale finalnie przekaz tych rozmów nie okazał się prawdziwy. To tu mówię o braku szacunku. Tym bardziej że dyskredytowany byłem w okresie mojej kontuzji. Nie mogłem się bronić na boisku, to był dla mnie ciężki okres.

Medal pocieszenia za finał Ligi Mistrzów z 2013 roku naprawdę rzuciłeś gdzieś w kąt, zdenerwowany, że nie wywalczyłeś złotego?

- Już go znaleźliśmy. Był wrzucony gdzieś do szafy w mojej fundacji, razem z koszulką i butami z tego meczu. Nawet o tym nie wiedziałem, odnalazł się niedawno przy remanencie, a szukałem go od dwóch lat. Teraz dałem go w miejsce, gdzie są inne moje wyróżnienia, niech tam sobie leży.

Z tym finałem to było tak, że po jakimś czasie każdy zdał sobie sprawę, jakie to było osiągnięcie. U sportowców jednak zawsze najmocniej daje o sobie znać mechanizm pragnienia wygranej, który i u mnie wtedy działał. To dobrze, bo to pomaga w osiąganiu sukcesów.

A ci, którzy z tobą ten medal zdobywali, choćby Piszczek, Lewandowski, mogli już film obejrzeć?

- Chłopaki jeszcze go nie widziały, ale myślę sobie, że to będzie dla nich fajniejsza rzecz, jak zobaczą to sami na żywo.

Czyli recenzentem produkcji była głównie żona Agata i brat Dawid?

- Oglądałem ten film wiele razy, więc nie chciałem mieć tylko swojego punktu widzenia. Dlatego obejrzała go też żona i wąskie grono najbliższych. Chętnie słuchałem ich spostrzeżeń, bo ja jako permanentny widz nie zwracałem już uwagi na pewne rzeczy i detale.

Najtragiczniejszy wątek filmu - czyli zabójstwa twojej mamy przez ojca - jest początkiem i puentą produkcji.

- Powiem szczerze, że tę rozmowę w hotelu, w którym m.in. o tym opowiadam, kręciliśmy z Jankiem Dybusem [reżyser filmu – red.] trzy dni. Dopiero w ostatnim dniu byłem gotowy, by do tego wrócić. Nie było to dla mnie proste. Wiem, że to we mnie siedzi i zostanie do końca życia i to zawsze jest duży wysiłek emocjonalny. To, jak zobrazowaliśmy to w filmie, można powiedzieć, napisało samo życie. Mieliśmy na to jakieś ramy i koncept, ale powiedziałem ekipie: zobaczmy, jak to się ułoży i potem będziemy zastanawiać się nad resztą.

Oprócz tego momentu, w którym - jak mówisz w filmie - w jednej chwili straciłeś i tatę, i mamę, było coś, o czym opowiadało ci się z trudem? Albo odwrotnie - wywołało uśmiech? Bo tej radości mi trochę w filmie brakowało.

-Tej radości też trochę było. Aczkolwiek nie wrzuciliśmy do filmu wszystkiego, by nie rozbijać jego dynamiki. Ale nagrania z chłopakami i z "Wasylem" dostarczyły podczas kręcenia sporo śmiechu. Są też moje sceny weselne, ale radość dają mi też te obrazki z mistrzostw, sukcesów, goli. Wtedy czuję, że zrobiłem coś fajnego, czuję się w pewnym sensie spełniony. Po to się właśnie gra, trenuje i męczy, żeby potem móc coś do góry podnieść.

Jest też ciekawa historia z jajkiem. Powiem szczerze, nawet nie wiedziałem, że mamy coś takiego w archiwum. Wszystkie moje VHS-y leżały długo w szafie i zaczęliśmy to odkopywać do filmu, szukaliśmy też starych materiałów u znajomych. Zresztą przyjaciele, jak mnie wspominali, to mówili, że na podwórku zawsze miałem w ręku jajko. Ja jajka lubię do tej pory. Co jest jeszcze ciekawsze, potem okazało się, że ja na jajka mam uczulenie. W filmie jest też wątek chodzenia w korkach na komunię, jest kilka rzeczy, które budzą uśmiech.

Oglądałem twój film z ośmiolatkiem, on bez kilku mocniejszych wątków. Sam zacząłem się zastanawiać, dla kogo jest ten obraz? Również dla takich dzieciaków, które szaleją za piłką, by jednak zobaczyły, że to nie jest idylla?

- Sportowcy w każdym sporcie mają - jak ja to nazywam - wspólnotę życiorysów. Każdy idąc na szczyt, musi przejść to samo. W tych latach młodzieńczych też ma się momenty, w których jest ciężej, w których komuś nie idzie, w których ktoś by się poddał. Są momenty, w których dzieciakom podobają się zabawy z kolegami czy gra na komputerze, a nie treningi. Nie chciałbym tego oceniać i mówić, jak to było u mnie, ale każdy, kto ten film obejrzy, wyciągnie z niego coś dla siebie, może coś go zainspiruje. Dla mnie to będzie super rzecz. Po napisaniu autobiografii miałem pozytywne reakcje od wielu ludzi. Mówili, że im ta książka pomogła. Wiadomo, że w filmie są też rzeczy tragiczne, ale takie jest moje życie.

Nie będę przecież gumkował tej tragicznej historii, która ukształtowała mnie też jako człowieka. Kiedyś, gdy byłem młodszy, wstydziłem się o tym mówić, milczałem. Potrzebowałem trochę czasu, by to przepracować. Teraz jestem dorosłym facetem, mam dzieci i inaczej na to patrzę. Wiem, że mogłem gdzieś po drodze się zatracić, bo było mi ciężko. Więcej było przesłanek, byśmy dziś nie rozmawiali, by nikt nie znał Kuby Błaszczykowskiego, ale ta moja nawigacja dość dobrze mnie prowadziła. To taki mój życiowy sukces. Mimo tego wszystkiego, co przeszedłem, wygrałem siebie.

Puenta pozytywna, jednak ten film to też otwarcie oczu, że świat sportu na najwyższym poziomie bywa trudny nie tylko dla mięśni, ale też psychiki.

- Na samym końcu filmu mówię kilka ważnych zdań. Właśnie do tych najmłodszych, którzy mają sportowe marzenia. Wiedząc o tym, jak ta moja droga wyglądała, że nie była łatwa, to sam się zastanawiam, czy bym dał radę drugi raz to zrobić? Pewnie byłoby mi dużo trudniej. Jakbym jednak spotkał młodego Kubę na ulicy, pełnego wiary i optymizmu, to bym znowu powiedział, że dam radę. Bo jak ja dałem, to i ktoś inny też da. Ten szczery optymizm i iskra w oku są właśnie fajne w życiu młodych ludzi. Świadomość całej drogi nie zawsze jest dobra. Nikt z nas jednak nie wie, jak mocnym i silnym człowiekiem jest.

W filmie jest wątek zakończenia przygody z kadrą. Cały czas się zastanawiam, czy w ostatnim meczu z Niemcami dałbyś radę zagrać dłużej niż te 16 minut?

- Przed meczem byłem zdenerwowany, bo długo nie grałem. To nie jest tak, że grać się nagle zapomina, ale to jednak jest reprezentacja, prestiżowy mecz z Niemcami. Czułem oczekiwania kibiców. Zastanawiałem się, w jakiej będę formie, do tego ta świadomość ostatniego meczu, to wzmagało napięcie. Na pierwszych treningach byłem zestresowany jak junior, ale potem było już lepiej. Na przedmeczowej rozgrzewce czułem luz. Szkoda, że nie udało się w dobrej sytuacji strzelić gola, bo też by było ciekawie. Generalnie myślę, że w spotkaniu nie odstawałem. Mam przeświadczenie, że mógłbym zagrać dłużej, ale chciałem zagrać te symboliczne 16 minut, takie też były ustalenia.

Kiedy już jakiś czas po tym meczu oficjalnie żegnałeś się z piłką, miałeś kłopot, by wystukać zdania o końcu kariery na klawiaturze?

- Ta myśl w mnie kiełkowała już wcześniej. Miałem czas, by to przerobić. Dlatego potem wcisnąć enter było już łatwiej. Lepiej to było zrobić chwilę po tym ostatnim meczu, bo wtedy w ten stan emeryta-rencisty łatwiej się wchodziło. Oczywiście, że zastanawiałem się, co napisać. Chciałem, żeby były to słowa wyważone, ale i pokazujące emocje. Podziękowałem kibicom, którzy zawsze mnie wspierali, czułem ich bliskość. Często mnie ktoś pyta, jak to jest, że ludzie podchodzą do mnie i nie czują bariery, funkcjonują jakby mnie znali od zawsze. To też pokazuje, jaki ten mój kontakt z kibicami jest, był i będzie.

Nie chciałeś jeszcze pożegnać się z kibicami, grając w sierpniowym, ligowym meczu Wisły?

- To były bardziej medialne sugestie. W klubie zaczęły się przygotowania do nowego sezonu. Chciałem, żeby drużyna przygotowywała się do niego sama, żeby nie stwarzać dodatkowej presji, nie robić happeningów, żeby koledzy z drużyny skupili się na sobie i na klubie. Przecież najważniejszą rzeczą nie było wtedy moje pożegnanie, tylko koncentracja na sezonie i meczu. Świadomie podjąłem decyzję, żeby mecz kadry z Niemcami był moim ostatnim, że to był najlepszy moment, aby powiedzieć "dziękuję". Potem wyszło super pożegnanie na stadionie przed meczem Wisły, mimo że w samym spotkaniu nie grałem.

A jak dalej będzie wyglądać twoja droga z Wisłą? Czy sprzedana niedawno część twoich udziałów coś sygnalizuje?

- Teraz mi jest trudno na to pytanie odpowiedzieć. Wiem, że mi i jeszcze sporej liczbie osób zależy, by ten klub dobrze funkcjonował. Nie ma co się przywiązywać do tego, czy ja mam pół procent udziałów, czy 17, czy jestem większościowym, czy mniejszościowym udziałowcem. Najważniejszy jest klub i to, żeby on przetrwał. Przychodząc na Reymonta, moim celem nie było, by być tu na wieki. Chciałem pomóc, gdy było ciężko. A co dalej? Przed nami ważne pół roku, mam swoje życzenia, ale jako były sportowiec wiem, że to nie jest takie proste. Teraz jestem bardziej z boku. Jarek Królewski jest frontmenem, on się wszystkim zajmuje i za to odpowiada. Trzymam kciuki, żebym mógł chodzić tu na mecze ekstraklasy, ale wiem, że do tego daleka droga.

A czy teraz oglądasz I ligę? Śledzisz mecze rywali? Chętnie włączasz futbol w telewizji?

- Teraz to czasu nie było, bo oprócz filmu miałem jeszcze kilka zobowiązań. Jeśli nawet nie oglądam meczów, to wyniki śledzę. Po zakończeniu kariery miałem lekki przesyt futbolu. Teraz zaczynam na niego jednym okiem zerkać. To chyba dobry objaw, bo zaczyna mi go brakować.

W trenerkę nie idziesz. Do pracy w klubowych gabinetach też się nie pchasz. A jakbyś dostał propozycję bycia ambasadorem piłkarskiej reprezentacji Polski? Człowieka, który po prostu jest z tą drużyną, dba o atmosferę, spina szatnię...

- To funkcja takiej przypinki do marynarki (śmiech). Tego typu stanowiska wiążą się z pewną odpowiedzialnością, ekspozycją. Znając mój charakter, nie wiem, czy byłbym idealnym kandydatem na to dyplomatyczne stanowisko. Nie jestem osobą, która będzie przytakiwać i nie zareaguje, jak coś będzie nie tak, więc nie wiem, czy sprawdziłbym się w tej roli. Na dziś chciałbym poświęcić się rodzinie.

Film "KUBA", prod. Papaya Films, reż. Jan Dybus
Film dostępny będzie na Amazon Prime od 23.02

 
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.