Rewolucja w PZPN. Szokujące kulisy. "To zło, które wszystkim steruje"

Jakub Seweryn
Zwolnienie Jakuba Kwiatkowskiego z PZPN na pierwszy rzut oka wydaje się być zaskakujące. Ale łącząc kropki, okazuje się, że takiego scenariusza można było się spodziewać. Choć dziennikarze i piłkarze Kwiatkowskiego doceniali, to wewnątrz federacji rzecznikiem prasowym był on jedynie z nazwy. Reprezentacja? Tu bombą z opóźnionym zapłonem mógł się okazać jego konflikt z Czesławem Michniewiczem.

Jakub Kwiatkowski rzecznikiem samego PZPN od dłuższego czasu był już tylko z nazwy. Blisko związany ze Zbigniewem Bońkiem (który w 2012 r. przywrócił go do roli rzecznika PZPN po Agnieszce Olejkowskiej), a także ówczesnym szefem Departamentu Mediów i Komunikacji Januszem Basałajem, był uznawany za członka "starej ekipy", która w 2021 r., po dziewięciu latach, oddała władzę ludziom Cezarego Kuleszy.

Zobacz wideo Michał Probierz wykorzystał pomidora. Ależ pewność siebie!

Rzecznik czy nie rzecznik? Nowy prezes, nowi ludzie

Z każdym miesiącem rola Kwiatkowskiego jako rzecznika związku malała, a coraz więcej do powiedzenia mieli ludzie z nowego rozdania. Ale o zwolnieniu Kwiatkowskiego, który w związku pracuje od 11 lat, długo nie było mowy. Nikt nie zamierzał usuwać go z roli team managera reprezentacji Polski, szczególnie gdy selekcjonerami byli Portugalczycy – Paulo Sousa czy Fernando Santos. Do czasu.

Kwiatkowski pozostawał przy reprezentacji, ale w PZPN znaczył coraz mniej. Cezary Kulesza od wyborów najbliżej współpracował z Piotrem Szeferem, dyrektorem biura prezesa. To właśnie Szefer był głównym architektem zwycięstwa Kuleszy w wyborach na prezesa, dlatego Kulesza ufał mu praktycznie bezgranicznie. Szefer jednak z Kwiatkowskim umiał współpracować na dobrym poziomie. Ale była też trzecia siła, która swoją rolą się nie zadowalała.

"Główne zło", "niebezpieczni ludzie" - kim jest "wyłączny partner marketingowy PZPN"? 

"Nie chcę o tym rozmawiać", "Nie mieszaj mnie w to, proszę", "Nie chcę być z tym kojarzony", "To niebezpieczni ludzie", "To główne zło, które tym wszystkim steruje" - to komentarze, które słyszeliśmy od pracowników PZPN na temat osób z firmy Publicon Sport. Komentarze mocno zaskakujące, wszak mowa jedynie o partnerze marketingowym związku. Ale to teoria.

Publicon Sport to firma związanego z PiS wrocławskiego biznesmena Radosława Tadajewskiego. Formalnie rządzi nią Szymon Sikorski, ale do pracy z PZPN oddelegowano Marcina Śmigielskiego, który w przeszłości miał okazję współpracować także z Polskim Związkiem Tenisowym, rozstając się z nim w atmosferze skandalu.

Publicon Sport formalnie został partnerem PZPN w sierpniu 2022 r., ale realne wpływy firmy sięgają pierwszego dnia Kuleszy na stanowisku prezesa związku. Co prawda to nie tak, że Publicon ma tak duży wpływ, iż dał Kuleszy wygraną w wyborach. Niemniej współpraca na pewno dawała Kuleszy przekonanie, że ma on poparcie partii rządzącej. Dla Kuleszy dobre życie z władzą jest kluczowe w roli prezesa PZPN - przełożyło się to m.in. na lukratywny kontrakt sponsorski z Orlenem, podpisany w grudniu ubiegłego roku.

To właśnie Śmigielski przyprowadził "w teczce" Aleksandrę Rosiak (obecnie Kostrzewską), która zastąpiła Janusza Basałaja na stanowiska szefa Departamentu Komunikacji i Mediów PZPN. Ale sama Rosiak nie rozpychała się w nowej roli łokciami. Za to Śmigielski - przeciwnie, mimo że w związku pełnił rolę nieformalną. Często przebywał w siedzibie PZPN, czy to w gabinecie sekretarza generalnego Łukasza Wachowskiego, czy też u Rosiak. I gdy na początku jego współpraca z Szeferem czy byłym szefem Departamentu Marketingu i Sponsoringu Grzegorzem Stańczukiem układała się dobrze, to z czasem Śmigielski i Publicon Sport, w szczególności po oficjalnym zawarciu umowy z PZPN, zaczęli obu panów wypychać. 

Z naszych źródeł wynika, że pracownicy Publicon Sport nie tylko miewali ryzykowne pomysły biznesowe, ale także byli w nich niezwykle ofensywni. A kiedy nie podobały się one pracownikom związku, nowa firma potrafiła reagować u samego prezesa PZPN. Sytuacja stała się na tyle nieznośna, że Stańczuk i Szefer, którzy pewne pomysły torpedowali, w końcu ustąpili. I z czasem zdecydowali się odejść z federacji, nie chcąc dalej firmować coraz większego bałaganu, nad którym mieli coraz mniejszą kontrolę.

Kolejne wpadki PZPN nie były przypadkiem. Kwiatkowski nie miał wiele do powiedzenia

Dlaczego o tym piszemy? Bo dokładnie to samo działo się z Jakubem Kwiatkowskim. Za komunikację w PZPN, szczególnie przy coraz mniejszej roli Szefera, zaczął odpowiadać "wspierany" przez Śmigielskiego sekretarz generalny Wachowski. To dobry prawnik i urzędnik, ale z komunikacją miał niewiele wspólnego. Stąd coraz większa liczba wizerunkowych i komunikacyjnych wpadek federacji na czele z tą, która rozwścieczyła wszystkich sponsorów związku - czyli zaproszeniem na pokład samolotu kadry skazanego za korupcję Mirosława Stasiaka, a wysłaniem niezrozumiałego i osobliwego komunikatu PZPN.

Kwiatkowski przyglądał się temu z boku. Mimo formalnego stanowiska rzecznika PZPN, w pewnym momencie był nim już tylko z nazwy, a ograniczał się do działania wokół reprezentacji Polski. Sam także wolał trzymać się od tego bałaganu z daleka. Symboliczna była jego wpadka z lata, gdy w kiepski sposób zareagował na pretensje jednego z kibiców na Twitterze dotyczące braku informacji od Fernando Santosa w sprawie potencjalnego odejścia do arabskiego Al Shabab. "Myślisz, że nie próbujemy?" - zapytał Kwiatkowski na pytanie o nawiązanie kontaktu z portugalskim selekcjonerem.

On sam zdawał sobie później sprawę z tej wpadki, ale kilka godzin później w "Kanale Sportowym" i tak został niejako upokorzony przez Wachowskiego. Ten stwierdził, że żadnego problemu ze skontaktowaniem się z Santosem tak naprawdę nie było.

Z czasem dyrektorem Departamentu Komunikacji i Mediów został Tomasz Kozłowski. To były dziennikarz "Faktu" i szef działu politycznego tego dziennika, związany z Dolnym Śląskiem i Wrocławiem, podobnie jak Publicon Sport, choć gdy obejmował on nowe stanowisko, nie był zbyt zadowolony, gdy został połączony przez media z tą firmą. 

Konflikt Michniewicz - Kwiatkowski. Piłkarze murem za team managerem, wyleciał selekcjoner

Słowem: pracownicy Publiconu otrzymali w PZPN sporo przestrzeni i nieformalnej władzy. Dzięki temu mieli wpływ na to, kto zajmuje ważne stanowiska. To, czy oddanie pola firmie Publicon Sport nie zaszkodzi PZPN po zmianie władzy, jest pytaniem - przynajmniej na razie - bez odpowiedzi. Faktem jest jednak, że Kwiatkowski, który od czwartku już oficjalnie w PZPN nie pracuje, w praktyce nie zajmował się już polityką medialną PZPN, a skupiał się na pracy w reprezentacji Polski. Ale i tu pojawiały się zgrzyty.

Pierwszym wyraźnym była zupełnie nieudana dla wszystkich pierwsza konferencja prasowa Czesława Michniewicza. Drugim – słynna afera premiowa przy okazji mundialu w Katarze, gdy premier obiecał kadrze wielkie - i jak się później okazało wirtualne - pieniądze za wyjście z grupy.

Po meczu z Argentyną w kadrze doszło do burzliwej dyskusji pomiędzy zawodnikami a selekcjonerem i sztabem szkoleniowym, a także zawodnikami we własnym gronie. Kto mieszał najwięcej? Kto był głównym winowajcą afery? Komu najbardziej zależało na pieniądzach i jak duże powstały w związku z tym podziały? Tego nie wyjaśniono do dziś, ale to wtedy doszło do dużego konfliktu pomiędzy Kwiatkowskim i selekcjonerem. Michniewicz zarzucał Kwiatkowskiemu kolportowanie w mediach wersji korzystnej dla piłkarzy, a niekorzystnej dla selekcjonera i sztabu. 

Wojna Michniewicza z Kwiatkowskim była na tyle duża, że wypowiedzi Kwiatkowskiego na zebraniu zarządu PZPN praktycznie przesądziły o pożegnaniu z ówczesnym selekcjonerem. Ale kto tak naprawdę miał w tej głośnej sprawie rację – tego nie wiadomo do dzisiaj.

Faktem jest jednak, że Kwiatkowski od zawsze świetnie żył z piłkarzami. Dlatego mogli oni liczyć na jego wsparcie przy okazji afery premiowej. Kadrowicze odwdzięczyli się rzecznikowi, dając do zrozumienia władzom związkowym, że przy tak zaognionej sytuacji na linii Michniewicz – Kwiatkowski stoją murem za tym drugim i nie wyobrażają sobie dalszej współpracy z 53-letnim szkoleniowcem.

Kwiatkowski został na stanowisku w kadrze Santosa, gdyż obawiano się, że wymiana selekcjonera na zagranicznego i jednoczesne wprowadzanie nowego team managera może skończyć się katastrofą. A że w kadrze nie było już Michniewicza, to mógł pozostać Kwiatkowski.

Probierz zrobił to nie po raz pierwszy. Jest pewny swojej przyszłości?

W przypadku Michała Probierza jest inaczej. Były trener Jagiellonii i Cracovii ma doświadczenie z pracy w kadrze U-21, więc nie wchodzi kompletnie w nieznane. Do tego zna z poprzednich miejsc pracy wielu kadrowiczów. A oprócz tego, co bardzo ważne, Probierz świetnie zna się z Michniewiczem, który mógł opowiedzieć mu ze szczegółami o swoim konflikcie z Kwiatkowskim i bardzo dobrych relacjach rzecznika z kadrowiczami. Dlatego też taka decyzja Probierza nie musi być zaskoczeniem.

Zresztą - to nie Kwiatkowski, lecz Kozłowski towarzyszył selekcjonerowi przy serii wywiadów po listopadowym zgrupowaniu. Dyrektor Departamentu Komunikacji i Mediów zdaniem wielu też miał spory wpływ na decyzję o rozstaniu PZPN z Kwiatkowskim, choć sama decyzja należała w zdecydowanej mierze do selekcjonera. 

Co ciekawe, Probierz gdy za drugim razem obejmował funkcję trenera Jagiellonii, zdecydował się wymienić kierownika drużyny. Po roku pracy w Cracovii – stało się to samo, a tam kierownik także miał bardzo dobre relacje z zawodnikami. Wygląda na to, że w kadrze powtórzył ten schemat.

Rezygnacja z Kwiatkowskiego może oznaczać, że Probierz jest bliski kontynuowania pracy z kadrą, nawet gdyby podwinęła mu się noga w barażach do Euro 2024. On sam przecież w wywiadach podkreśla, że ma kontrakt do końca eliminacji do MŚ 2026 i nie zamierza z niego rezygnować.

To, co z pewnością można powiedzieć o Probierzu, to fakt, iż nie pozwala, by w jego drużynach "ogon kręcił psem". Słowem: żeby piłkarze mieli więcej do powiedzenia od niego. A co dalej? Kto będzie nowym team managerem reprezentacji Polski? Tego na razie nie wiadomo. 

Więcej o:
Copyright © Agora SA