Michniewicz aż stukał się w czoło. Jeden człowiek mógł zniweczyć plan Polaków

Bartłomiej Kubiak
- Brawo Wojtek, brawo Szczena - krzyczał Czesław Michniewicz wystrojony w szary garnitur, białą koszulę i czarne buty. A chwilę wcześniej stukał się w czoło i nie dowierzał, że sędzia podyktował rzut karny. Wojciech Szczęsny go obronił, zatrzymał jeszcze dobitkę. Ależ to była radość! - spostrzeżeniami po wygranej Polski z Arabią Saudyjską dzieli się Bartłomiej Kubiak, korespondent Sport.pl w Katarze.

- My chcemy gola! - krzyknęli w 36. minucie polscy kibice, którzy w sobotę znowu - jak cztery dni temu na meczu z Meksykiem - byli na trybunach w mniejszości. Tym razem jednak było ich nie tylko widać, ale też słychać. I to bardzo wyraźnie. - Pokażmy, że gramy dzisiaj u siebie. Kto wygra mecz? - zapytała spikerka na Education City Stadion tuż przed meczem. I od razu usłyszała wtedy z trybun głośną odpowiedź: "Polska!".

Zobacz wideo "Katarski koszmar" za milion dolarów za godzinę. Nie do zniesienia

Wojciech Szczęsny broni rzut karny screenWojciech Szczęsny obronił karnego, a potem poczarował przy dobitce [WIDEO]

Robert Lewandowski stał już wtedy w tunelu. Kapitan reprezentacji Polski wziął głęboki oddech i wyprowadził zespół na murawę. Po chwili to samo zrobił też po hymnach, kiedy również nabrał powietrze w płuca i wypuszczał je spokojnie ustami. Widać było, że w ten sposób próbuje się koncentrować i uspokaja emocje.

- On bardzo chce strzelić gola na tym mundialu. Naprawdę bardzo - usłyszeliśmy od ludzi z jego otoczenia już po meczu z Meksykiem, w którym Lewandowski pomylił się z rzutu karnego. W sobotę, przeciwko Arabii, w końcu strzelił - swojego pierwszego gola na mundialu, w 82. minucie, po którym od razu padł na kolana. Widać było, jak bardzo go przeżywał. Wcześniej, w oczekiwaniu na gola, Lewandowski miał asystę - w 39. minucie, kiedy podawał do Piotra Zielińskiego. W pierwszej dobrej akcji Polaków - po dwóch dalekich podaniach, by nie napisać "lagach" - która w meczu z Arabią dała nam prowadzenie.

"Brawo Wojtek, brawo Szczena"

Kiedy Zieliński w 39. minucie pokonywał bramkarza Arabii, z polskiej ławki na boisko wyskoczyli dosłownie wszyscy. Rezerwowi, cały sztab, rzecznik kadry Jakub Kwiatkowski. Cieszył się także Michniewicz. Selekcjoner ścisnął pięści, przybijał ze wszystkimi piątki, a po chwili krzyczał w kierunku piłkarzy na boisku, jakby chciał im przekazać, że teraz najważniejsza będzie koncentracja i uspokojenie gry, by do przerwy nie stracić gola.

- Jeszcze jeden! - krzyknęli po chwili polscy kibice, których znowu było słychać bardzo wyraźnie. Tak samo, jak w doliczonym czasie do pierwszej połowy, kiedy na trybunach rozległy się gwizdy. Z polskich sektorów, tuż przed rzutem karnym, by zdeprymować Salem Al Dawsariego. Kiedy Wojciech Szczęsny obronił jego strzał, a po chwili jeszcze dobitkę, polska ławka rezerwowych znowu eksplodowała. Razem z Michniewiczem, który wcześniej, który krzyczał: - Brawo Wojtek, brawo Szczena!.

Ale wcześniej też stukał się w czoło i nie dowierzał, kiedy sędzia po konsultacji z VAR podyktował rzut karny. Ten może i był - Bielik kopnięciem w nogę rywala dał pretekst - ale to na pewno nie był dobry mecz brazylijskiego sędziego Wiltona Pereira Sampaio, który gwizdał mnóstwo fauli i w ogóle nie pozwalał na twardą grę. Rozdawał też mnóstwo kartek.

"Tym razem na pewno nie zgadniecie składu"

- Tym razem na pewno nie zgadniecie składu - zagadywał nas w piątek Michniewicz. Selekcjoner był bardzo tajemniczy. Na tyle, że dzień przed meczem nie przekazał składu nawet swoim piłkarzom, którzy o tym, kto zagra, dowiedzieli się dopiero kilka godzin przed wyjazdem na stadion. Do tego w piątek zawodnicy dostali też zakaz jakichkolwiek rozmów z dziennikarzami.

W porównaniu do meczu z Meksykiem z podstawowej jedenastki w sobotę wypadli Nicola Zalewski, Sebastian Szymański i Jakub Kamiński. Ale to nie wybory personalne, a ustawienie było chyba dla wszystkich największym zaskoczeniem.

Dotychczas Michniewicz starał się odwzorowywać taktykę rywali. Czyli jeśli ci grali czwórką w obronie, on też w ten sposób ustawiał swój zespół. I początek meczu wskazywał, że właśnie tak będzie. Tylko początek, bo po kilku minutach Polska przeszła na system z trójką obrońców w fazie ofensywnej i czwórką w fazie obrony. Do tego starała się grać bardzo szeroko, bo wahadłowi - w fazie ataku - Przemysław Frankowski i Matty Cash biegali tuż przy bocznej linii.

Michniewicz od razu spojrzał w tamtą stronę

Czy Polacy zaskoczyli tym rywali? Niekoniecznie. Prędzej chyba siebie. Przynajmniej na początku meczu, kiedy Saudyjczycy - podobnie jak w wygranym 2:1 spotkaniu Argentyną - starali się grać wysokim pressingiem. W pierwszej połowie trudno nam było przedostać się z piłką nie tylko na ich połowę - mieliśmy także problem, by zatrzymać ich na własnej stronie boiska. Nie minęło 20 minut, a trzech polskich piłkarzy - Kiwior, Cash i Milik - widziało już żółte kartki.

W drugie połowie, kiedy Saudyjczycy przeszli na system z trójką obrońców i dwójką napastników, było podobnie. Nadal byli mobilni, szybcy, rozgrywali piłkę na jeden lub dwa kontakty.

Trener Herve Renard się wściekał, domagał się co chwila kolejnych kartek, a Michniewicz tylko spokojnie stał przy linii i patrzył. Szary garnitur, czarne buty, biała koszula, szeroki uśmiech. Selekcjoner już przed meczem - kiedy pokazywały go kamery, jak przechodził przez tunel - był w dobrym nastroju.

Kiedy zaczął się mecz, Michniewicz od razu stanął przy linii i patrzył w stronę bramki rywali. Gdy w 8. minucie Saudyjczycy mieli rzut rożny, również tylko zerkał w stronę naszego pola karnego. Jakby czekał, że to nie tutaj, a po drugiej stronie boiska głównie będzie toczyć się gra. Problem w tym, że długo się nie toczyła. W zasadzie aż do gola Zielińskiego i asysty Lewandowskiego.

To był zupełnie inny doping

Luksusowe bentleye, mercedesy, jaguary. I wysiadający z nich szejkowie - tuż pod samym stadionem, gdzie od razu po wyjściu z samochodu pierwszą stopę stawiali na czerwonym dywanie. Tam czekała na nich specjalna eskorta, kelnerzy z tacami i lampką szampana. Na taki luksus mogli pozwolić sobie tylko nieliczni.

W sobotę przewaga na trybunach znowu była jednak po stronie naszych rywali. Widać to było już na ulicach - w drodze na stadion, w korkach, gdzie stało mnóstwo terenówek, a z okien i szyberdachów wyglądali arabscy kibice, wymachujący flagami, krzyczący i wzajemnie się nakręcający.

Ale na stadionie to był zupełnie inny doping. Nie tak skoordynowany i nie tak zróżnicowany, jak kilka dni temu u Meksykanów. I nie tak nastawiony negatywnie do Polaków, bo w sobotę nikt nie wybuczał polskich bramkarzy, którzy pojawili się na rozgrzewce. Ani tym bardziej Lewandowskiego, kiedy był przy piłce lub pojawił się na boisku przed meczem. Fakt, z trybun było słychać gwizdy, ale nie były one aż tak deprymujące i głośne, jak te podczas meczu z Meksykiem.

Do tego w sobotę mieszały się też z okrzykami polskich kibiców, których było słychać w trakcie meczu, ale także po meczu, kiedy żegnali kadrę Michniewicza brawami, a w tle leciała znana z polskich stadionów "Bałkanica", czyli "Będzie zabawa! Będzie się działo!". I niech się dzieje! Polska - Arabia 2:0!

Więcej o: