Pełnia szczęścia z awansu? A gdzie tam! Wymowna reakcja polskich piłkarzy

Dawid Szymczak
Żaden piłkarz nikogo pogardliwie nie nazwał estetą, żaden nie wypiął piersi po ordery, wszyscy podkreślali, że awans jest bardzo ważny, ale styl, w jakim został osiągnięty, mąci radość. W dyskusji, w której my wszyscy odbijamy się od ściany do ściany, piłkarze reprezentacji Polski stoją pośrodku. I nie zakłamują rzeczywistości - pisze Dawid Szymczak, korespondent Sport.pl w Katarze.

Jaki jest ten awans - każdy widzi: pierwszy od 36 lat, wywalczony dzięki korzystnemu wynikowi w meczu Meksyku z Arabią Saudyjską, po bardzo słabej grzej Polaków z Argentyną, z czterema punktami w trzech meczach, ale też z zaledwie czterema celnymi strzałami przez blisko 300 minut. Wypracowany, historyczny, ale też niezwykle szczęśliwy. I tak też widzą go polscy piłkarze, nieubarwiający go ani trochę. Nie zakłamujący rzeczywistości, niewierzący przesadnie w swoją wielkość, ale szczerze wierzący, że stać ich na więcej. Czesław Michniewicz mówił, że wziął do Kataru dobrych piłkarzy i dobrych ludzi. Dodałbym: świadomych. Awans nie namieszał im w głowach, nawet trochę nie oderwał od ziemi.

Zobacz wideo Czy zagramy ofensywnie z Francją? „To jakby ułani jechali na czołgi"

Wszyscy dali się nabrać, Dawidziuk ogłosił dobrą nowinę, ale po wybuchu radości przyszła refleksja

Skończył się mecz, ale nie nerwy. Piłkarze i trenerzy przez cały czas podglądali wynik równolegle rozgrywanego spotkania, którego druga połowa zaczęła się chwilę później. Nie oglądali go. Większość zwieszała tylko głowy nad telefonem, by dojrzeć wynik. Inni - jak Robert Lewandowski - o sytuacji na Lusail dowiadywali się od kibiców. - Gdy oni zaczęli się cieszyć, było jasne, że jest dobrze - mówił kapitan. Niemal wszyscy dali się nabrać, że kontaktowa bramka Arabii Saudyjskiej w jakikolwiek sposób Polsce pomaga. To nieprawda: Meksykanie wciąż potrzebowali tylko jednej bramki do awansu - zarówno przy 3:0, jak i przy 3:1 wychodzili z grupy kosztem Polaków. Inna sprawa, że chyba oni sami pogubili się w tej sytuacji i po stracie gola stracili też energię. 

Wreszcie Andrzej Dawidziuk, trener bramkarzy, wykrzyczał dobrą nowinę: "Koniec, 2:1 dla Meksyku, mamy awans!". Piłkarze się rozbiegli, wpadli sobie w ramiona, niektórzy położyli się na murawie. Szlochał Bartosz Bereszyński. Wielu rozglądało się po trybunach, by znaleźć bliskich i przesłać im buziaka, podzielić się szczęściem. Ono było wyczuwalne na całym stadionie. Pierwsza reakcja - ulga, udało się, cel zrealizowany. Refleksja nad stylem i wszelkimi okolicznościami na stadionie 974 przyszła później. Pewnie oglądając ten mecz w telewizji, łatwiej było spojrzeć na niego chłodnym okiem. 

Do przerwy w obu spotkaniach były bezbramkowe remisy, więc Michniewicz wypuszczał swoich piłkarzy na drugą połowę z przesłaniem, by jak najdłużej ten wynik utrzymali. Weszli skrzydłowi - Michał Skóraś i Jakub Kamiński, którzy w teorii mieli dać więcej możliwości rozegrania ofensywnych akcji. W pierwszej połowie były do tego okazje po odbiorze piłki, ale reprezentacja kompletnie ich nie wykorzystywała. Wychowankowie Lecha Poznań weszli więc, żeby kontratakować, ale już pierwsza akcja Argentyńczyków dała im prowadzenie, które tylko ich uskrzydliło i pozwoliło dokładniej budować akcje, ograniczając Polakom wszelkie okazje do kontr. Po meczu przyznali, że na takie akcje, jak ta bramkowa - wycofywanie piłki przez skrzydłowego do wbiegającego środkowego pomocnika - byli szczególnie uczulani. Michniewicz mówił im, że Argentyna niemal w ogóle nie dośrodkowuje piłki w pole karne, bo nie ma wysokich napastników, więc jedyne czego szuka w takich sytuacjach to właśnie takiego zagrania, które dało im gola. Dlatego strata go tak bolała i frustrowała. Później Argentyńczycy klepali, a Polakom coraz trudniej było wziąć głębszy oddech: wilgotność na jedynym nieklimatyzowanym stadionie dokuczała bardziej niż temperatura.

Ale jak wyglądał oczami reprezentantów Polski?

Po wybuchu radości, przyszła refleksja nad stylem. Szybko - już w drodze do szatni. Grzegorz Krychowiak czuł się jak rozjechany walcem. Bereszyński zszedł z bolącym mięśniem, na ławce męczył się jednak bardziej niż na boisku: "Zawsze oglądając mecze, bardziej je przeżywam. Te 20 minut zmęczyło mnie bardziej niż te trzy mecze i treningi razem wzięte". Kamiński, który wszedł na boisko tuż po przerwie, mówił, że nigdy jeszcze nie grał w meczu, w którym tak rzadko miałby piłkę i tak rzadko ruszałby do przodu za akcją. Zdradził też, że widząc, jak Jakub Kiwior za lekko podaje do Wojciecha Szczęsnego i piłkę przejmuje Lautaro Martinez, interweniował u nieżyjącej mamy: "Było jasne, że nikt go nie dogoni, więc poprosiłem: Mamo, zrób coś, żeby nie trafił". Piłka przeszła obok słupka. 

Lewandowski, Szczęsny i Piotr Zieliński dodali, że taka gra nie wystarczy też na Francuzów. Zieliński i Lewandowski, najlepsi polscy piłkarze, strzelcy goli z Arabią Saudyjską, którzy duszą się w meczach takich, jak z Argentyną, kompletnie nie kryją rozczarowania stylem. Pomocnik mówi co prawda nieco delikatniej, ale główną myśl przemyca: jak ma grać, jak nikt inny grać nie chce? Kapitan, który o stylu rozprawia od lat i bywał już wobec selekcjonerów bardzo krytyczny, po awansie nieco sobie odpuścił. "Nie jestem zadowolony z naszej gry. Styl trzeba poprawić. Jeśli chcemy strzelać gole, musimy grać odważniej". A później uciekł w żarty, że był w tym meczu środkowym pomocnikiem i sfaulował w końcówce Messiego, bo już miał nawyki defensywnego pomocnika. Później znów apelował, by jednak spróbować grać inaczej. Szczęsny z kolei skręcił w psychologiczne aspekty tego spotkania: - Dziwnie się gra ze świadomością, że drobna porażka pozwoli ci zrealizować cel. To też trochę hamuje w grze do przodu - stwierdził, ale też szczerze dodał, że Argentyna była zespołem ze znacznie wyższego poziomu, z którym Polska wygra jedno spotkanie na sto. Kamil Glik natomiast był po tym spotkaniu w takim humorze, że reporter TVP Sport pytał, czy zdoła wykrzesać z siebie odrobinę radości z awansu. - Tak - odpowiedział, ale mowa ciała zdecydowanie temu zaprzeczała.

"Wyważeni"

Jeżeli w 2016 r. po ostatnim turnieju z sukcesem, cała kadra została sprowadzona do mianownika "chcę więcej", bo choć ćwierćfinał Euro cieszył, to wszyscy - selekcjoner, piłkarze i kibice - czuli, że można było zajść jeszcze dalej. Kręgosłup reprezentacji, która gra w Katarze, jest ten sam, ale zmienili się piłkarze u ich boku. Byli już określani "Niekochanymi". Dzisiaj pasuje do nich "Wyważeni". W dyskusji, w której całe społeczeństwo rozstawiło się pod ścianami i przekrzykuje się wzajemnie, że kto z awansu się cieszy, ten jest minimalistą, a kto cieszyć się nie potrafi z uwagi na słaby styl, ten jest malkontentem, oni stoją na środku.

Jest radość z awansu, bo żaden z nich nie widział Polski wychodzącej z grupy na mundialu. Ale bez pomijania okoliczności. Przyznają: mieli szczęście. Należy wspomnieć, że oba obronione przez Szczęsnego rzuty karne były wątpliwe, ale trzeba też pamiętać, że sędzia w meczu z Arabią nie wyrzucił z boiska Matty’ego Casha, a to poza oczywistymi konsekwencjami miałoby też wpływ na klasyfikację fair play. Polska, zakładając wygraną z Arabią, nie mogłaby bronić wyniku 0:2 z Argentyną, bo to prowadzący wówczas 2:0 Meksyk miałby lepszą sytuację w kartkach. Polacy dobrze też wiedzą, że między tiki-taką, na którą ich nie stać, a prymitywnym wybijaniem piłki, które ich nie zadowala, jest coś jeszcze. Dlatego daleko im do pełni szczęścia, mimo że awans po 36 latach jest przełomowy: najpierw bez porażki w meczu otwarcia, później ze zwycięstwem w drugim meczu, który, dla odmiany, nie był meczem o wszystko, i ze szczęśliwą porażką w trzecim meczu - jak stwierdził Lewandowski. 

Może ten mundial rozgoni demony, pozwoli podejść do następnych bez tak wielkiego strachu. Ale niewykluczone, że nie zmieni kompletnie nic, a Polska bez Lewandowskiego na kolejnych imprezach będzie jeszcze bardziej zachowawcza i technicznie ograniczona. Ciekawie, aczkolwiek niekoniecznie przyjemnie, będzie już teraz zobaczyć Polaków grających bez presji z Francuzami. Szczęsny, mający dar do puentowania, powiedział: "Walczyliśmy o zrealizowanie celu, teraz powalczymy o marzenia". Inni też wspominali o uldze, zrzuceniu sporego ciężaru, który może pomóc obudzić w nich fantazję. Szczęście, że w niedzielę będzie okazja to sprawdzić. Może ulży samemu selekcjonerowi? Znów przecież wypełnił zadanie, a teraz może zadbać o lepsze wrażenie. Jak cały zespół - niczego już nie musi.

Ten mundial pokazuje też, jak rosną społeczne oczekiwania i wymagania samych piłkarzy. Ani kibice nie potrafią już do końca cieszyć się z tak wywalczonego awansu, ani piłkarze nie są blisko euforii. Obie strony czują, że można to samo osiągnąć przyjemniej dla oka, przynajmniej trochę ograniczając rolę szczęścia. Jeszcze w Katarze da się obronić tezę, że cel uświęcał środki. Polska czekała na ten awans zbyt długo i za często kończyła mundiale w żałobie. Trzeba było z tym skończyć. Ale teraz, gdy wreszcie bariera została przełamana, oczekiwania tylko wzrosną. Skoro był w PZPN slogan "Kierunek: Katar!", niech przed następnym mundialem przyświeca hasło "Kierunek: lepsza gra!".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.