Zieliński nawet nie spojrzał na Michniewicza. Gdy go zabrakło, Polska dostała drugie życie

Michał Zachodny
Schodził z boiska niezadowolony, nie spojrzał nawet na trenera, gdy ten dziękował mu za grę. Strzelił przecież pierwszego gola dla Polski w mistrzostwach świata w Katarze, jego umiejętności są nieocenione, na turniej przyjeżdżał w formie swojego życia. Lecz drużyna dostała drugie życie, gdy Piotra Zielińskiego zastąpił Jakub Kamiński - pisze Michał Zachodny, dziennikarz Viaplay i autor książki "Polska Myśl Szkoleniowa".

Dla reprezentacji Polski był to mecz momentów. Akcja, którą w 39. minucie wykończył Piotr Zieliński była pierwszą, która przebiegła w sposób planowy. - Trenowaliśmy to w ostatnich dniach - mówił później Czesław Michniewicz o sytuacji, w której udało się zaangażować większą liczbę zawodników. Jednak w pozostałym czasie gry wpływ pomocnika Napoli na grę Biało-Czerwonych był znikomy. Statystyki FIFA pokazują, że Zieliński 46 razy pokazywał się do gry, lecz tylko w siedmiu sytuacjach otrzymał piłkę – to najgorszy wynik w drużynie. Przez niemal 20 minut drugiej połowy wykonał jedno celne, a w sumie tylko dwa podania. Zupełnie jak z Meksykiem, gdy celem drużyny było nie stracić bramki - Zieliński po prostu się przesuwał, walczył i asekurował. A takie mecze nie są dla niego.

Zobacz wideo Wysoka ocena Zielińskiego. "Ten gol dał nam komfort gry i wiarę"

Wystarczy ten dorobek zestawić z tym, co zespołowi zaoferował jego zmiennik z 63. minuty, Jakub Kamiński. W swojej pierwszej akcji ofensywnej dogrywał do Roberta Lewandowskiego, a ten trafił w słupek. W drugiej rozegrał atak z Mattym Cashem, który podawał do napastnika i Saudyjczycy ledwo się wybronili. W trzeciej wyprowadził piłkę spod pola karnego, przekazał ją Krzysztofowi Piątkowi, który z kolei wypuścił kapitana na wolną przestrzeń, choć ubiegł go bramkarz Mohammed Al Owais.

I chociaż skrzydłowy Wolfsburga nie miał nic wspólnego z trafieniem Lewandowskiego na 2:0, to Michniewicz jego zmianą odmienił mecz, który znów wymykał się Biało-Czerwonym.

Gdy Polacy awansowali na mistrzostwa świata, to Wojciech Szczęsny powiedział to jaki pierwszy: barażowa wygrana ze Szwecją była osiągnięta w sposób „nawałkowy". Wywalczony, metodyczny, zdyscyplinowany, zachowawczy… Nieważne, jak się to nazwie, każdy kibic będzie miał swoje skojarzenie – i to pozytywne. Z Arabią Saudyjską od wejścia Kamińskiego to znów była taka drużyna i to pewnie nawet bliższa oryginałowi, niż wtedy w marcu w Chorzowie.

Dwóch bezpośrednio atakujących skrzydłowych, styl oparty na zagraniach na wolne pole i w boczne sektory, dwójka napastników stanowiących zagrożenie w polu karnym… Z tak nastawioną drużyną Polacy nie zdominowali Saudyjczyków, ale oddali więcej strzałów, zaliczyli więcej dryblingów (siedem, w całym meczu – 11), każda z „dziewiątek" miała swoją sytuację i aż 20 z 90 kontaktów z piłką miało miejsce w polu karnym rywali. I to się oglądało.

Z kolei Zieliński był tym, który mógł najbardziej rozumieć dyskusję, jaka toczyła się po meczu z Meksykiem. Chociaż mówiono zwykle o długich podaniach Szczęsnego, pojedynkach główkowych Lewandowskiego, braku zaangażowania Nicoli Zalewskiego i nieudanych rajdach Kamińskiego, to rozgrywający był usprawiedliwiony. Zbieranie drugich piłek nie jest w jego naturze, a Polacy mieli problem z tak wieloma aspektami gry, że mogło osamotnienie Zielińskiego po prostu umknąć każdemu obserwatorowi.

W meczu z Saudyjczykami, przed zmianą Zielińskiego na Kamińskiego, Polska balansowała na cienkiej linii: nie tylko dlatego, że Cash prawie wyleciał z boiska, że rywale oddali niemal cztery razy więcej strzałów, że Szczęsny obronił w wielkim stylu rzut karny oraz dobitkę. To się po prostu czuło, że prowadzenie wcale nie zapewniło stabilizacji, ani nie poprawiło gry zespołu Michniewicza. Zresztą selekcjoner tłumaczył niewygodną, ale wyjątkową rolę rozgrywającego, nawiązując do tego, co przed laty próbował w poznańskim Lechu. De facto kadra zagrała bez prawoskrzydłowego, lecz zawodnik zajmujący tę pozycję - Zieliński, Milik, a nawet Frankowski - miał tworzyć przestrzeń dla Casha, nawet jeśli cierpiały na tym umiejętności pomocnika Napoli. To sprawiało problem rywalom, gdy piłkę mieli Polacy, lecz bez niej zdarzały się nieporozumienia. A każde oznaczało, że rywal ma przestrzeń, którą może zaatakować i stworzyć w niej przewagę. Dlatego Michniewicz tak szybko zareagował.

Czesław MichniewiczMichniewicz zaczął mówić o stylu. Nagle zadał dziennikarzom pytanie. "Kto nie lubi?"

Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni, że rola rozgrywającego w zespole tylko rosła. Zieliński u obecnego selekcjonera w tylko jednym spotkaniu nie zagrał od pierwszej minuty – z Chile, gdy nie wystąpił w ogóle, bo był oszczędzany przed mistrzostwami. Tylko raz zszedł wcześniej niż z Arabią Saudyjską – w czerwcu był po maratonie trzech pełnych meczów, więc z Belgią przy został zmieniony przy stanie 0:1 przed upływem godziny gry. Ostatni raz, gdy był rezerwowym, to Polska kończyła eliminacje mundialu i była już pewna drugiego miejsca.

Przeciwko Arabii Saudyjskiej jego pozycja mogła nie być do końca jasna dla obserwatorów, więc warto ją wytłumaczyć. Zaczynał bliżej Lewandowskiego, w szóstej minucie wchodząc w pole karne z drugiej linii, zagrywając wzdłuż bramki i szukając zamykającego akcję z prawego skrzydła Arkadiusza Milika. Potem to jego rolą było zejście do boku pomocy bez piłki, gdy dwójka napastników współpracowała przy dalekich podaniach. Jego mapa kontaktów również wiele mówi o różnych rolach, które musiał spełniać – zdarzało się, że asekurował Casha na prawej stronie, bywał w środku, bliżej lewej linii bocznej, a gola strzelił wbiegając w pole karne, w drugie tempo, czyli tak, jak lubi najbardziej. Takich momentów miał jednak tylko dwa.

Lecz taka ma być drużyna Michniewicza. Selekcjoner tłumaczył, że "zespół nie boi się żadnego ustawienia". By być skutecznym, musi zaskakiwać, łamać schematy i sprawiać, by to przeciwnik zgadywał. Sprawiać mu problem niekoniecznie zachowaniem przy piłce. Lecz każda rotacja pozycjami sprawia, że pomocnik czy napastnik musi się do tego przyzwyczaić. Czasem: wyjść poza swoją strefę komfortu i robić coś, do czego nie jest przyzwyczajony.

Kontakty z piłką Piotra Zielińskiego podczas meczu z Arabią SaudyjskąKontakty z piłką Piotra Zielińskiego podczas meczu z Arabią Saudyjską Michał Zachodny

Może dlatego nie był tak szczęśliwy, gdy schodził z boiska: strzelił gola, ale to znów nie był jego mecz. Odegrał główną rolę, ale błysnął ledwie raz, nie był to ciąg trafionych zagrań i decyzji. Braku pracy i poświęcenia nie można mu omówić, ale to drużyna, w której zastąpił go Kamiński - uskrzydlona, atakująca, ale i zdyscyplinowana – jest bliższa temu, co chcemy oglądać.

Dzień po meczu z Meksykiem Michniewicz retorycznie pytał dziennikarzy - kogo, skoro personalnie wystawił najbardziej ofensywny skład, miałby poświęcić na Arabię Saudyjską? Jego trzy decyzje pokazały jednak, że może rotować piłkarzami: wymienił obydwu skrzydłowych, lecz zastąpił go jednym, ponieważ wprowadził drugiej napastnika, ale i dorzucił środkowego pomocnika. Nie można też powiedzieć, by przez rotacje zespół nie był zorganizowany, nieświadomy zadań w wysokim, średnim i niskim pressingu – ale do 63 minuty dalej brakowało mu iskry, by ruszyć częściej i odważniej do ataku. W skrócie: zrobić to, o co prosił Lewandowski. Udało się dopiero, gdy w rolę drugiego skrzydłowego wcielił się Kamiński, a nie wchodził w nią jeden z dwóch ofensywnych piłkarzy. Także dzięki temu Grzegorz Krychowiak miał do kogo posyłać diagonalne podania, które otrzymywał ze strony, na której był ten "wyjściowy" skrzydłowy (Frankowski).

Pytanie więc, co wybierze Michniewicz na kolejny mecz. I ta kwestia jest niezależna od celu spotkania z Argentyną - choć czyste konto gwarantuje awans Biało-Czerwonym i to może zdeterminować założenia meczowe. Jednak różnica w grze Polaków była tak znacząca, że to Zieliński – bohater pierwszej składnej akcji, strzelec naszego pierwszego gola z gry na mundialu od 2002 roku i jeden z będących w formie piłkarzy – znajdzie się na ławce rezerwowych. Poświęcony bardziej dla systemu, pozostanie wciąż niezrozumiany i niewykorzystany. Coś, co do końca również nie udawało się tej prawdziwej „nawałkowej" drużynie.

Więcej o: