"Santos nie bajerował jak Sousa". Miało być show. Konferencja inna niż wszystkie

Dawid Szymczak
Fernando Santos nie bajerował jak Paulo Sousa ani nie żartował jak Czesław Michniewicz. Zaśmiał się raz: na pytanie o grę Polaków na mundialu. Nie chciał jej szerzej komentować. Tyle uśmiechu musiało wystarczyć. Ten Portugalczyk od sztuczek retorycznych zawsze wolał taktyczne, choć zdanie o gwiazdach - wypowiedziane na koniec - było zgrabne. - Jedyne gwiazdy, jakie znam, to te na niebie. Nigdy nie ma tam jednej gwiazdy. Zawsze występują w zespołach - powiedział.

Wyszli zza kurtyny - najpierw prezez Cezary Kulesza i sekretarz generalny Łukasz Wachowski. Fotoreporterzy z wycelowanymi obiektywami aparatów musieli poczekać kilka minut. Prezentacja nowego selekcjonera nie odbywała się w sali konferencyjnej Stadionu Narodowego, ale w jednej z sal VIP. Miało być elegancko i z pompą. Fernando Santos wyszedł efektownie - zza rozsuniętego nagle ledowego ekranu. - Dzień dobry! - powiedział po polsku.

Zobacz wideo Ta reprezentacja potrzebuje wymiany pokoleniowej

Zachowanie prezesa PZPN w ostatnich tygodniach, gdy poszukiwał selekcjonera wręcz bezszelestnie i wielokrotnie mylił tropy podążającym za nim dziennikarzom, sugerowało, że do ostatniej chwili chciał utrzymać wszystko w tajemnicy. Słyszymy nawet, że w poniedziałek, gdy Portugalczyk przyleciał do Polski, wielu pracowników biura PZPN dostało polecenie skończenia pracy wcześniej, by w siedzibie zostało jak najmniej osób. Kulesza liczył najpewniej, że Fernando Santos objawi się dzień później, a dziennikarzom - niemającym żadnych przecieków - na widok byłego mistrza Europy opadną szczęki. Medialna wyliczanka, która rozpoczęła się od polskich trenerów - Probierza, Stokowca czy Bartoszka, skończyła się przecież kimś z zupełnie innej półki.   

Fernando SantosKulesza zaskoczył wszystkich. Tak Polska będzie grać pod wodzą Fernando Santosa

Efektu zupełnego zaskoczenia nie było, bo dziennikarz Sport.pl - Kacper Sosnowski, wybrał się na lotnisko i sfotografował Santosa, gdy pakował bagaże do samochodu, zdradzając przed federacją, na kogo zdecydował się Kulesza. Na prezentacji było więc nieco podnioślej i bardziej elegancko niż w konferencyjnej sali, ale bez niepewności i nerwowego odliczania do godz. 13, gdy miała rozpocząć się konferencja.

Fernando, nie Filippe, ale sukcesy Santosa się zgadzają

- Poświęciliśmy dużo pracy, wybór był bardzo trudny, ale dzisiaj dotarliśmy do celu - zaczął Kulesza jeszcze zanim na scenie pojawił się Santos. Fernando, a nie Filippe, jak powiedział zestresowany prezes PZPN. - Stać nas na wybór najlepszego selekcjonera. Jako federacja jesteśmy na to gotowi. Zależało nam, żeby trener miał już doświadczenie selekcjonerskie, żeby nie uczył się u nas prowadzenia reprezentacji. Braliśmy pod uwagę jego dotychczasową pracę, charyzmę, sukcesy, pracę z grupą, bo to niełatwe. I chcieliśmy trenera, który odniósł sukcesy. Takiego wybraliśmy. Oto Filippe Santos - wkradł się prezesowi błąd. Dalej wyliczał jednak bez szwanku: mistrz Europy, trener prowadzący najlepszych piłkarzy na świecie, m.in. Cristiano Ronaldo. - Będzie mieszkał w Warszawie, przeprowadza się tutaj z całą rodziną. Będzie pomagał w programie szkolenia młodzieży. Wierzę, że wniesie dużo dobrego do naszej reprezentacji, ale też całej polskiej piłki - mówił Kulesza.

Santos po sesji zdjęciowej z prezesem i biało-czerwoną koszulką chwycił za mikrofon. - Chciałem podziękować panu prezesowi za zaufanie do mnie i do moich współpracowników. To dla mnie bardzo ważny element. To też dla mnie wielki zaszczyt. Polska to wielki kraj, o wielkiej historii, wielkiej kulturze. Ma też wielką reprezentację, która naznaczała moje pokolenie, jest tutaj wielu zawodników z czołówki, zatem dla mnie to olbrzymi zaszczyt, że mogę kontynuować moją karierę w tak wspaniałym kraju. Od dzisiaj jestem Polakiem, jestem jednym z was. Będę robił wszystko, by zapewnić Polakom wiele radości. Będę teraz mieszkał w Warszawie, bo chcę dobrze poznać kulturę i ludzi. Chcę was dobrze zrozumieć. Przyzwyczajcie się, że będziecie mnie często widzieć - mówił, jakby został poinformowany o narodowych traumach po Paulo Sousie. 

- Już zaczynamy pracę, musimy stworzyć nawyki i rutyny. To mój projekt, dlatego daję wam słowo, że będę pracował w sposób ambitny. Nie lubię jednak słowa „ja", wolę słowo „my". Kibice, zawodnicy, sztab, federacja - to jesteśmy my. Prasa i dziennikarze także są kluczowi. Jestem przekonany, że odniesiemy sukces. Ale każdy sukces potrzebuje pracy, nie spada z nieba, więc trzeba na niego pracować - zapewniał.

Najstarszy selekcjoner w historii reprezentacji Polski pokazał sporą werwę. W Katarze czasem jej brakowało

W Katarze, gdzie Santos zaszedł z Portugalią do ćwierćfinału, czasem siedział za konferencyjnym stołem z miną tak posępną i znudzą, jakby w selekcjonerskim życiu odpowiedział już na każde pytanie i zmierzył się z każdym wyzwaniem. O jego dalszą motywację do pracy Portugalczycy mieli zresztą wątpliwości - może pójdzie zarobić do saudyjskiej ligi, może katarskiej, a może w ogóle skończy karierę i odpocznie - dywagowali jeszcze kilka tygodni temu, gdy rozstawał się z ich kadrą. Ale kto znał go bliżej, wiedział, że jeszcze mu się chce. I na pierwszej konferencji prasowej kilkukrotnie o tym zapewniał. Jest najstarszym selekcjonerem w historii reprezentacji Polski, ale mówił żywo i z młodzieńczą werwą. Doświadczenie było jednak czuć w co drugim zdaniu.

- Miałem to szczęście, że podczas mojej kariery prowadziłem naprawdę wielkich zawodników, ale na treningach rządzę ja. Zawodnicy muszą to zaakceptować i szanować. Każdy ma swoją osobowość, a ja muszę je poznać. Chcę poznać charakter każdego piłkarza i z każdym z nich zbudować relacje - zapewniał. - Mam takie powiedzonko: "Jedyne gwiazdy, które znam, są na niebie. A tam nigdy nie ma jednej gwiazdy. Zawsze występują w zespołach" - dodał. 

- To co mnie prowadzi w reprezentacjach narodowych to dwa słowa, poznają je. To "my" i "wygrać". Musimy się do tych słów przyzwyczaić. Moim zdaniem, ta reprezentacja ma wszystko, by rywalizować z każdym zespołem na świecie. Jasne - z szacunkiem do każdego, nikogo nie można lekceważyć przez nazwiska piłkarzy czy miejsce w rankingu. Ale nie możemy podchodzić do nikogo ze strachem. Z każdym można wygrać i trzeba mieć ambicję, by to zrobić. Piłka de facto jest prosta: trzeba strzelać gole i ich nie tracić. Liczy się fundament, każdy budynek bez niego się przewróci. Musimy być zatem solidni w defensywie i musimy też zdobywać bramki, żeby wygrywać. Mamy niewiele czasu, ale mamy zawodników w najsilniejszych ligach, więc są przyzwyczajeni do rywalizacji i profesjonalizmu na najwyższym poziomie - mówił.

Fernando Santos i Cezary KuleszaPortugalczycy mówią o Santosie. I mają problem. "Źle"

Trudne pytania: o Sousę i styl gry za Michniewicza

Santos nie uniknął trudnych pytań. Zaczęło się od tego, co odróżnia, a co łączy go z Paulo Sousą, byłym selekcjonerem Polski, który ponad rok temu zerwał kontrakt z federacją, by prowadzić brazylijskie Flamengo. - Jestem przyjacielem Paulo, choć nigdy nie byłem jego trenerem. Mam z nim relacje od dawna, ale jesteśmy różnymi osobami. Pamiętajcie, że nie analizuję pracy moich kolegów z szacunku do nich. I jeszcze jedno: nikt nie jest lepszy ani gorszy przez to, że z kimś się różni - zaznaczał. - Mówmy o przyszłości. Będziecie mnie widzieć na stadionach, ale dzisiaj nie powiem, że znam ekstraklasę. Nie będę kłamał. Od razu byście mnie złapali. Ale poznam ją. Będę czujny, będę się wdrażał. Nie będę na wszystkich stadionach, bo muszę też wyjeżdżać za granicę, bo mamy tam wielu zawodników. Ale przez najbliższe pół roku będę blisko wielu polskich drużyn - mówił raz jeszcze odróżniając się od Sousy, który właściwie w ogóle nie pojawiał się na ligowych meczach w Polsce. 

Podobnie Santos wybrnął z pytania, o styl gry Polaków na ostatnim mundialu. Santos głośno zaśmiał się podczas jego zadawania. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy z samej treści, czy z tłumaczenia. - Rozumiem to pytanie i wiem, jaki jest jego cel. Mój poprzednik wykonał bardzo dobrą pracę, ale nie chcę tego komentować. Mam swoją opinię, widziałem wszystkie mecze Polaków w Katarze, ale najpierw chcę porozmawiać o tym z zawodnikami i poznać ich opinię. Wtedy się do tego odniosę, dobrze? Rozumiem, że to pytanie jest zasadne, ale potrzebuję czasu - uśmiechał się.

Santos zapewnił też, że będzie miał w swoim sztabie polskiego asystenta. Szykowani do tego są Łukasz Piszczek i Tomasz Kaczmarek, były trener m.in. Lechii Gdańsk. Portugalczyk już z nimi rozmawiał, ale decyzję ma dopiero podjąć w najbliższych dniach. - W Grecji miałem ludzi stamtąd. Tutaj też chcę mieć asystenta z Polski, bo przede wszystkim na początku to jest bardzo ważne, bo on zna mentalność ludzi i może lepiej przekazać moje pomysły. Chcę to przemyśleć i za 15 dni przekażę prezesowi moje wnioski. Nie można też nagle zaangażować zbyt wielu osób, ale na pewno ktoś z Polski w moim sztabie się znajdzie i nam pomoże. Mam sztab, z którym łatwo współpracować - zapewniał.

Robert Lewandowski i trener Portugalii Fernando SantosJak prezes wybierał selekcjonera? W PZPN też byli zaskoczeni

"Drużyna musi być wolna. Lewandowski musi mieć radość z gry" 

Na konferencji prasowej Santos mówił po portugalsku, a tłumacz symultanicznie przekładał jego słowa na polski. W kontakcie z drużyną będzie inaczej. - Z zawodnikami będę mówił po angielsku: na boisku, w szatni, na odprawach. Znam kilka słów po polsku, z czasem nauczę się więcej, jak w Grecji. Zawodnicy na pewno zrozumieją, co chcę im powiedzieć. Zrobimy wszystko, żeby ułatwić komunikację poza boiskiem. To niezwykle ważne. Mówienie w języku obcym jest kłopotliwe zwłaszcza w takich sytuacjach, jak konferencje prasowe. Dlatego wolę mówić tutaj po portugalsku, tak jest najwygodniej - tłumaczył.

Jak może grać reprezentacja Polski podczas jego kadencji? W Portugalii Santosa ma opinię pragmatyka, trenera skupionego przede wszystkim na defensywie. - Jeśli zwycięstwa są pragmatyzmem, to tak - jestem pragmatykiem, niech tak będzie. W Portugalii zdobyliśmy 230 bramek, straciliśmy chyba 80, więc mniej niż jedną bramek. To defensywa? Według mnie równowaga. A żaden zespół nie wygra meczu bez równowagi. Ja chcę wygrywać. I jeśli to jest pragmatyczne, to w porządku. Musimy dbać o widowisko, żeby mieć publiczność po swojej stronie. To fundament. Tego będę szukał. Drużyna musi być wolna, żeby talent każdego piłkarza służył zespołowi. Chcemy wykorzystać każdy talent naszych piłkarzy. Nie znam trenera, który nie chciałby tego wykorzystywać. Na koniec istotne jest, żeby to ze swoją współgrało - mówił Santos i przeszedł do Roberta Lewandowskiego, który narzekał na styl gry Polski po mundialu w Katarze.  

- Oczywiście. Robert musi mieć radość z gry. Trudno jest wygrywać mecze, gdy drużyna jest nieszczęśliwa. Ta grupa musi być rodziną. Piłkarze muszą być szczęśliwi, że są w kadrze. W reprezentacji muszą grać piłkarze dumni z reprezentowania narodu. Tu nie ma kontraktów, jak w klubach. Musi być radość i pasja. Jeśli tego brakuje, nie ma tego między zawodnikami, to jest problem. W kadrze ważniejsze od fizyczności jest psychika i samopoczucie. Ja nie dam rady pracować nad fizycznością, bo mam 3-4 dni podczas zgrupowania. U mnie mogą czerpać radość, o to mogę zadbać - powiedział.

- Chcę wygrać wszystko. To zawsze moja ambicja. Nie przyjechałem tutaj, żeby przegrywać. Nie lubię słowa "porażka", denerwuje mnie. Jeśli nie wygram wszystkiego, zobaczę, co będzie z moją ambicją. Po to są mi asystenci. Chcę powiedzieć, że federacja przedstawiła mi projekt i dla mnie ważne jest, żeby zrobić w Polsce to, co już robiłem w przeszłości - w Grecji i Portugalii. Chcę zostawić spuściznę. Ktoś odchodzi, przychodzi inny. Ale coś ma po mnie zostać. To jedno z moich zadań. - wspominając o młodzieży. - Dlatego chcę tutaj mieszkać, poznać was, zrozumieć. Chcę poznać trenerów, chodzić na stadiony, rozmawiać, obserwować razem z moimi asystentami. Chcę znajdować młodych, dobrych zawodników. Nie planuję tutaj rewolucji. Ona nie jest dobrym pomysłem. Nie zaglądam piłkarzom w paszporty. Wygrałem mistrzostwo Europy z zawodnikami w różnym wieku, każdy musi mieć szansę dostać się do reprezentacji - deklarował.  

Więcej o: