96-krotny reprezentant Polski: Przecież wszyscy to widzieliśmy. Jakby grali za karę

Łukasz Jachimiak
- Jeśli chodzi o naszą grę, to nie można zakrzywiać rzeczywistości. Przecież wszyscy widzieliśmy - mówi Jacek Krzynówek. - Mam nadzieję, że teraz trener spuści hamulec ręczny. Na razie nie widzę w naszych piłkarzach radości. Wyglądają, jakby mieli grać za karę - dodaje 96-krotny reprezentant Polski, uczestników MŚ 2002, MŚ 2006 i Euro 2008.

Po remisie z Meksykiem 0:0, zwycięstwie nad Arabią Saudyjską 2:0 i porażce z Argentyną 0:2 reprezentacja Polski jest w 1/8 finału MŚ Katar 2022. W niedzielę o godzinie 16 naszego czasu kadra prowadzona przez Czesława Michniewicza zmierzy się z Francją. Zdecydowanym faworytem jest zespół mistrzów świata. Jak powinna zagrać Polska?

Zobacz wideo Czy zagramy ofensywnie z Francją? „To jakby ułani jechali na czołgi"

Łukasz Jachimiak: Na mecz 1/8 finału z Francją czekamy, narzekając na styl, w jakim do tego meczu dotarliśmy. Rozumie pan ten żal, że męczy nas piłka, a nie łączy nas piłka, czy może uważa pan, że za bardzo się rozpędziliśmy w marudzeniu?

Jacek Krzynówek: Pierwszy od 36 lat awans do 1/8 finału mundialu ma swoją wagę i widzę, że wszyscy to podkreślają. To jest wielki sukces i czapki z głów przed naszą reprezentacją. Ale jeśli chodzi o naszą grę, to nie można zakrzywiać rzeczywistości. Przecież wszyscy widzieliśmy, w jakim stylu zagraliśmy z Argentyną. I chyba wszyscy się zgadzamy, że chłopaków stać na lepsze granie?

Jasne, że się zgadzamy. Tylko czy trzeźwo oceniając, mamy prawo liczyć, że z Francją zagrają inaczej, lepiej?

- Wiem, że jest bardzo mało argumentów ku temu, że z Francją będziemy grali jak równy z równym. Ale my już mamy to, czego nie mieliśmy przez lata, awans już jest, i co teraz mamy do stracenia? Nic. Dlatego mam nadzieję, że chłopcy zostawią serducho i zdrowie na boisku. Jeśli tak zrobią, to na pewno wszyscy kibice wybaczą im ewentualne odpadnięcie. Przecież świat się nie skończy, jeśli nasza reprezentacja odpadnie z mundialu po meczu z aktualnym mistrzem świata. Czyli szczególnej presji nie ma. Trzeba spróbować zagrać inaczej. Z Argentyną zagraliśmy najsłabszy mecz na mistrzostwach. Oczywiście rację ma bodajże Jurek Dudek, mówiąc, że zupełnie inny odbiór byśmy mieli, gdybyśmy z Argentyną zagrali wcześniej, a z Arabią byłby mecz o awans i byłoby zwycięstwo. Wtedy byłaby euforia. Teraz ona jest przytłumiona.

Jasne, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Nasza reprezentacja zdaje sobie sprawę z pewnych swoich ograniczeń. Chłopcy włożyli mnóstwo wysiłku i ponieśli mnóstwo wyrzeczeń, żeby spełnić marzenia i być wśród 16 najlepszych drużyn na mistrzostwach świata. Mają to, a my mimo to narzekamy. Bo wiemy i wierzymy, że naszych chłopców stać na więcej. Przede wszystkim na lepszą grę.

Oni narzekania słyszą nie tylko od nas. Media z całego świata piszą, że reprezentacja Polski nie ma szacunku do piłki nożnej, że naszej kadry nie da się oglądać. Są nawet takie głosy, że Robert Lewandowski ma pecha, że się urodził w Warszawie, a nie w Berlinie.

- No tak i z Niemcami już by pojechał do domu. Odpadł też na przykład Urugwaj. Taka jest piłka. Czy my mamy przepraszać, że po 36 latach zrobiliśmy historyczny rezultat? To przesada. Myślę, że teraz w głowach naszych piłkarzy puści ten pstryczek "Musimy" i że oni złapią trochę luzu. Wiadomo, że selekcjoner preferuje taki, a nie inny styl gry. Piłkarze się do tego przyzwyczaili i cierpią. Oni na boisku, a my cierpimy przed telewizorami. Podejrzewam, że ludzie z PZPN-u też cierpią. Ale jednocześnie oni muszą widzieć, że zrealizowane zostały wszystkie cele. Trener Michniewicz awansował do mistrzostw świata i wyszedł z grupy, w międzyczasie utrzymał kadrę w Dywizji A Ligi Narodów. Czyli zrobił wszystko, co miał zrobić. Ale teraz jest pytanie, czy nasza kadra się rozwija.

Proszę odpowiedzieć.

- Myślę, że chłopcy wiedzą, że stać ich na więcej i może chcieliby coś innego robić, ale muszą się podporządkować temu, czego od nich oczekuje selekcjoner. Ale mam nadzieję, że teraz trener spuści hamulec ręczny. Liczę, że będziemy potrafili zrobić trzy-cztery akcje oskrzydlające, że już do przerwy stworzymy ze dwie-trzy sytuacje dla Roberta Lewandowskiego. Tylko tyle. I aż tyle, bo może naszej obecnej reprezentacji na to nie stać. Ale nie chce mi się w to wierzyć. Widzę, że tam jest wielka ukryta energia. Na razie natomiast nie widzę w naszych piłkarzach radości z tego, że grają, że są na wielkim turnieju, że to jest wielkie święto. Nie widzę w nich iskierki, przyjemności, świeżości. Wyglądają, jakby wyszli na przymus i mieli grać za karę.

Pan mówi o dwóch-trzech sytuacjach dla Lewandowskiego i to już w pierwszej połowie, a ja sobie wyobrażam, jak pięknie by było, gdy choć raz koledzy wypracowali mu tyle okazji, ile miał Romelu Lukaku w meczu Belgów z Chorwatami.

- O tym samym myślałem, oglądając tamten mecz. Gość mógł strzelić z pięć bramek. Mimo że od kilku miesięcy nie grał w piłkę, to znalazł się w wielu świetnych sytuacjach, bo koledzy mu je wypracowali. A Robert? Robert cierpi. Strzelił bramkę Arabii, bo sam sobie to wywalczył. Czekał na błąd rywala i wykorzystał go, bo to jest lis. Karnego z Meksykiem zmarnował, zdarza się, ale też sam go wywalczył. Przecież tam nie było tak, że nasi ładnie pograli i Robert został sfaulowany. Nie, nasi tylko trochę przypressowali, a Robert zrobił resztę. Nawet tego u nas brakuje - pójścia do rywala, odwagi, serca, wiary we własne umiejętności.

Jacek Bąk powiedział mi, że za odwagę pochwaliłby Polskę, nawet gdyby przegrała z Francją 2:7.

- Wszyscy chcemy, żeby puściła blokada siedząca w głowach naszych piłkarzy. Jeżeli oni nie uwierzą, że potrafią grać w piłkę, to mecz z Francją będzie wyglądał tak, jak ten z Argentyną. Naprawdę nikt nie wymaga cudów. Chodzi tylko o chęć pokazania, że coś potrafimy.

Pewnie przydałoby się, żeby trener Michniewicz znalazł w sobie coś z Leo Beenhakkera, który na przykład potrafił przekonać Grzegorza Bronowickiego, że on będzie w stanie zatrzymać Cristiano Ronaldo.

- Trener Beenhakker potrafił dodać nam wiary. Szatnia poszła za nim, zdecydowanie. Ale szkoda, że na wielkim turnieju nie wyszliśmy z grupy [na Euro 2008 - red.]. Teraz kadra to zrobiła i super, ale naprawdę musi zagrać o coś jeszcze. Zostawmy już mecz z Argentyną. Powiedzmy jeszcze raz: po nim mamy wielki sukces. Ale pytanie, co dalej. Zrobiliśmy coś, co nam ciążyło, niech więc hamulce puszczą. Niech oni uwierzą w siebie. Nie mówmy o taktyce, o składzie. Do chłopaków trzeba dotrzeć mentalnie. Trzeba ich przekonać, że mają poszukać przyjemności z gry w piłkę. Tego bardzo brakuje. A jak będą mieli przyjemność z gry, to od razu zobaczymy na boisku ogień, a oni poczują, że jeden za drugiego idzie w ogień. Teraz tego nie ma. Może to przez ciężar gatunkowy dotychczasowych meczów wyglądaliśmy tak źle. Wierzę, że tak. Niech teraz oni pokażą, że nie przypadkiem się tam znaleźli. Przecież nie dostaliśmy walkowerów, nie weszliśmy do 1/8 finału w jakiś dziwny sposób, tylko zrobiliśmy to, zdobywając cztery punkty.

Mówi pan, że trener Michniewicz musi dotrzeć do mentalu piłkarzy. Powinien to zrobić tak, jak Jerzy Engel w 2000 roku?

- Miałem już telefon od innego dziennikarza w sprawie tej anegdoty sprzedawanej przez Mateusza Borka i szczerze mówiąc, nie przypominam sobie tej sytuacji. Przypominam sobie, jaki był stres przed meczem, przypominam sobie, że od razu z pierwszym gwizdkiem wszystko minęło, przypominam sobie fantastyczną postawę Jurka Dudka, przypominam sobie bramkę Zinedine'a Zidane'a z rzutu wolnego, przypominam sobie, że często grałem przeciw Thierry'emu Henry, pamiętam piękny stadion, na jakich wtedy jeszcze rzadko się grało i chyba największą szatnię, w jakiej w życiu byłem, ale proszę mi wierzyć, tej odprawy nie jestem w stanie sobie przypomnieć, naprawdę. Choćby mi mieli rękę uciąć, to sobie nie przypominam, jak ta odprawa wyglądała.

Z relacji Borka i innych osób wiadomo, że Dariusz Śledziewski nastraszył was, eksponując świetne strony każdego Francuza z podstawowej "jedenastki" po kolei, po czym przyszedł Jerzy Engel, spojrzał na skład rywala i rzucił "Panowie, Francja to jest przeszłość". I chyba ostatecznie się nie wystraszyliście - w statystykach wyglądało to tak, że oddaliście pięć strzałów, a Francuzi 11, mieliście piłkę przez 46 proc. czasu a rywale przez 54 proc.

- To oczywiście całkiem inne liczby niż te, jakie kadra dopiero co miała w meczu z Argentyną [4-23 w strzałach, 26-74 proc. w posiadaniu piłki - red.], ale chociaż zagraliśmy nieźle, to nie strzeliliśmy gola. W początkach pracy trenera Engela przez kilka kolejnych meczów nie potrafiliśmy zdobyć bramki. Mieliśmy za rywali Hiszpanię, Francję, Holandię, ale wszyscy nam liczyli minuty bez gola.

"Polscy piłkarze nie strzelili od kilkuset minut gola. To stan na kwiecień 2000 i zakończona moja rola" - śpiewał Kazik Staszewski.

- Tak, dokładnie! Pamiętam to. Strzeliliśmy w końcu z Holandią, ale przegraliśmy. Jednak nie pękaliśmy, w meczach z trudnymi rywalami rodziła się nasza drużyna. Przed eliminacjami MŚ 2002 mało kto na nas stawiał, ale w końcu przyszedł jeden udany meczyk, nasz hamulec został zwolniony i poszło. Pamiętam, że ja nie patrzyłem czy naprzeciwko mnie gra Zidane, czy Beckham, czy Henry czy jeszcze ktoś tam - zawsze widziałem tylko przeciwnika, z którym muszę pójść na 90 minut wojny. Nic więcej. Niech chłopaki właśnie tak teraz wyjdą na boisko. Mam nadzieję, że coś im się przestawi w głowach, że nie będą się bali podejmować trudniejszych decyzji. Jeżeli wyjdą z nastawieniem, żeby tylko nie zrobić błędu, to wcześniej czy później go zrobią i bramki dla Francji padną.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.