Jeden z najlepszych Polaków na mundialu może trafić do giganta! "Coś się dzieje"

Bartłomiej Kubiak
- My nie chcemy zagrać pięknie i przegrać 0:4. Chcemy być skuteczni i wygrać 1:0. Wierzę, że stać nas na to - mówi Bartosz Bereszyński, lewy obrońca reprezentacji Polski, która w niedzielę zagra o ćwierćfinał mundialu z Francją, czyli z aktualnymi mistrzami świata.

Bartłomiej Kubiak: Muszę od tego zacząć - odchodzisz do AS Romy?

Bartosz Bereszyński: Nie mam pojęcia. Dociera do mnie, że coś się dzieje w kwestii transferu, ale nie mam głowy do tych spraw. Trochę wymijająca odpowiedź, ale tak jest. Moi agenci wiedzą, że jedyne, co mnie w tej chwili interesuje to kadra i mundial. Sprawy klubowe odłożyłem na bok.

Zobacz wideo "Niewiarygodne! Co tu się dzieje!". Kulisy meczu Polska - Argentyna

Granit Xhaka łapie się za krocze, a Xherdan Shaqiri prowokuje serbskich kibicówObsceniczny gest Xhaki ma drugie dno. Znów to zrobił. Niebywałe

Zainteresowanie Romy to dla ciebie chyba nic nowego?

- Co pół roku coś się dzieje, ale nigdy nie doszło do konkretów. Zobaczymy, co wydarzy się w styczniu, ale w tym momencie liczy się tylko mecz z Francją.

Jesteś zdrowy?

- Tak, dam radę.

Trener Czesław Michniewicz mówi, że od początku mundialu grasz z zaciśniętymi zębami.

- Mam problem z mięśniem dwugłowym, który może nie jest poważny, ale doskwiera mi w trakcie meczów. Kiedy obciążenia się kumulują, ból narasta. Zmagam się z tym od początku zgrupowania, czuję dyskomfort od sparingu Chile, który rozegraliśmy dzień przed wylotem do Kataru. Z Meksykiem i Arabią wybiegałem pełne 90 minut tylko dzięki ambicji. Z Argentyną zostałem zmieniony w 72. minucie przez Artura Jędrzejczyka - nie było sensu ryzykować, bo osłabiałem zespół, a poza tym przegrywaliśmy 0:2 i moje podejście mentalne było trochę inne. Gdyby był remis, zacisnąłbym zęby i grał do końca. Nie było jednak sensu ryzykować utraty trzeciej bramki, która mogłaby wyrzucić nas z turnieju. Lepiej, że zmienił mnie ktoś gotowy na 100 procent. Może dzięki tej decyzji gramy dalej, a ja w niedzielę wystąpię z Francją.

Na lewym skrzydle gra Ousmane Dembele z Barcelony. Pytałeś już Roberta Lewandowskiego jak go zatrzymać?

- Nie, ale znam Dembele doskonale. Grałem przeciwko niemu w Lidze Mistrzów, kiedy byłem piłkarzem Legii, a on Borussii. No i nie mam przyjemnych wspomnień - w Warszawie było 0:6, w Dortmundzie 4:8. Francuz zaliczył cztery asysty i strzelił gola. To nieprzyjemny zawodnik do pilnowania, dobrze gra lewą i prawą nogą, jest szybki, nieprzewidywalny, rzadko powtarza ten sam drybling. Tych ostatnich nadużywa -  nawet, jeśli nie uda mu się dziewięć prób, to po chwili jest dziesiąta. Kiwa się do skutku, ale ten typ tak ma.

Po drugiej stronie jest Kylian Mbappe, którego chyba jeszcze trudniej upilnować.

- Czy ja wiem? Nie kategoryzuję Francuzów w taki sposób. Patrzę na zespół i wiem, że to na pewno inna drużyna niż Argentyna, która pchała się przede wszystkim środkiem, a nasz najbliższy rywal atakuje raczej skrzydłami. Gra ofensywnie, szeroko - z wykorzystaniem właśnie Mbappe i Dembele, którzy często i chętnie wchodzą w pojedynki. Są trudni do upilnowania, ale spróbujemy.

Mało kto oczekuje, że w niedzielę Polska pokona aktualnych mistrzów świata.

- Jestem przekonany, że mamy szansę.

Optymistyczne podejście.

- Spójrz, co dzieje się na mundialu. Odpadli Niemcy, mecz przegrała Hiszpania, ale też Francja, która w ostatnim spotkaniu grupowym uległa Tunezji 0:1. Wiem, że byli pewni awansu, że mieli sześć punktów, że zagrali w mocno rezerwowym składzie, ale każda porażka potrafi wybić z rytmu. Dłuższa przerwa między spotkaniami też różnie wpływa na piłkarzy - jednym pomoże, innym przeszkodzi. Ja wolę grać co trzy dni, wtedy czuję się najlepiej. Nie chcę, by to zabrzmiało jak ostrzeżenie dla Francuzów. Raczej zmierzam do tego, że to jest piłka nożna i wszystko może się zdarzyć. Nie jesteśmy faworytem, ale też nie jesteśmy bez szans. Wierzę, że teraz w naszych głowach - już po tym upragnionym awansie z grupy - pojawi się większa swoboda w działaniu. Uwierzymy, że jesteśmy w stanie zagrać dobry mecz. Może bardziej ofensywnie, co nie znaczy, że drastycznie zmienimy styl gry. Nie, nie. My nie chcemy zagrać pięknie i przegrać 0:4. Chcemy być skuteczni i wygrać 1:0. Wierzę, że stać nas na to. Mam nadzieję, że tym razem w prostych sytuacjach stres nie będzie nam plątał nóg tak jak w meczu z Argentyną.

Polskim chłopakom brakuje luzu?

- Na pewno są reprezentacje, które mają go więcej. W środę przyjechaliśmy na stadion półtorej godziny przed meczem. Od razu zobaczyliśmy rozśpiewanych, roztańczonych Argentyńczyków. Mają zupełnie inną mentalność od naszej. W Sampdorii gram m.in. z Argentyńczykiem Ignacio Pussetto, Kolumbijczykiem Jeisonem Murillo i Wenezuelczykiem Tomasem Rinconem. Widzę, jak podchodzą do życia i obowiązków - mają wrodzony luz, którego nam brakuje. Do tego Argentyna ma lepszych piłkarzy niż Polska. Nie wiem, czy na każdej pozycji - możemy się zastanawiać nad dwoma czy trzema, ale ogólnie to zespół zdecydowanie silniejszy. W sumie nie dziwię się, że mają taki luz, skoro Leo Messi truchta pół meczu, przebiega może sześć kilometrów, a i tak ma sześć okazji, by strzelić gola. Gdybym był w takim zespole, też pewnie mógłbym się bardziej wyluzować.

Jak już teraz, na chłodno, traktujesz porażkę z Argentyną. 0:2 w słabym stylu dało awans, bo Arabia Saudyjska przegrała z Meksykiem tylko 1:2. Można być w pełni zadowolonym?

- Nie wiem, bo ja pełni szczęścia nie czułem. Wiadomo: z jednej strony cieszyliśmy się z historycznego awansu, bo po raz pierwszy od 36 lat Polska zagra w fazie pucharowej MŚ. Ale z drugiej był niedosyt, trudno było czerpać przyjemność z tego meczu. Wyobrażałem sobie, że po awansie radość będzie większa - w szatni i na boisku zaraz po ostatnim gwizdku. W obu miejscach towarzyszył nam nie tylko niedosyt, ale też ulga. Szczególnie wtedy, kiedy tuż po naszym meczu czekaliśmy, jakim wynikiem skończy się spotkanie Meksyku z Arabią. To był stresujący moment. Później, kiedy ciśnienie trochę zeszło, wciąż byliśmy świadomi, że nie zagraliśmy dobrze. Argentyna zdominowała nas pod każdym względem. Najbardziej w drugiej połowie, kiedy nie mieliśmy nic do powiedzenia - szybko straciliśmy gola, później drugiego, rywal grał spokojnie, utrzymywał się przy piłce, długo budował akcje, bawił się. Do przerwy było inaczej, przy wyniku 0:0 Argentyna grała szybciej. A my mieliśmy sytuację Kamila Glika po stałym fragmencie, do tego kilka odbiorów, po których mogliśmy wyprowadzić kontry, ale niestety podejmowaliśmy złe decyzje - pod presją przeciwnika lub nawet bez niej.

Kamil GrabaraGrabara o swojej wypowiedzi sprzed mundialu. "Zastanawiam się, jak to jest"

W trakcie meczu wiedziałeś, jaki jest wynik meczu Meksyku z Arabią?

- W pierwszej połowie nie, w drugiej już tak. Biegałem bliżej ławki rezerwowych. Po stracie gola, zapytałem, co dzieje się u rywali. Usłyszałem, że Meksyk prowadzi 2:0. Po chwili i my tyle przegrywaliśmy. Nasz mecz zaczął wyglądać mniej komfortowo, zrobiło się nerwowo. Po końcowym gwizdku część chłopaków od razu zaczęła oglądać końcówkę tamtego spotkania, ja stanąłem z boku - nie chciałem patrzeć. Wiedziałem, że jest opóźnienie w transmisji wideo przez telefon komórkowy, więc jeśli już, to lepiej sprawdzać wynik w aplikacji. Ale nie zrobiłem tego, stres i tak był duży.

Przeżyłeś już kiedyś podobną sytuację?

- W czerwcu 2017 roku byłem przy Łazienkowskiej na meczu Legii z Lechią. Nie byłem już zawodnikiem warszawskiego klubu - pół roku wcześniej odszedłem do Sampdorii. Pojawiłem się na trybunach jako kibic. Po spotkaniu wszyscy czekali na koniec meczu Jagiellonii z Lechem, a ja zszedłem na boisko. Mecz w Białymstoku trwał o dziesięć minut dłużej, był remis dający mistrzostwo Legii, ale gdyby Jaga zdobyła bramkę, to ona zdobyłaby tytuł. Też były nerwy, ale absolutnie nieporównywalne z tymi, które towarzyszyły nam w środę. Ale dziś nikt już nie wspomina Argentyny, tylko myśli o meczu z Francją, który pod względem psychicznym powinien być dla nas łatwiejszy.

Stres puścił?

- Nie, on nigdy nie znika i często pomaga, a nie przeszkadza. Zeszło z nas dużo presji, bo dziś cieszymy się z gry w 1/8 finału. To było naszym celem, chcieliśmy tego dokonać za wszelką cenę. Po 1986 roku Polska grała na trzech mundialach, w każdym zagrała mecz kluczowy, o wszystko i o honor. A potem wracała do domu. Udało się to zmienić dopiero teraz, za czwartym razem. Przed nami mecz z Francją, aktualnym mistrzem świata. Dla nas to wielka rzecz. Nie jesteśmy faworytem, ale chcemy zagrać fajne spotkanie, by później być dumnym z tego, co pokazaliśmy na boisku. I poczuć się jeszcze bardziej szczęśliwymi niż teraz.

Łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać.

- Nie chcemy odpaść, zamierzamy grać konsekwentnie. Może nie było tego widać z Argentyną, ale już z Meksykiem i Arabią osiągnęliśmy cel. Na pewno nie zmienimy stylu, nie zagramy radosnego futbolu z trzema napastnikami. Każdy, kto choć trochę interesuje się piłką, wie, że z Argentyną czy z Francją nie możemy iść na wymianę ciosów. Japonia miała niecałe 18 procent posiadania piłki z Hiszpanią - to chyba najniższy wskaźnik w historii mundialu - a wygrała 2:1. Gdyby ich zapytać, czy woleliby mieć 60 proc. posiadania piłki, 20 oddanych strzałów i porażkę 0:2, czy 18 proc., wygraną 2:1 i awans, to co by wybrali? W futbolu na tym poziomie liczy się przede wszystkim wynik. Czasami po prostu nie da się grać inaczej. Szczególnie z zespołami, które są dużo lepsze. Widzieliśmy pięknie grającą Tunezję, Kanadę, Iran czy Belgię, ale ich już nie ma, a my wciąż jesteśmy. I chcemy grać dalej.

Więcej o: