Jeśli mecz z Czechami (1:1) miał pokazać przed marcowymi barażami o Euro 2024, czy pacjent "Reprezentacja Polski" żyje, to otrzymaliśmy informację - jeszcze żyje, ale umiera w męczarniach. Męczą się piłkarze na boisku, męczą się kibice na trybunach i przed telewizorami, a jak tak dalej pójdzie, w marcu umrą jakiekolwiek nadzieje na udział w mistrzostwach Europy w Niemczech, bo obecnie potrzeba nam cudu piłkarskiej medycyny - pisze dziennikarz Sport.pl Jakub Seweryn.
Michał Probierz: "Zagraliśmy dobrze". Robert Lewandowski: "Widzę wiele pozytywów". Jan Bednarek: "Widać było progres". Nicola Zalewski: "Zagraliśmy dobry mecz". Tymczasem kibic reprezentacji Polski, który oglądał piątkowy mecz z Czechami (1:1), zastanawia się, czy na pewno dotarł na właściwy stadion albo, czy nie pomylił kanałów w swoim telewizorze. Bo chyba nie mógł oglądać tego samego meczu Polska – Czechy, o który chodzi selekcjonerowi i kadrowiczom. Nie mógł, prawda?!
Polacy w piątek wieczorem stracili ostatnie, matematyczne szanse na bezpośredni awans na Euro 2024. Ale to nie było w tym wszystkim najgorsze. Szanse już były ledwie iluzoryczne jeszcze przed obecnym zgrupowaniem. Wielu kibiców chciało przede wszystkim zobaczyć ten progres, o którym wspomniał Jan Bednarek. Chciało zobaczyć solidne spotkanie w wykonaniu reprezentacji Polski przeciwko rywalowi o klasie bliskiej tym, którzy będą ją czekać w marcu w barażach. Chciało zobaczyć drużynę zdeterminowaną, dobrze zorganizowaną, której piłka nie będzie przeszkadzać w przebiegnięciu zaplanowanych 90 minut z czasem doliczonym. Czyli po prostu drużynę, która "żyje" przed decydującymi meczami o mistrzostwa Europy, czekających ją w przyszłym roku.
Determinacja i trochę organizacji to za mało. Niewyjaśniona sytuacja ze Świderskim, zmiany na minus. Co popsuło Polaków po przerwie?
Z tego wszystkiego dostaliśmy drużynę zdeterminowaną – to tak, bo Polacy na pewno nogi nie odstawiali. I przez większość czasu nie najgorzej zorganizowaną w obronie. Szczególnie w pierwszej połowie, po której Polacy prowadzili 1:0 za sprawą bramki Jakuba Piotrowskiego, a Czesi szybko, bo już po kilku pierwszych minutach przestali zagrażać bramce Wojciecha Szczęsnego. I okej, wielkiej piłki w tym wszystkim nie było, mecz przypominał bardziej starcie drużyn z dolnych rejonów angielskiej Championship (druga liga), ale był pewien zamysł, jak również determinacja po stronie Biało-Czerwonych, którzy tak jak w Pradze zostali przez Czechów stłamszeni, tak tutaj potrafili nawet rywala pod tym względem przewyższać.
Ale po pierwszej połowie była jeszcze druga. A ta była dla Polski zła jeszcze zanim się zaczęła. Bo do teraz do końca nie wiadomo, co się stało w przerwie z Karolem Świderskim, że ten nie tylko nie mógł kontynuować gry, ale został wręcz zabrany do szpitala. - Poczuł się źle – tylko taką informację można było otrzymać od przedstawicieli kadry. Ale wszyscy dobrze wiemy przecież, że od złego samopoczucia do konieczności zostania zabranym od razu do szpitala jeszcze sporo musi się wydarzyć. Tym bardziej że Świderski miał również w szpitalu spędzić noc na obserwacji.
Z kolei już na samym boisku Czesi potrzebowali zaledwie czterech minut, by wyrównać jeden z niewielu dotychczasowych momentów dezorganizacji w obronie reprezentacji Polski. Nieporozumienie między główkującymi Janem Bednarkiem i Jakubem Kiwiorem, złe krycie Pawła Bochniewicza i Wojciech Szczęsny został pokonany przez Tomasa Soucka, który również w angielskim West Hamie wielokrotnie zdążył pokazać, że w takich sytuacjach czuje się jak ryba w wodzie.
Przy wyniku 1:1 Polacy musieli zaryzykować, Czesi tylko mogli. Ale ten pośpiech i coraz bardziej ryzykowne podejście całej drużyny z trenerem na czele wcale nie wpływało na okazje podbramkowe pod bramką Jindricha Stanka. Tym bardziej że mniej skuteczny w swoich działaniach niż przed przerwą był Nicola Zalewski, grający po drugiej stronie Przemysław Frankowski grał ustawiony znacznie niżej od kolegi z lewego skrzydła, wymuszona zmiana Karola Świderskiego na Adama Buksę okazała się zmianą "in minus", a Robert Lewandowski, mówiąc wprost, w tym meczu potykał się o własne nogi.
Jest problem z Lewandowskim. Probierzowi należy współczuć, ma gorzej od poprzedników
Szczególnie ten ostatni punkt jest dla wszystkich rozczarowujący. Być może od Lewandowskiego nie należy już oczekiwać bycia jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, jak jeszcze dwa czy trzy lata temu, ale przecież w tym roku w reprezentacji Polski "Lewy" miał dobre 45 minut z Mołdawią i niezłą końcówkę z Wyspami Owczymi. W wielu meczach z kolei głównie drużynie przeszkadzał swoimi prostymi błędami technicznymi, stratami piłki czy przegrywanymi pojedynkami z obrońcami rywali. Frustruje się on, bo na pewno trudno mu zaakceptować taki stan rzeczy, frustrują się z pewnością koledzy, frustrują się też kibice.
A selekcjoner? Jemu należy po części współczuć, bo trafił na Lewandowskiego, który na boisku cierpi, podczas gdy wielu poprzednikom potrafił sam wygrywać nieukładające się mecze. W takiej sytuacji, jak po błędzie Tomasa Holesa w 54. minucie, Lewandowski zwykł bezlitośnie pakować piłkę w siatce rywala, podczas gdy tu wykonał jakąś dziwaczną i totalnie nieudaną próbę lobowania czeskiego bramkarza.
Zresztą zobaczcie sami kompilację zagrań Roberta Lewandowskiego z meczu z Czechami:
Dobrej formy Roberta Lewandowskiego bezwzględnie brakuje całej drużynie, bo takie mecze, jak ten z Czechami czy ten sprzed miesiąca z Mołdawią (w którym nie zagrał w ogóle), Lewandowski zwykł wyjaśniać na korzyść Biało-Czerwonych. Teraz jest z kolei cieniem samego siebie, a im więcej próbuje, tym bardziej mu nie wychodzi. Może to jest ten moment, by Lewandowski po prostu skupiał się tylko na tym, co potrafi najlepiej, czyli finalizacji akcji w polu karnym? Zamiast próbować rozgrywać czy dryblować, co w zdecydowanej większości kończy się prostą stratą.
Probierz wciąż szuka i zmienia, a do baraży został mu jeden mecz. Musi trafić jak Michniewicz
Siedem zmian w wyjściowej jedenastce, a zmiany zabrakło w wyniku i samej grze Biało-Czerwonych, więc pewnie będą kolejne. A mowa o ostatnim meczu, który może posłużyć jako wyznacznik przed marcowymi barażami. Bo umówmy się – wtorkowy sparing ze słabiuteńką Łotwą takowym nie będzie.
Oczywiście, niektóre z tych zmian spowodowane były kwestiami, na które sam Michał Probierz nie miał wielkiego wpływu, jak kontuzja Roberta Lewandowskiego w październiku czy teraz choroba Piotra Zielińskiego, gdzie obaj są piłkarzami, od których selekcjoner najpewniej zaczyna układanie wyjściowej jedenastki.
Ale tego samego nie możemy powiedzieć choćby o wahaniach Probierza co do Jana Bednarka, Arkadiusza Milika czy Sebastiana Szymańskiego, a także ciągłej rotacji w środku pola czy obrony. Bo jeśli mamy szukać pewniaków do gry w wyjściowej jedenastce Polaków, to w połowie drugiego zgrupowania takich można wskazać sześciu – Szczęsny, Kiwior, Frankowski, Zieliński, Świderski i Lewandowski.
Tymczasem miejsc pozostaje jeszcze pięć i poza bardzo dobrym przeciwko Czechom Nicolą Zalewskim trudno wskazać choćby faworytów do ich zajęcia. Michał Probierz wobec tego będzie musiał mieć szczęście Czesława Michniewicza, który półtora roku temu postawił na właściwe konie, gdy musiał rywalizować w Chorzowie ze Szwecją o mundial w Katarze.
Ale na teraz wygląda to źle, bo choć pacjent "Reprezentacja Polski" daje niewielkie oznaki życia, to w perspektywie baraży bliżej mu smutnego końca niż cudu medycznego, jakim okazałby się awans obecnej kadry Biało-Czerwonych na Euro 2024.