To koniec. Polacy skompromitowali się w eliminacjach do Euro 2024

Jakub Seweryn
To był koniec eliminacji do Euro 2024, na jaki reprezentacja Polski zapracowała przez całe rozgrywki. Biało-Czerwoni w kiepskim stylu zremisowali w Warszawie z Czechami 1:1 i już pewne jest, że nie zajmą żadnego z dwóch pierwszych miejsc w grupie E. Na bramkę Jakuba Piotrowskiego na początku drugiej połowy odpowiedział Tomas Soucek. Drużyna Michała Probierza o awans powalczy w marcowych barażach, do których na pewno nie będzie przystępowała w najlepszych nastrojach.

24 marca 2023 roku, Praga, stadion Slavii - to właśnie tam, porażką 1:3, rozpoczął się koszmar polskiej reprezentacji Polski pod nazwą "eliminacje do Euro 2024". Osiem miesięcy później bez tygodnia Biało-Czerwoni, już z innym selekcjonerem, grupową część eliminacji kończyli, mierząc się ponownie z Czechami. I choć szanse na bezpośredni awans po zdobyciu jednego punktu na sześć możliwych z Mołdawią były już czysto matematyczne, zespół Michała Probierza musiał się naszym południowym sąsiadom zrewanżować, co też poprawiłoby nastroje przed ewentualną marcową rywalizacją w barażach. 

Zobacz wideo Probierz: Zachęcam kibiców, żeby wspierali reprezentację Polski

Koniec marny, jak całe eliminacje. Polacy stracili szanse na bezpośredni awans na Euro 2024

W pierwszych minutach piątkowego spotkania jednak na moment wróciły demony z Pragi. Czesi błyskawicznie i bardzo agresywnie zaatakowali Biało-Czerwonych, co przyniosło dwie naprawdę dobre okazje dla lewego wahadłowego Davida Doudery. Pierwszy strzał Czecha okazał się niecelny, a drugi minął bramkę Wojciecha Szczęsnego. 

Ten atak Czechów był szybki, agresywny, ale na szczęście jednorazowy. Polacy po kilku minutach mieli zdecydowanie więcej kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Biało-Czerwoni na pewno nie grali ładnie w piłkę, ale prezentowali bardzo dużą determinację. Tak jak Czesi pod tym względem zdominowali ich w Pradze, tak tutaj ten aspekt był po stronie Polaków. 

W ofensywie najgroźniej było za sprawą Nicoli Zalewskiego po lewej stronie boiska. To właśnie wahadłowy Romy najczęściej szarpał i zagrywał groźne piłki w pole karne przeciwnika w poszukiwaniu Karola Świderskiego - po jednej z nich polski napastnik został uprzedzony tuż przed bramką przez czeskiego obrońcę, gdy już szykował się do wpakowania piłki z bliska do siatki. Zalewski oddał też pierwszy celny strzał na bramkę Jindricha Stanka. Próbę z dystansu jednak bardzo dobrze obronił czeski golkiper.

Spotkanie Polaków z Czechami nie stało na wysokim poziomie. Widać było, że oba zespoły nie są w dobrej dyspozycji. Proste środki wybierane przez obie ekipy sprawiały, że momentami mecz ten wyglądał jak spotkanie drużyn z dolnych rejonów drugiej albo wręcz trzeciej ligi angielskiej. Co gorsza, jednym ze słabszych piłkarzy po polskiej stronie był Robert Lewandowski, który nie stwarzał żadnego zagrożenia dla czeskiej bramki, a notował za to bardzo wiele strat.

W 26. minucie kolejny atak Czechów przyniósł jeszcze jedną próbę Davida Doudery. Najaktywniejszy po stronie przeciwnika zawodnik z 16 metrów uderzył jednak zdecydowanie zbyt anemicznie, żeby Wojciech Szczęsny mógł mieć jakiekolwiek problem z tym strzałem.

W 38. minucie z kolei padła pierwsza bramka w tym spotkaniu i był to gol dla Polski. Raz jeszcze lewym skrzydłem szarpnął Nicola Zalewski i ponownie swoim płaskim dośrodkowaniem szukał ustawionego na dalszym słupku Karola Świderskiego. Choć napastnik Charlotte FC tym razem został uprzedzony przez obrońcę, to stało się to w taki sposób, że tylko Jindrich Stanek uratował Czechów przed samobójem. Tyle że piłka jeszcze trafiła pod nogi Jakuba Piotrowskiego i ten skierował ją z kilku metrów do bramki. Polska prowadziła do przerwy z Czechami 1:0. 

W przerwie Michał Probierz był zmuszony dokonać zmiany w swoim zespole - Karol Świderski poczuł się na tyle źle, że musiał zostać zabrany do szpitala. Nie wiadomo, co dokładnie stało się napastnikowi kadry, ale w jego miejsce na boisku pojawił się Adam Buksa. 

Choć druga połowa rozpoczęła się od celnego, ale zbyt słabego uderzenia Nicoli Zalewskiego z ostrego kąta, to już w 49. minucie na Narodowym było już 1:1. Po dośrodkowaniu z prawego skrzydła fatalne zachowanie w polskiej obronie wykorzystał Tomas Soucek. Napastnik West Hamu zamknął akcję na dalszym słupku i płaskim strzałem pokonał Wojciecha Szczęsnego. 

Chwilę później szansę na przywrócenie Polakom prowadzenia miał Robert Lewandowski, który skutecznie powalczył o piłkę z czeskim obrońcą w polu karnym rywala. Jego próba lobowania Jindricha Stanka okazała się jednak bardzo nieudana i niecelna. 

Czesi zyskiwali przewagę, szukając drugiego trafienia, które już w piątek dałoby im awans na Euro 2024. W 61. minucie po ogromnym zamieszaniu po rzucie rożnym z kilku metrów spudłował David Zima. Kilka minut później po bardzo dobrej akcji lewym skrzydłem Davida Doudery z kilkunastu metrów nie popisał się Michal Sadilek, uderzając z czystej pozycji nad poprzeczką. Polacy z kolei stracili w międzyczasie kolejnego zawodnika, gdyż z przyczyn zdrowotnych gry kontynuować nie mógł Paweł Bochniewicz, którego zmienił na środku obrony Patryk Peda. Na boisko niedługo później wszedł także Kamil Grosicki, a także Sebastian Szymański, na ostatnie minuty zmieniając... Pedę, którego występ nie trwał nawet 30 minut. 

Napór rywali trwał kilka minut, później przewaga była po stronie Polaków, którzy jednak bez skutku nacierali na bramkę Jindricha Stanka. Z rzutu wolnego celnie uderzał Robert Lewandowski, ale nawet odrobinę nie zaskoczył czeskiego bramkarza. W odpowiedzi z dystansu uderzył minimalnie niecelnie David Doudera. 

Czesi jeszcze w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola, ale dobrych sytuacji nie wykorzystywali Alex Kral, Tomas Cvancara i Ondrej Lingr. Piłkę meczową miała jednak Polska - w ostatniej akcji meczu po rzucie rożnym minimalnie nad bramką główkował Adam Buksa i wynik w Warszawie już się nie zmienił.

Polska zremisowała z Czechami 1:1, przekreślając już jakiekolwiek szanse na bezpośredni awans na Euro 2024. Czesi z kolei mogli ten awans już w piątek sobie przypieczętować, a tak będą w niepewności do poniedziałku, gdy nie będą mogli przegrać u siebie z Mołdawią. Polacy o awans będą musieli grać w marcowych barażach, do których całe piłkarskie środowisko w Polsce będzie podchodziło w wyjątkowo podłych nastrojach.

Więcej o:
Copyright © Agora SA