Tomaszewski ocenia grę Polaków. Bez litości. "Ja mógłbym stać w bramce Argentyny"

- Jeśli chodzi o awans, mamy ten awans, ale czy jest świętowanie? No po czym? - pytał Jan Tomaszewski po meczu reprezentacji Polski z Argentyną. Legendarny bramkarz skrytykował grę Polaków, ale dodał, że zapomni o wszystkim, jeśli wygramy z Francją w 1/8 finału mistrzostw świata.

Nie widać końca głosów krytyki po "zwycięskiej porażce" reprezentacji Polski w meczu z Argentyną. Polacy przegrali 0:2, ale dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu awansowali do 1/8 finału wyprzedzając Meksyk. Polska oddała w meczu z Argentyną tylko trzy strzały na bramkę Emiliano Martineza, a ostatnie minuty spędziła broniąc się przed stratą bramki, która mogłaby kosztować odpadnięcie z turnieju. - Żenująca Polska nie miała szacunku dla piłki nożnej - to tylko jeden z cytatów opisujących postawę Biało-Czerwonych w środowy wieczór. W podobnym tonie wypowiedziała legenda polskiej piłki, Jan Tomaszewski.

Zobacz wideo

"Po czym tu świętować?". Tomaszewski w swoim stylu o meczu Polski z Argentyną

Jan Tomaszewski już po meczu z Meksykiem w swoim stylu skomentował występ Polaków na mundialu. Wtedy legendarny bramkarz skupił się na zmarnowanym rzucie karnym Roberta Lewandowskiego. - Widać było, że Robert nie jest sobą i ten karny był tego potwierdzeniem Oglądałem to dwa razy. To nie był ten Robert przy rzucie karnym.

- Jeśli chodzi o awans, mamy ten awans, ale czy jest świętowanie? No po czym? Po tym, że wygraliśmy ze słabą Arabią Saudyjską, która mogła przegrać 0:5 z Meksykiem? Argentyna zrobiła z nas dzisiaj wiatrak - powiedział Tomaszewski dla "Super Expressu" po środowym meczu reprezentacji Polski. Jego zdaniem, gdyby Argentyny musiała wygrać 4:0, to tyle bramek, by strzeliła. - My praktycznie nie stworzyliśmy żadnej sytuacji, ba! Kiedy przegrywaliśmy 0:2, to ja mógłbym grać w bramce Argentyny, bo nic nie pokazaliśmy.

- Drużyny nie ma, nie mamy reprezentacji - oceniał 74-latek w kontekście meczu z Francją. - Zapomnę o tym wszystkim, jeśli wygramy z Francją. Bo mieliśmy wielką szansę, remisując z Argentyną, gralibyśmy z Australią. A wtedy 5 spotkań by było realne, a kto wie, czy nie 7.

Więcej takich informacji znajdziesz na Gazeta.pl

Zdaniem Tomaszewskiego wyjście z grupy było obowiązkiem. - Z czego my się cieszymy? Że zremisowaliśmy ze słabym Meksykiem, bo graliśmy podwójnym autobusem? Oczywiście, wyjście z grupy to sukces, ale z jakiej grupy? - pytał retorycznie bohater meczu z Anglią w 1973 roku. Zdaniem Tomaszewskiego Czesławowi Michniewiczowi nie udało się zbudować drużyny. - Mieliśmy dwa mecze z Belgią i Holandią [w Lidze Narodów - przyp. red.], a kombinowaliśmy, jak koń pod górę. Zmiany w każdym meczu nie pozwalały zbudować zgranej drużyny. Nie można mówić o stylu, bo stylu nie było.

Jan Tomaszewski dobrze wie, jak to jest grać przeciwko Argentynie na mistrzostwach świata, bo sam przeżył takie spotkanie w 1974 roku. Wówczas Polska zakwalifikowała się na mundial w Republice Federalnej Niemiec. W grupie mierzyła się właśnie z Argentyną, Włochami i Haiti. Rozbiła wszystkich kolejno - 3:2, 2:1 i aż 7:0. W drugiej fazie turnieju trafiła do grupy z RFN (dziś Niemcy), Szwecją i Jugosławią. Zagrała o finał ("mecz na wodzie" z RFN) i przegrała 0:1. W meczu o 3. miejsce pokonała Brazylię (1:0) i sięgnęła po jeden z dwóch w historii brązowych medali mistrzostw świata. 

Więcej o: