Szybko zapomnimy? Nic bardziej mylnego. "Powtórzenie Argentyny" będzie katastrofą

Michał Zachodny
Polski język futbolu pełen jest frazesów o "walce", "wynikach" i "dawaniu z wątroby". Czas na zmiany. Gdyby reprezentacja "powtórzyła Argentynę" i w takim stylu odpadła z Francją, byłaby katastrofa. Na szczęście Czesław Michniewicz i piłkarze mają przynajmniej 90 minut na przekonanie wszystkich do swoich racji, charakteru i jakości. I wniesienie narodowej dyskusji o taktyce i stylu na wyższy poziom - pisze dla Sport.pl Michał Zachodny, dziennikarz Viaplay oraz autor książki "Polska myśl szkoleniowa".

Lubimy skrajności. Wykorzystywać je w dyskusjach – skoro była "laga", to czy alternatywą jest tylko "tiki-taka"? – ale także w nie popadać. Tak było w przypadku meczu z Argentyną. Meczu, który skończył się wraz z pierwszym straconym golem, gdy Polacy całkowicie oddali rywalom pole i piłkę, przestraszeni podwójnie: że może skończyć się wyższą porażką, oraz że efektem czegokolwiek przypominającego sport kontaktowy mogą być żółte kartki, a więc klęska w klasyfikacji fair play. I odpadnięcie z mundialu.

Zobacz wideo "Niewiarygodne! Co tu się dzieje!". Kulisy meczu Polska - Argentyna

Za parę lat nie będziemy pamiętać? Nic bardziej mylnego

Nie pierwszy raz polski piłkarz reaguje tak na brak kontroli. Słynny "niski pressing" w meczu z Japonią w mistrzostwach świata w Rosji wynikał z tego, że reprezentacja chciała mieć na koniec turnieju chociaż jedno zwycięstwo. W powietrzu wisiało, że coś się w kadrze Adama Nawałki kończy, że nieudane eksperymenty zachwiały pewnością siebie, że porażka z Kolumbią dobiła piłkarzy. Ci z Japonią prowadzili, a skoro rywal nie był zainteresowany atakowaniem, to czuli brak konieczności reagowania.

Wtedy też można było usłyszeć pod szatnią, że "za parę lat nikt stylu nie będzie pamiętać". Tymczasem najbardziej o siłę wspomnienia wydarzeń z Wołgogradu zadbali sami piłkarze – tym, co zaprezentowali cztery lata później z Argentyną. Dobrze, aby to była klamra tego wstydliwego epizodu w naszej historii.

Wróćmy jednak do skrajności i do kłótni, które powoduje u nas futbol. Przykładowo, Holandia niemal cały swój piłkarski intelektualizm oparła na kłótniach o to, czyja wizja jest najbliższa ideału, na sile przekonań jednostek – trenerów – do konkretnego sposobu gry. Ale te rozmowy dawały efekty w każdym aspekcie futbolu.

My zasiadamy na barykadach i nie zamierzamy drgnąć ani o milimetr. Mistrzostwa świata doskonale to pokazują. Skoro ktoś cieszy się z wyniku, to musi oznacza, że akceptuje środki do celu. Jeśli komuś niewyraźnie po metodach, jakimi Polska doczłapała się do fazy pucharowej, to z pewnością chce reszcie zabrać radość i ignoruje wyniki. Nasz awans murem podzielony.

Nawet Lewandowski stał się pragmatykiem

Przynajmniej piłkarze wewnątrz kadry takiego problemu nie mają. Z drużyny co chwilę można usłyszeć o świetnej atmosferze, o budowaniu czegoś na kształt wspólnoty z Euro 2016. Tych porównań z turniejem we Francji było ostatnio sporo, ale po Argentynie raczej mocy nie nabrały. Nie musi to oznaczać, że poczucie osiągnięcia czegoś ważnego teraz w reprezentacji wygaśnie. Tam, jak wszędzie, są różne frakcje i grupy, ale bodaj największym sukcesem Czesława Michniewicza było sprawienie, że one się dogadały.

Pierwszy przed szereg wyszedł Robert Lewandowski, który zaakceptował, jak będziemy grać w mundialu i ile on sam będzie musiał temu poświęcić. W sezonie ligowym nie walczy z obrońcami rywala tak często, jak w reprezentacji, nie dostaje tak niewielu okazji i nie rozgrywa tak rzadko piłki, jak w Katarze. Jednak wziął na siebie każdy obowiązek defensywny, jaki mu przypisano, do tego jedyny starał się wyciągać drużynę spod własnego pola karnego, czasem po prostu dając jej oddech po dłuższym okresie przesuwania. On, chwalący się współpracą z najnowocześniejszymi trenerami świata, stał się na te tygodnie pragmatykiem.

Po Argentynie można było spodziewać się, że Lewandowski pierwszy powie, że trzeba więcej odwagi, sił włożonych w atak i balansu, o który już zresztą raz apelował. Jednak niedaleko niego stanęli Kamil Glik oraz Grzegorz Krychowiak – zawsze z frakcji zachowawczej – i przedstawili podobne wnioski. Pierwszy raz można było poczuć, że jest odmiana w porównaniu z Wołgogradem, gdzie za niski pressing przepraszał wyłącznie Łukasz Fabiański, a reszta piłkarzy brnęła w honorowe zwycięstwo. Tym bardziej warto ten wspólny głos wykorzystać.

Z Argentyńczykami ze wszystkich kontaktów z piłką i podań w strefę obrony rywala tylko siedem procent należało do Polaków. Biało-Czerwoni nie oddali celnego strzału, w ostatnich trzydziestu minutach mieli dwie próby odbioru, żadnej udanej. Piłkarze Michniewicza popełnili prawie dwa razy mniej fauli od rywali. Wpadli w skrajność, jakby każdy kontakt z przeciwnikiem miał oznaczać automatyczną żółtą kartkę i punkty w klasyfikacji fair play. Wskaźnik liczby podań rywala na podjętą próbę odbioru (PPDA) był najwyższy odkąd zaczęto zbierać dane. Pięć z sześciu wyników pasywności w obronie to mecze za Czesława Michniewicza, ten wyjątek – właśnie spotkanie w Wołgogradzie.

Zagraniczne media piszą o "ultra defensywie", a w Polsce odbiór jest mieszany: zgorszona część przytakuje, reszta kpi, że obcokrajowiec nie rozumie naszego położenia. Połączyć te grupy może tylko reprezentacja oddalająca się od tej skrajnej wersji antyfutbolu – tak skrajnej, że pozbawionej jednych z najważniejszych elementu stylu, czyli agresywności, fizyczności. Tymczasem piłkarze sami utrudnili sobie sprawę i cofnęli się w piłkarskim rozwoju, pomimo że wiedzieli, jak ważna i korzystna dla ich gry może być równowaga.

Zróbmy wszystko, by nie definiowała nas Argentyna

Dlatego dla nich to dobrze, że mają jeszcze Francję w 1/8 finału. Mogą zrobić wszystko, by końca tej kadry na mundial nie zdefiniowała bierna postawa z Argentyną. Nie dać się zapamiętać tak, jak niski pressing z Japonią w 2018, naiwność w obronie oraz niezliczone dośrodkowania ze Szwecją w Euro 2020, czy autodestrukcja drużyny z fazy grupowej Euro 2012. Mogą się odbić, postawić i pokazać, że nawet jeśli to ma być antyfutbol, to na ich zasadach i z rywalem, który je odczuje. W przeciwieństwie do Argentyńczyków, którzy nie wyglądali na specjalnie „ruszonych" środowym spotkaniem. Lionel Messi przedreptał najmniejszy dystans z meczów w fazie grupowej, ledwie 81 metrów przebiegł w najwyższej intensywności, a i tak pod względem liczby sprintów wyprzedziło go tylko dwóch Polaków.

Lubimy chować się za hasłem, że ma się wobec nas wygórowane oczekiwania. Jednak reprezentacja z Francją wcale nie musi definiować nowej ery dla polskiego futbolu. Nie zrobi tego, mając zawodników, których czeka koniec międzynarodowej kariery, nie wobec tak oczywistej dysproporcji w jakości z rywalami, nie mając za punkt wyjścia obecny styl i ledwie trzy dni na ewentualną zmianę. Skoro jednak nie uda się ze stylem, to niech trener i piłkarze spróbują z nastawieniem. Bez strachu przed tym, co może się zdarzyć, bez kompromisów z sytuacją w tabeli, bez oczekiwania, że muszą grać dalej.

W 2014 roku Nawałka zbudował kadrę przekonaniem, że Niemców można pokonać. Przed rokiem Jan Bednarek mówił, że na Hiszpanię ruszy "polska husaria" i choć miało być to żartem, to pomimo 23 proc. posiadania piłki i dominacji rywala czuć było, że kadra rywalizuje. Latem po wstydliwym 1:6 z Belgami w krótkim czasie Michniewicz przedstawił i wdrożył plan ratunkowy, który dał remis z Holendrami (2:2). Te wyniki były lepione ze szczęścia, instynktu przetrwania, zrywów, poświęcenia i blokowania, ale przez to każdemu kibicowi łatwiej było o identyfikowanie się z tym, co widział na murawie.

Dawanie z wątroby? Czas na zmianę

Polski język futbolu pełen jest frazesów o "walce", "wynikach", czy "dawaniu z wątroby", co niespecjalnie wznosi narodową dyskusję o poziomie, taktyce i stylu, dlatego czas na zmiany. Gdyby reprezentacja "powtórzyła Argentynę" i właśnie tak po raz pierwszy od 36 lat po czterech meczach mundialu wróciła do kraju – to dopiero byłoby rozczarowanie. Jednak jeszcze nie pakuje się i nie leci, jeszcze ma przynajmniej 90 minut na przekonanie wszystkich do swoich racji, charakteru i jakości. A może wystarczy, by dla odmiany piłkarze zagrali tak, jakby chcieli przekazać, że lubią cały futbol, każdą jego fazę, a nie tylko przesuwanie.

Więcej o: