Messi postraszył Polskę. Szykujmy się na piekło

Z jednej strony na trybunach rozśpiewani Argentyńczycy, z drugiej - Meksykanie. Na trybunie prasowej dziennikarze z całego świata, a na boisku arcyważny mecz w kontekście dalszych losów drużyny Czesława Michniewicza. Argentyna nie zawiodła - pokonała Meksyk 2:0. Po golu i asyście - a jakże - tego najważniejszego i najlepszego, na którego w sobotę wieczorem patrzył cały świat - Leo Messiego.

- Na listę oczekujących na Argentyna - Meksyk? Tak myślałam. Jest was około tysiąca - usłyszeliśmy w ciągu dnia w głównym biurze prasowym. Nie łudziliśmy się w ogóle. A jednak - udało się. W trakcie meczu Polski z Arabią Saudyjską - mniej więcej w tym samym momencie, kiedy gola na 1:0 strzelał Piotr Zieliński - dostaliśmy maila, że zwolniło się dla nas miejsce. Po meczu Polaków i konferencji Czesława Michniewicza szybko popędziliśmy do głównego biura prasowego, by wydrukować potrzebną wejściówkę i w drogę. Zdążyliśmy. Załapaliśmy się na ostatni autobus dla dziennikarzy, który jechał na stadion Lusail.

Zobacz wideo "Katarski koszmar" za milion dolarów za godzinę. Nie do zniesienia

Czesław MichniewiczMichniewicz zaczął mówić o stylu. Nagle zadał dziennikarzom pytanie. "Kto nie lubi?"

- Masz może sprzedać bilet? - zaczepił nas jeden z Argentyńczyków, gdy tylko wysiedliśmy z autobusu dla dziennikarzy. A później, im bliżej stadionu, takich pytań tylko przybywało. Argentyńczycy zdominowali ten mundial - to widać od pierwszego dnia. Ale Meksykanów, którzy brali kredyty pod zastaw własnych domów, by tylko przylecieć do Kataru, też na tych mistrzostwach jest dużo. Przekonaliśmy się o tym we wtorek, kiedy na stadionie 974 nie było w ogóle słychać znanej przyśpiewki z wielkich turniejów, czyli "gramy u siebie", bo trybuny wypełniły się przede wszystkim meksykańskimi kibicami.

Nie było żadnej różnicy czy to Messi, czy daleki rezerwowy

W sobotę wieczorem na stadionie Lusail siły rozkładały się mniej więcej po równo. Nie było żadnej różnicy, kiedy spiker przed meczem wyczytywał nazwisko Leo Messiego, czy dalekiego rezerwowego. Doping i wrzask był taki sam. Nie zmieniło się także to, że znowu - podobnie jak przed meczem z Polską - potwornie wygwizdany został Tata Martino. Selekcjoner Meksyku od dłuższego czasu musi mierzyć się ze sporą krytyką ze strony mediów, ale także kibiców, których w sobotę było jeszcze więcej niż na meczu z Polską.

To nie przypadek, że ten mecz rozgrywany był na Lusail, czyli największym mundialowym stadionie, który może pomieścić aż 80 tys. widzów. W sobotę był nawet nie komplet, a nadkomplet, bo pod koniec drugiej połowy spiker poinformował, że mecz ogląda 88 tys. widzów.

Z jednej strony rozśpiewani Argentyńczycy, z drugiej - Meksykanie. A na trybunie prasowej - dziennikarze z całego świata, których mało interesował sam mecz. A na pewno nie jego początek, kiedy przez pierwsze minuty wlepiali się w swoje smartfony i kręcili, a to Meksykańskich fanów, którzy siedzieli za jedną bramką, a to argentyńskich, którzy siedzieli za drugą - trzymali kciuki i rozśpiewani dopingowali przede wszystkim tego jednego, najważniejszego i najlepszego - Leo Messiego.

W drugiej minucie, kiedy Messi po raz pierwszy dotknął piłki, z jednej strony słychać było owacje, z drugiej gwizdy. Każdy żył w swoim świecie. I to na trybunach był właśnie taki mecz. Pełen skrajnych emocji, ale też nieustającego dopingu. Nam znacznie bliżej było w sobotę wieczorem do Argentyńczyków, ale tylko dlatego, że siedziało ich znacznie więcej z lewej strony trybuny prasowej - na samym jej skraju, gdzie w ostatniej chwili przydzielono na miejsce.

"Messi, Messi, Messi". Najpierw wygwizdany. A później ekstaza

"To jest żółta kartka" - wymachiwał argentyński kibic już w pierwszych minutach, kiedy na boisku cierpiał Gonzalo Montiel po starciu z Alexisem Vegą. Martino wtedy tylko bił brawo i zachęcał swoich piłkarzy do jeszcze agresywniejszej gry. Przy bocznej linii trwał jeszcze jeden spektakl - obu selekcjonerów, którzy machali rękami, wybiegali z wyznaczonych stref i dyskutowali z sędzią technicznym. Tam w pierwszej połowie działo się nawet więcej niż na boisku, gdzie Messi więcej dreptał bez piłki niż był przy piłce.

A to przecież od niego oczekiwano najwięcej. Messi miał być głównym bohaterem. No i w końcu był, choć też nie od razu. Gdy w 50. minucie Angel Di Maria został sfaulowany przed polem karnym Lionel Scaloni najpierw rozłożył ręce, a później założył je za siebie. "Messi, Messi, Messi" - skandowali wtedy argentyńscy kibice, którzy siedzieli w dużej grupie akurat za tą bramką, gdzie szykował się do wykonania rzutu wolnego. Messi przestrzelił - uderzył nad poprzeczką i po chwili usłyszał gwizdy. Nie od meksykańskich fanów, a właśnie od argentyńskich, którzy przecież nie przylecieli do Kataru tylko po to, by po fazie grupowej wracać do domu. 

Ale to były jedyne gwizdy z argentyńskiego sektora w stronę Messiego. Kwadrans później 35-latek, dla którego to zapewne jest ostatni mundial, przejął piłkę przed polem karnym, zrobił dwa kroki i dał argentyńskim kibicom to, na co czekali. Płaskim strzałem sprzed pola karnego zdobył upragnioną bramkę. A później jeszcze zaliczył asystę - w 87. minucie przy golu Enzo Fernandeza.

Argentyna wygrała z Meksykiem 2:0. Ten wynik sprawia, że sytuacja w grupie przed ostatnimi meczami robi się arcyciekawa. Po dwóch spotkaniach - z czterema punktami - liderem jest Polska. Trzy punkty ma Argentyna i Arabia Saudyjska. W tej sytuacji awans do 1/8 finału zapewni nam wygrana lub remis z Argentyną. W razie porażki będziemy musieli liczyć, że Arabia nie wygra z Meksykiem. Jeśli będzie remis lub wygrają Meksykanie, to któraś z tych drużyn będzie miała - tak jak Polska - cztery punkty i znów liczyć się będą bramki. Ich bilans, potem liczba. Jeśli będą równe - przejdziemy do meczów bezpośrednich (więcej tutaj).

Więcej o: