- Takich tchórzy jak piłkarze polskiej kadry nie znam - mówi Szymon Jadczak. Dziennikarz śledczy Wirtualnej Polski w rozmowie z goal.pl wrócił do tematu afery premiowej, która w grudniu - po największym sukcesie reprezentacji Polski na mundialu od 36 lat - zdominowała dyskusję wokół polskiej piłki.
"Powiedz, czy zażenowała cię sprawa afery premiowej?" - zapytał w pewnym momencie dziennikarz goal.pl. - Wiesz co, no nie, ona mnie ucieszyła, bo to był mój news - roześmiał się Szymon Jadczak, dziennikarz śledczy Wirtualnej Polski. A po chwili już nieco poważniej dodał: - Pewnie by mnie zażenowała ta afera, gdybym nie wiedział, jacy są piłkarze.
Jadczak o piłkarzach reprezentacji. "Gdyby mieli jaja"
Jadczak od razu kontynuował ten temat. - Mogę od razu zdradzić jedną rzecz: przed wybuchem tej afery, ale też po wybuchu kontaktowałem się z kilkoma reprezentantami Polski. I mogę tu oficjalnie powiedzieć - procesowo czy nie - ale takich tchórzy jak piłkarze polskiej kadry nie znam. A poznałem wielu ludzi w Polsce zajmujących się różnymi profesjami, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Tchórzostwo wśród polskich piłkarzy to powinna być jedna z ich głównych cech - dodał Jadczak.
Dziennikarz goal.com dopytywał: "Co dokładnie postrzegasz jako tchórzostwo?". - Zacznijmy od tego, że ta afera umarłaby już na samym początku, gdyby piłkarze powiedzieli, że nie chcą żadnych pieniędzy od polskiego państwa. Gdyby mieli jaja, by po prostu powiedzieć: "jesteśmy milionerami, dajcie te fundusze na wsparcie telefonu dla dzieci z problemami psychicznymi, bo mamy przecież rekordową liczbę samobójstw albo - nie wiem - na dożywianie dzieci na ścianie wschodniej, a nie będziecie nam dawali miliony".
- To już wtedy powinno zostać przerwane. A jeśli nie wtedy, to zaraz po tym, jak my daliśmy newsa. Puściliśmy go o siódmej rano. Gdyby o dziesiątej rząd wspólnie z piłkarzami i PZPN powiedział "przepraszamy, to był nasz błąd", o 11 już by nie było afery. Pogadalibyśmy jeszcze sobie o tym do wieczora, a następnego dnia już szukali kolejnego tematu - przyznał Jadczak.
Afera premiowa w reprezentacji Polski. Kiedy wszystko się zaczęło?
Przypomnijmy: jeszcze w trakcie mundialu - dzień po przegranej w 1/8 finału z Francją (1:3) - Wirtualna Polska podała, że wyjście z grupy Roberta Lewandowskiego i spółki na mistrzostwach świata będzie wiązać się z olbrzymią premią, którą przed startem imprezy obiecał piłkarzom i sztabowi reprezentacji Polski premier Mateusz Morawiecki.
Lewandowski i Grzegorz Krychowiak długo byli jedynym piłkarzami, którzy publicznie zabrali głos w tej sprawie. - Niczego się nie domagaliśmy i nie wyciągnęliśmy rąk po publiczne pieniądze - powiedział Lewandowski w rozmowie z Onetem. Kapitan reprezentacji Polski jednocześnie nie zaprzeczył - podobnie jak Krychowiak - że w kadrze trwały jednak rozmowy na temat podziału tych pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Z różnych relacji wynikało, że te dyskusje były. I to żarliwe, bo 30 milionów złotych - choć mówiło się, że to może być nawet 50 mln - wywołało temat nie tylko w mediach, ale też najpierw w kadrze, gdzie zawodnicy i sztab zaczęli dyskutować o tym, jak podzielić te pieniądze.
Ostatecznie posadą zapłacił za to Czesław Michniewicz, który też miał odwagę w grudniu mówić pod nazwiskiem. Udzielił kilku wywiadów, w których przekonywał, że zrzekł się pieniędzy z "wirtualnej premii" na odprawie 3 grudnia, czyli dzień przed meczem z Francją.
Wersje Lewandowskiego i Michniewicza jednak trochę się rozjeżdżały, temat w mediach żył jeszcze przez kilka tygodni. Skończyło się tym, że 22 grudnia PZPN poinformował, że nie przedłuża wygasającego wraz z końcem roku kontraktu z Michniewiczem. A miesiąc później nowym selekcjonerem reprezentacji Polski został Fernando Santos.