Lewandowski nawet nie spojrzał na Messiego. A później się zaczęło. Dramatyczne sceny

Bartłomiej Kubiak
Robert Lewandowski nawet nie spojrzał w kierunku Leo Messiego, kiedy ten obserwował jego rozgrzewkę. Ale gdy zaczął się mecz, wszyscy już patrzyli na ich obu. A potem także na Wojciecha Szczęsnego i, w ostatnich minutach, na równolegle toczony mecz Meksyku z Arabią Saudyjską. Co to były za wzloty, za upadki, za emocje! - spostrzeżeniami po zwycięskiej porażce Polski z Argentyną dzieli się Bartłomiej Kubiak, korespondent Sport.pl w Katarze.

Wysiadamy pod stadionem trzy i pół godziny przed meczem. Od razu po wyjściu z autokaru słyszymy "Mazurka Dąbrowskiego". Zaczyna się przyjemnie, patriotycznie, serce od razu mocniej zabiło. Ale to w zasadzie koniec polskich akcentów. Przynajmniej pod stadionem 974, gdzie Polska rozgrywa drugi mecz na tym mundialu i gdzie w środę na ogromnym placu już trzy i pół godziny przed meczem rozlewają się kibice w pasiastych biało-jasnoniebieskich koszulkach.

Zobacz wideo Katarskie metro - przepych, bogactwo i śpiewający kibice, a motorniczego nie ma!

Wojciech Szczęsny broni karnegoTak Szczęsny doprowadził Messiego do rozpaczy. Król [WIDEO]

Argentyńczycy są wszędzie. - Miło cię znowu widzieć", "Cudotwórca" - pozują do zdjęć z wielkimi flagami. Na większości z nich motyw jest jeden - Leo Messi. Kapitan reprezentacji Argentyny - i jeden z najlepszych piłkarzy na świecie - na mundialu w Katarze też jest wszechobecny: na koszulkach, flagach czy wznoszonych okrzykach. Wzbudza olbrzymie zainteresowanie nie tylko kibiców z Argentyny, których widać tutaj najwięcej od pierwszego dnia, ale również dziennikarzy z całego świata, którzy nagradzają Messiego brawami tylko za to, że pojawia się na konferencji prasowej.

To jest zupełnie inny poziom popularności, wręcz szaleństwa. Nieosiągalny tutaj dla żadnego innego piłkarza. Cristiano Ronaldo czy Robert Lewandowski mogą tylko o czymś takim pomarzyć. Ich z Messim łączy w zasadzie tylko jedno. To, że dla każdego to jest ostatni taniec na mundialu.

Nawet nie zwrócili uwagi na Lewandowskiego

Pierwsi na boisku pojawili się piłkarze Czesława Michniewicza. "Kto dziś wygra mecz?" - zapytała wtedy polska spikerka. Garstka polskich kibiców nie miała wątpliwości, ale to była naprawdę garstka, która siedziała za jedną z bramek. Za drugą zabawa już wtedy się rozkręcała. Argentyńscy kibice rytmicznie śpiewali, podskakiwali, walili w bębny i czekali na swoich idoli. Nawet nie zwrócili uwagi na to, że na boisku pojawił się Lewandowski i spółka.

To też różnica w porównaniu do dwóch poprzednich meczów, kiedy zarówno Meksykanie, jaki i Arabowie - a szczególnie Meksykanie - wygwizdywali polskich piłkarzy przy każdej nadarzającej się okazji. W środę Argentyńczycy - choć podczas wyczytywania składów już wygwizdali nazwisko Roberta Lewandowskiego - byli skupieni głównie na sobie.

I szybko na stadionie zagłuszyli też garstkę polskich fanów. Już na dwie godziny przed meczem. Kiedy polska spikerka wystosowała wtedy kolejny apel - "W 1974 roku pokonaliśmy Argentynę i zajęliśmy trzecie miejsce na mistrzostwach świata, dlatego pokażmy dziś, że wygra Polska" - już nie doczekała się odpowiedzi polskich fanów. Albo inaczej: po prostu jej nie dosłyszała, my też nie - zabawa argentyńskich kibiców trwała już wtedy w najlepsze.

A Lewandowski nawet nie spojrzał w kierunku Messiego

Lewandowski najpierw spojrzał w lewo, po chwili w prawo. Kiedy inni kadrowicze - m.in. Świderski, Grosicki, Wieteska - mrugali okiem i uśmiechali się do kamery, on był skoncentrowany, poważny. Ale podobnie było z Messim. Po Argentyńczyku też nie było widać radości i uśmiechu. Messi, który z niewielką saszetką pod pachą wyszedł z autokaru jako jeden z ostatnich, podrapał się po oku i leniwym wzrokiem też spojrzał w lewo, po chwili w prawo, a na koniec w kamerę. Wyglądał tak, jakby dopiero się przebudził. Jakby właśnie zaczynał się dla niego kolejny, zwyczajny dzień w biurze, który po prostu trzeba odfajkować.

Kilkanaście minut później Messi wybiegł na rozgrzewkę. W zwartej grupie - w równym tempie, w szyku, niczym w wojsku - ale szybko się od niej odłączył i spojrzał w kierunku drugiej strony boiska. Tam już rozgrzewali się już reprezentanci Polski. Lewandowski wymieniał wtedy podania z Kamilem Glikiem. Był zbyt skoncentrowany, by spojrzeć w kierunku Messiego. Ale być może czuł na sobie jego wzrok. A na pewno słyszał, że Messi pojawił się na boisku, bo choć trybuny były zapełnione wtedy może w połowie, doping argentyńskich fanów był ogłuszający.

Messi i Lewandowski. To nie było ciepłe przywitanie

W końcu jednak spojrzeli sobie w oczy. Tuż przed meczem, kiedy Messi bez większej czułości podszedł do Lewandowskiego i zbił z nim piątkę. Po chwili na niewielkich monitorach przy stanowisku dla prasy realizator na zmianę pokazywał ich obu. Raz Lewandowskiego, raz Messiego. Najpierw Lewandowskiego, który zaczynał grę od środka i spojrzał w niebo. Po chwili Messi, który czekał na piłkę i patrzył na boisko. No i się zaczęło. W końcu!

Michniewicz od początku nerwowo przechadzał się wzdłuż linii. Widać było, że nie może ustać w miejscu. Nie tylko patrzył na boisko, ale też słyszał żywo reagujące trybuny. Szczególnie wtedy, gdy przy piłce był ten, na którego patrzyli wszyscy - Messi. Po raz pierwszy - w 6. minucie. Po raz drugi - w 8., kiedy oddał pierwszy strzał. A po raz trzeci - w 10., kiedy Messi uderzał po raz drugi, a Argentyna po jego uderzeniu miała rzut rożny.

Na trybunach to było przedstawienie jednego aktora. Na boisku - już niekoniecznie. No chyba, że mówimy o Wojciechu Szczęsnym.

Najpierw Szczęsny bohaterem, później cierpienie i patrzenie w komputer

- Jak zatrzymać Messiego? Dobre pytanie. Cały świat zastanawia się od 18 lat. W tym czasie Messi strzelił prawie osiemset goli i zanotował ponad trzysta asyst. Dlatego myślę, że nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, dopóki nie przestanie grać w piłkę - uśmiechał się we wtorek Michniewicz, dzień przed meczem z Argentyną.

Selekcjoner nie przedstawił planu na zatrzymanie Messiego. Trzymał go w tajemnicy, ale przy tym od dawna zapewniał nas, że wie, jak to zrobić. - Łatwiej jest rozpracować Argentynę niż Arabię Saudyjską - tłumaczył  Michniewicz, który w środę zrobił w składzie jedną zmianę w porównaniu do meczu z Arabią - Arkadiusza Milika w ataku zastąpił Karol Świderski.

Świderski, nominalny napastnik, w środę często grał jako pomocnik, a nawet zbiegał i pomagał w obronie. Ale to nie on był bohaterem. - Spokojnie - zdawało się, że powiedział pod nosem Szczęsny w 39. minucie. A wcześniej mocno trącił rękami poprzeczkę i przeprosił Messiego. To właśnie po interwencji bramkarza Juventusu - kiedy Szczęsny minął się z piłką, ale zahaczył rękawicą głowę Messiego - holenderski sędzia Danny Makkelie po konsultacji z VAR wskazał na rzut karny.

Kibice z Argentyny aż jęknęli. Najpierw z zachwytu, a po chwili z rozczarowania, bo Szczęsny - po raz drugi na tym turnieju - obronił jedenastkę. Po trybunach niosło się wtedy "Messi, Messi, Messi" od argentyńskich kibiców, którzy po nieudanym strzale chcieli dodać otuchy swojemu idolowi. Ale później było też słychać wyraźne: "Wojtek, Wojtek". W przerwie Szczęsny nawet podziękował za doping polskim kibicom.

To on był bohaterem pierwszej połowy. Na boisku też wyglądał wtedy tak, jakby wychodził na mecz, by odfajkować kolejny dzień w biurze. Ale ten w środę był dla niego znacznie trudniejszy niż dla Messiego. Szczególnie druga połowa, która zaczęła się najgorzej, jak mogła. Od gola Alexisa Mac Allistera już w 48. minucie.

W 68. było już 2:0 dla Argentyny. Ta bramka jeszcze nie wyrzucała Polski z turnieju, ale już w tym momencie - Meksyk prowadził z Arabią 2:0 - o wyjściu z grupy decydowały żółte kartki. To już był ten moment, gdzie częściej patrzyliśmy w komputer niż na boisko. I denerwowaliśmy się tym, co dzieje się na drugim stadionie, bo drużyna Michniewicza nie wyglądała na zespół, który jest w stanie zmniejszyć straty. Polska cierpiała w drugiej połowie, a my razem z nią. W tych cierpieniach, ściskając kciuki za Arabię, która w doliczonym czasie strzeliła gola na 1:2, awansowaliśmy do fazy pucharowej mundialu. Po raz pierwszy od 36 lat! Trudniej się nie dało...

Ale się udało!

Więcej o: