Zbigniew Boniek przestrzega przed meczem z Argentyną: To by był sukces?

Łukasz Jachimiak
- Jeśli nas nie będzie na pierwszym albo drugim miejscu, to siekierki znów zostaną wyciągnięte - mówi Sport.pl Zbigniew Boniek. W środę o godz. 20 na mundialu w Katarze Polska gra z Argentyną o awans do 1/8 finału.

Po bezbramkowym remisie z Meksykiem i zwycięstwie nad Arabią Saudyjską reprezentacja Polski jest liderem grupy C na mundialu w Katarze. Polacy mają cztery punkty, a za ich plecami są Argentyna i Arabia Saudyjska mające po trzy punkty. Tabelę zamyka Meksyk z jednym punktem.

Zobacz wideo Dominik Wardzichowski i raport z Kataru. Reprezentacja jest gotowa na Argentynę?

Przed ostatnią kolejką wszystkie zespoły mają szanse awansować do 1/8 finału. W teoretycznie najlepszej sytuacji jest Polska. Piłkarzom Czesława Michniewicza pewny awans daje zwycięstwo i remis, ale wyjść z grupy możemy nawet przy porażce, jeśli korzystnie dla nas ułoży się mecz Meksyk - Arabia Saudyjska. Oba spotkania rozpoczną się w środę o godzinie 20 polskiego czasu.

O szansach Polski i o piłce, jaką Polska na tym mundialu gra rozmawiamy ze Zbigniewem Bońkiem, byłym wybitnym reprezentantem, byłym trenerem kadry i byłym prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Łukasz Jachimiak: Po dwóch kolejkach MŚ w Katarze Polska ma zwycięstwo oraz remis i prowadzi w tabeli grupy. Czy to wystarczy, żeby przypominały się panu mundiale z lat 80.?

Zbigniew Boniek: Raczej nie. To był inny świat, inna piłka, inna jej promocja. Natomiast co do samych wyników, to szkoda, że Argentyna narozrabiała, przegrywając z Arabią, bo gdyby nie to, praktycznie już byśmy byli w drugiej fazie turnieju. Przy planowanym zwycięstwie Argentyny nad Arabią naprawdę byłoby już po zawodach, bo nie wydaje mi się, żeby w ostatnim meczu Polski z Argentyną ktokolwiek ryzykował. Niestety, jest inaczej. Wiemy, że chcąc mieć spokój, musimy z Argentyną wygrać albo zremisować. Ewentualnie niska porażka też może nam dać awans, ale lepiej nie myśleć minimalistycznie. Bo wyobraźmy sobie, że Polacy przegrywają jedną bramką, wychodzą z grupy i przegrywają mecz 1/8 finału. To by był sukces?

To by były dyskusje.

- A to na pewno. Chodzi o to, żeby znów zrobić swoje. W dwóch pierwszych meczach Polacy swoje zrobili i teraz też mogą. Nasi piłkarze mają mecz, którym mogą przejść do historii, bo pokonać Argentynę na mistrzostwach świata czy zremisować z nią i być może dzięki temu wygrać grupę, to by była bardzo ważna rzecz. Dla tych chłopaków, dla trenera i dla nas wszystkich to jest wielki mecz. Do tej pory oni wykonali konkretną robotę - grali piłkę mądrą, piłkę opartą na głębokiej defensywie i na kontrach. Można się z takim podejściem zgadzać albo nie, ale widać było, że mamy plan i on zadziałał. Zobaczymy czy zadziała w najtrudniejszym momencie, przeciw wielkiemu rywalowi, który jest w kłopocie.

Po zwycięstwie Polski nad Arabią napisał pan na Twitterze, że Robert Lewandowski zamienił wodę w wino. Myślę, że jednak asystą i golem Lewandowski zrobił dobrą robotę, ale to jeszcze nie były cuda. Takie może zdziałać teraz, w - jak sam pan podkreśla - wyjątkowym meczu.

- Zgoda. Umówmy się - to, co Lewandowski zrobił przeciw Arabii, było bardzo ważne dla niego i dla naszej reprezentacji, natomiast żeby przejść do historii, to trzeba strzelać gole właśnie Argentynie, Brazylii i innym wielkim. Ale ja się bardzo cieszę, że Robert strzelił, że już na nim nie ciąży to zero goli na mistrzostwach świata. Na pewno dużo na tym zyskał.

Pytał pan o lata 80., bo wynikowo nasza kadra dopiero teraz ma na mundialu podobny start jak wtedy. To cieszy, ale zasadniczo na razie bym nie przesadzał. Polska zdobywa punkty i to jest dobre, ale jeżeli nie wyjdziemy z grupy, to co będziemy mówili? Pierwszy bieg na mistrzostwach świata kończy się ostatnim meczem grupowym. Po nim się sprawdza, kto jest pierwszy i drugi na mecie. I zespoły z tych miejsc jadą dalej. Jeśli nas nie będzie na pierwszym albo drugim miejscu, to siekierki znów zostaną wyciągnięte. I będą wielkie zastrzeżenia do reprezentacji. Jest przed tą kadrą szansa na przejście do historii, ale teraz dajmy chłopakom trochę spokoju - niech się przygotują, niech awansują i potem będziemy sobie dyskutować, co jeszcze mogą zdziałać.

Widzi pan pewnie matematyczne analizy szans Polski. Na przykład według bukmacherów aż na 70,7 proc. awansujemy do 1/8 finału. A jakie są pańskie przeczucia? Czy to się uda?

- Ja uważam, że nasza reprezentacja ma dwa pozytywne wyniki i stać ją na trzeci, co daje pewny awans. Z całego serca życzę, żeby się chłopakom powiodło, żeby wyszli z grupy. Ale nie wiem, czy mają na to 70, 60 czy 50 procent szans. I to w sumie nie ma żadnego znaczenia.

Jakiego meczu się pan spodziewa? Zobaczymy "obronę Częstochowy" czy spróbujemy jakoś zaskoczyć Argentynę, zagrać trochę odważniej niż rywal mógłby przypuszczać?

- Nie spodziewam się, że od początku zagramy bardzo ofensywnie, że będziemy od razu do Argentyńczyków doskakiwali. To na Argentynie jest obowiązek wygrania meczu, bo im remis może nic nie dać. Myślę, że na początku będziemy trochę wyczekiwali, próbując kontrolować przebieg gry. Natomiast co jest najsłabszą stroną Argentyny? Obrona. Ją można przetestować kontrą i wtedy się okazuje, że jest jeszcze słabsza. Mam nadzieję, że spróbujemy to wykorzystać.

W 2019 r., gdy jeszcze był pan prezesem PZPN, obserwował pan, jak młodzieżówka Czesława Michniewicza wygrywa na mistrzostwach Europy z Belgią i Włochami i jak w ostatniej kolejce fazy grupowej wystarcza jej remis z Hiszpanią, by awansowała do półfinału i również na igrzyska olimpijskie w Tokio. Skończyło się klęską 0:5. Znając Michniewicza myśli pan, że on przed Argentyną to dobrze pamięta, że to przepracował i może teraz wszystko poprowadzi inaczej?

- Trener na pewno o tym myśli i doskonale zdaje sobie sprawę, że jest teraz w podobnej sytuacji. Ale to tak nie działa, że trener może wyciągnąć wnioski i dzięki temu na pewno się powiedzie. Trener może przygotować świetną koncepcję, ale na boisku muszą ją zrealizować piłkarze. A to nie jest proste. Ale i trener, i piłkarze wiedzą, że są blisko zrobienia czegoś, co może mieć historyczną wartość. Jeżeli się nie uda, to mówienie o remisie z Meksykiem i zwycięstwie z Arabią minie. Wtedy życie sprawi, że tamte przeżycia okażą się krótkotrwałe. Wtedy takie rzeczy jak pierwszy gol Lewandowskiego czy wspaniałe parady Wojtka Szczęsnego będą miały tylko statystyczny wymiar. Wierzę jednak, że tak nie będzie.

Więcej o: