Reprezentant Polski mówi nam, co się stało w Kiszyniowie. "Kilkakrotnie"

Jakub Seweryn
- Co może zrobić trener, gdy tak zaczynamy mecz, jak w Pradze? Co może zrobić trener, gdy w taki sposób oddajemy dwubramkowe prowadzenie, jak w Kiszyniowie? Trener stoi z boku, za linią końcową, a to my piłkarze daliśmy ciała, zawiedliśmy - mówi Przemysław Frankowski w rozmowie ze Sport.pl. Pomocnik reprezentacji Polski opowiada też, co widział na lotnisku w Kiszyniowie.

Za reprezentantem Polski Przemysławem Frankowskim bardzo dobry sezon. Drużyna Polaka, RC Lens, niespodziewanie zdobyła wicemistrzostwo Francji, do końca naciskając mistrza - Paris Saint-Germain. Sam Frankowski był drugim najlepszym piłkarzem całej ligi według not wystawianych przez prestiżowy dziennik "L'Equipe". W rozmowie ze Sport.pl 28-letni pomocnik mówi jednak nie tylko o świetnym sezonie klubowym, ale też o kiepskich miesiącach reprezentacji Polski, w tym o blamażu w Kiszyniowie z Mołdawią (2:3).

Zobacz wideo "To ja obudziłem zespół z Mołdawii. Biorę to na siebie"

Jakub Seweryn: Co się stało w Kiszyniowie?

Przemysław Frankowski: Już trochę czasu minęło od tego meczu i człowiek do teraz tak naprawdę tego nie wie. Mieliśmy 2:0 po pierwszej połowie, w której wszystko nam się układało i graliśmy naprawdę dobrą piłkę. Wyszliśmy na drugą część spotkania i stało się to, co się stało. Do dzisiaj nie rozumiem tego. Wiadomo, że przydarzyły się błędy indywidualne i Mołdawia praktycznie wszystkie wykorzystała, strzelając trzy gole.

Ale nawet przy 2:1 mieliśmy doskonałą okazję do strzelenia trzeciego gola. Nie wykorzystaliśmy jej i być może wtedy z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to się może źle skończyć. Trzeba przyjąć to na klatę. Żadne słowa tu niczego już nie zmienią.

Sporym echem obiła się wypowiedź Jana Bednarka, który mówił, że po wygranej 2:0 pierwszej połowie "zaczęliście myśleć o wakacjach". No i na samym początku drugiej połowy straciliście szybko kontaktową bramkę.

- To prawda, ale po tym golu nasza gra aż tak nie siadła, jak się to przedstawia. Mieliśmy swoje sytuacje, w tym tę jedną doskonałą. Kilkakrotnie zabrakło lepszego dogrania, żebyśmy cieszyli się z trzeciego gola. Wiadomo, że Mołdawia grała długą piłką, a oprócz tego zaczęła wychodzić do nas wysokim pressingiem. To sprawiało, że się gubiliśmy. Czy się rozluźniliśmy po przerwie? Myślę, że tak… Z czegoś taki wynik się wziął…

Mówiło się, że reprezentacja Polski bez trudu awansuje z takiej grupy na Euro. Tymczasem teraz wasza sytuacja w grupie zrobiła się trudna.

- Nie ma innej możliwości – teraz trzeba każdy mecz wygrać i mamy na tyle jakości, żeby to zrobić. Najważniejsze będzie to, żeby do każdego meczu podchodzić z odpowiednią mentalnością. W każdym spotkaniu trzeba nacierać od początku do samego końca, udowadniać swoją wartość oraz wyższość nad innymi drużynami. Bo inaczej widzimy, że możemy przegrać nawet z Mołdawią.

Wróćmy do Kiszyniowa. Podobno wiele działo się nie tylko na boisku, ale też na lotnisku i w samolocie do Polski. Prawdą jest to, o czym napisał "Przegląd Sportowy", że działy się tam niestworzone rzeczy i musieliście między innymi słuchać przemówienia prezesa Cezarego Kuleszy oraz zmagać się z pijanymi gośćmi PZPN?

- Nie wiem, o czym mowa, szczerze mówiąc. Na lotnisku przez chwilę rozmawiałem z prezesem Kuleszą, bo znamy się dobrze jeszcze z czasów Jagiellonii, ale to w sumie tyle.

Czyli nie zaczepiał was np. Paweł Jóźwiak, prezes FEN, który miał na waszych oczach miał całować się ze swoją dziewczyną i wam dogadywać?

- Nie znam za bardzo ludzi, którzy podróżują z PZPN, ale nic takiego nie widziałem.

Co nie zmienia faktu, że atmosfera wokół kadry robi się coraz gorsza. Jak to odczuwacie jako zawodnicy?

- Każdy widzi, co się dzieje. Nie ma co ukrywać, za atmosferą stoją przede wszystkim wyniki. Jeżeli ich nie ma, to każdy jest zły i rozczarowany. Trzeba przede wszystkim próbować odwrócić złą kartę i zacząć wygrywać. Wiadomo, że to nie zmieni się wszystko po jednym meczu, ale wierzę, że w końcu nasz projekt zacznie odpowiednio funkcjonować i będziemy jako zespół iść do przodu. Wtedy znowu przyciągniemy do siebie kibiców czy nawet sponsorów. Mamy na tyle dużo jakości w drużynie, że jesteśmy w stanie do tego wrócić.

Wiele mówi się o tym, że brakuje wam lidera. Też tak to odczuwacie czy ta teza jest przesadzona?

- Czy ja wiem… Każdy z nas po prostu musi wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje. Zarówno na boisku, jak i poza nim, a nie zrzucać to na jedną osobę i szukać na siłę liderów. Każdy jest w tej piłce już jakiś czas i wie, jak to funkcjonuje. Nie ma co szukać wymówek.

Czy w takim razie Robert Lewandowski jest dobrym kapitanem reprezentacji?

- Robert jest znakomitym zawodnikiem i dobrym kapitanem. Posiadanie takiego kapitana jest plusem dla zespołu. Bez dyskusji.

A jakim trenerem jest Fernando Santos?

- Bardzo doświadczonym, opierającym się na psychologii. Wie doskonale, co chce z nami zrobić. Tłumaczy nam wszystko, ale też trzeba otwarcie powiedzieć - co może zrobić trener, gdy tak zaczynamy mecz, jak w Pradze? Co może zrobić trener, gdy w taki sposób oddajemy dwubramkowe prowadzenie, jak w Kiszyniowie? Trener stoi z boku, za linią końcową, a to my piłkarze daliśmy ciała, zawiedliśmy. Trener może nas bronić, ale każdy z nas i wszyscy wokół muszą zdawać sobie sprawę, czyja to jest tak naprawdę wina.

Czuć było już na samym początku tę aurę, że do szatni wchodzi mistrz Europy, zwycięzca Ligi Narodów i trener, który naprawdę dużo w futbolu osiągnął?

- Na pewno tak. Na pierwszej odprawie każdy z nas siedział cicho, czekając na jego pierwsze słowa. Trener powiedział, że wygrał mistrzostwo Europy z Portugalią i teraz z nami chce to powtórzyć. To na pewno nie będzie łatwe, ale widać było, że trener w to naprawdę wierzy, a my mamy też w to wierzyć i do tego dążyć. Wiadomo, że na razie trudno o tym myśleć, gdy najpierw trzeba sobie zapewnić sam awans na Euro, ale kto wie.

Jeśli chodzi o trenerów, masz fajne porównanie tego, co się dzieje u ciebie w klubie - przez cały twój pobyt w Lens trenerem jest Franck Haise - z tym, co dzieje się w reprezentacji, która zmienia ostatnio selekcjonera co roku. Widać przez to różnicę w funkcjonowaniu obu drużyn?

- Trudno jest w ogóle porównywać reprezentację do klubu. W klubie widzimy się na co dzień, w reprezentacji spotykamy się raz na kilka miesięcy, w porywach co miesiąc. Mamy doświadczonego trenera i naprawdę wierzę w to, że to wszystko jeszcze się ułoży. Wiadomo, że jak jest stabilizacja, to jest większa szansa na dobre wyniki. Ale z taką jakością, jaką posiadamy, jestem w pełni przekonany, że to w końcu odpali. Potrzeba czasu, choć wiem, że w Polsce często tej cierpliwości brakuje i wszyscy chcieliby mieć efekty od razu. Nie mamy najlepszego początku, dostaliśmy po twarzy, ale wierzę, że wiele się nauczymy z tych bolesnych porażek. Oby to nas zbudowało, jeszcze bardziej zjednoczyło, żebyśmy sobie już nie pozwalali na takie potknięcia.

Patrząc na te mecze z Czechami i Mołdawią, nie mieliście będąc na boisku wrażenia: „Kurczę, co tu się w ogóle dzieje?"? Bo to nie były tylko porażki, ale też w rzadko spotykanych okolicznościach.

- Cóż… To jest piłka. Z Czechami fatalnie weszliśmy mecz. Ledwo się spotkanie zaczęło, a już było praktycznie po meczu. Oczywiście, chcieliśmy jeszcze wrócić do gry, mówiliśmy sobie, że trzeba przycisnąć i jeszcze powalczyć choćby o remis, ale to nie jest takie proste. Wszyscy dajemy z siebie sto procent dla reprezentacji, ale takie mecze po prostu się zdarzają.

Czas przejść do nieco przyjemniejszego dla ciebie tematu. Drugi najlepszy piłkarz sezonu Ligue 1 wg "L’Equipe" – to brzmi dumnie?

- Myślę, że tak, to jest powód do dumy. Wiadomo, że to jest średnia not z każdego meczu, bawią się w to dziennikarze, ale miło jest zostać tak wyróżnionym. Jest to dodatkową motywacją do tego, żeby iść dalej do przodu, i potwierdzenie, że zmierzam w dobrym kierunku. Ale też nie ma co ukrywać, że jest to też zasługa całej drużyny – mam dookoła naprawdę dobrych piłkarzy, a dzięki temu jest mi łatwiej, by pokazać pełnię swoich możliwości.

Sam to czujesz, że za tobą bardzo dobry sezon?

- Na pewno. Zostałem doceniony jako zawodnik, a drużyna wywalczyła wicemistrzostwo Francji. Trudno było prosić o coś więcej. To był bardzo dobry rok, myślę nawet, że mogliśmy się pokusić o tytuł. Zabrakło niewiele – pewnie trochę więcej wyrachowania i doświadczenia w kluczowych momentach. Ale i tak wszyscy musimy być zadowoleni.

Czujecie, że to mistrzostwo było w zasięgu?

- Każdemu po głowie chodzi taka myśl, bo było naprawdę blisko. Myślę, że przeważył ten mecz w Paryżu, w którym od 19. minuty musieliśmy grać w dziesiątkę i już do przerwy przegrywaliśmy 0:3 [ostatecznie Lens przegrało 1:3, a jedynego gola dla gości strzelił Frankowski – red.]. Potem trzeba było uważać na Marsylię, bo w grze było nie tylko wicemistrzostwo, ale też bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Musieliśmy dociągnąć to do końca, na szczęście się udało.

Jak przyjęto w Lens wicemistrzostwo Francji?

- To był dla nas wielki sukces, temu nie można zaprzeczyć. Przed nami było tylko PSG, które włożyło w swoją drużynę bardzo duże pieniądze i miało w swoim składzie megagwiazdy. A mimo wszystko do końca trzymaliśmy się ich blisko.

To może teraz będzie łatwiej o tytuł, skoro z Paryża odszedł już Messi, a i przyszłość Mbappe jest pod znakiem zapytania?

- Trudno to stwierdzić. Kylian to świetny zawodnik, każda drużyna z nim jest i będzie piekielnie silna, ale myślę, że Paryż w każdej konfiguracji wciąż będzie bardzo mocnym zespołem. Nawet bez Mbappe.

Ale i wy musicie mierzyć się z odejściami ważnych piłkarzy – kapitan Seko Fofana odszedł do arabskiego Al Nassr, a najlepszy strzelec Lois Openda do niemieckiego RB Lipsk. Jak duże są to straty dla Lens?

- Wierzę, że w ogóle nie będzie to odczuwalne. Naprawdę. Nie będzie na pewno łatwo ich zastąpić, każdy z nas będzie musiał wziąć na swoje barki jeszcze więcej odpowiedzialności za zespół, ale Lens słynie z tego, że jest w stanie wyszukać zawodników, którzy przyjdą i będą grać jeszcze lepiej od tych, którzy odeszli. Oby tak było, wszystko zweryfikuje liga i początek nowego sezonu.

A to nie jest tak, że Seko Fofana jako kapitan pełnił w Lens ważniejszą rolę nie tylko na boisku? Nie będzie tego brakowało?

- Na pewno poza boiskiem był otwartą osobą, która zawsze była chętna do pomocy. Każdy mógł pójść do niego ze swoim problemem, a on pomagał i instruował kolegów. Był prawą ręką trenera i kierownictwa drużyny. Przez niego wszystko tak naprawdę przechodziło, był bardzo ważną postacią naszego zespołu, to prawda.

Rada drużyny Lens na przyszły sezon już została wybrana?

- Chyba jeszcze nie…

To może znajdzie się w niej Przemysław Frankowski? Stajesz się powoli jednym z bardziej doświadczonych zawodników w swoim zespole.

- Nie wychylam się do przodu, częściej jednak stoję z boku. Ale co ma przyjść, to przyjdzie. Nie muszę być w radzie drużyny, żeby powiedzieć zespołowi to, co należy w danym momencie. Wszystko tu zależy od trenera. Myślę, że ważną kwestią będzie tu też znajomość języka.

A jak z twoim francuskim?

- Jest okej. Może nie perfekcyjnie, nie zawsze wszystko rozumiem tak, jak bym chciał, gdy chłopaki szybciej mówią, ale najważniejsze, że rozumiem wszystko, co przekazuje trener. W stu procentach.

Gdy patrzysz na odejścia kluczowych zawodników Lens, to sam nie masz myśli o jakimś większym transferze, by może spróbować czegoś wyżej?

- Czy myślę? Myślę, że już jestem w naprawdę dużym klubie, drugim najlepszym we Francji. Nie wiem, czy jest sens to zmieniać, tym bardziej, że jestem osobą, która pełni ważną rolę w Lens. To mi odpowiada. Jasne, że są jakieś marzenia, ale przede wszystkim szanuję to, gdzie obecnie jestem. Naprawdę nie mam na co tu narzekać. 

Gra w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie też działa na wyobraźnię?

- Z pewnością jest to coś, do czego dążyłem przez całą karierę. Cieszę się, że jest to przede mną. Bez dwóch zdań zrobię wszystko, aby być do tych meczów w pełni zdrowy i przygotowany. To też jest jednym z powodów, by nie szukać sobie nowej, lepszej drużyny. Chcę cieszyć się meczami Ligi Mistrzów, które są dla nas nagrodą za to, co osiągnęliśmy w poprzednim sezonie. Przez grę na trzech frontach najbliższy sezon na pewno łatwy nie będzie, ale jestem przekonany, że sobie poradzimy.

Co w takim razie będzie pozytywnym wynikiem dla Lens i Przemysława Frankowskiego w przyszłym sezonie?

- Nie myślałem o tym i dalej w ten sposób nie myślę. Nie lubię stawiać przed sobą celów, żyję z meczu na mecz i takie podejście bardzo mi pomaga. Wtedy łatwiej dać mi z siebie maksa w każdym kolejnym spotkaniu, żeby pomóc zespołowi w osiąganiu kolejnych zwycięstw. Będziemy w Lidze Mistrzów i chcielibyśmy w kolejnym sezonie też do niej awansować, to pewnie będzie naszym celem, aby jako klub osiągnąć stabilizację na wysokim poziomie.

Skoro planujesz zostać na Felix Bollaert na dłużej, to może poszukasz szansy, by po prostu zostać legendą Lens? Niejeden Polak zapisał piękną kartę w historii tego klubu.

- Haha, na rozmowy o czymś takim na razie jest za wcześnie… W piłce wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i szybko się zmienia, dlatego nie chcę składać żadnych niepotrzebnych deklaracji. Jestem szczęśliwy tu i teraz w Lens, a co będzie w przyszłości? Zobaczymy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.