Plan Michniewicza wypalił. Zawiódł jeden zawodnik. Najważniejszy

Dawid Szymczak
To był mecz toczony w klinczu - Czesławowi Michniewiczowi o to chodziło, nie chciał dać się trafić, a wyprowadzanie własnych ciosów interesowało go tylko wtedy, gdy nie zwiększało ryzyka kontry. A gdy Robert Lewandowski mógł już trafić z karnego, wykonał go najgorzej w życiu i Polska bezbramkowo zremisowała z Meksykiem.

To była ta jedna okazja, na którą liczył Czesław Michniewicz, gdy kreślił tak defensywny i prosty plan na to spotkanie. Selekcjoner lubi swoim piłkarzom powtarzać, że każda drużyna ma w meczu przynajmniej jedną szansę na strzelenie gola - nieważne jak gra i jakich ma piłkarzy. Czasem przyśnie rywal, czasem coś niespodziewanie u niego zawiedzie albo nawet słabeuszowi wyjdzie jedna jedyna akcja. I kopiąca, a nie grająca w piłkę Polska, taką okazje z Meksykiem miała. Wymarzoną. Spadła jak z nieba. 

Zobacz wideo Tak meksykańscy kibice zareagowali na widok Lewandowskiego na stadionie w Katarze

To nie robot. To Robert 

Jakoś udało jej się dopchnąć piłkę w pole karne Meksyku, Lewandowski został sfaulowany i miał rzut karny. Idealną okazję do zdobycia pierwszej bramki na mundialu i zerwania z niegodnym napastnika tej klasy faktem. Od lat wykonuje te karne niemal bezbłędnie, wypracował nawet swój styl, w którym już samym podbiegnięciem do piłki oszukuje bramkarzy i spokojnie uderza ją w drugą stronę, niż się rzucają. Ostatnio jednak chybił w meczu Barcelony z Almerią. Wypadek przy pracy - machnęli ręką niemal wszyscy. Prędzej byśmy spodziewali się, że w kogoś dwa razy trafi piorun, niż że on nie wykorzysta drugiego karnego z rzędu. 

Nikt nie ma w tej kadrze takiego doświadczenia, nikt nie grał w ważniejszych meczach i nikt tyle, co on nie wygrał. Mierzył się już w sporcie niemal z każdym wyzwaniem. I niemal każdemu podołał. Zawodzi od święta, regularnością imponuje najbardziej. Był już podejrzewany o brak nerwów i bycie robotem. Ale to Robert, który akurat karnego na mistrzostwach świata jeszcze nie wykonywał. I najwyraźniej jemu też udzieliły się emocje. Na niego przez cały mecz Meksykanie gwizdali i buczeli najgłośniej. Nie mógł uderzyć od razu, sędzia kazał mu poprawić piłkę, a emocji tylko przybywało. Lewandowski odszedł od swojego stylu, nie zatrzymał się w charakterystyczny sposób, nie negocjował z bramkarzem wzrokiem, podbiegł zdecydowanie, ale uderzył tak, że Ochoa nawet nie musiał dokonać wielkiego cudu, by znów zostać bohaterem na mistrzostwach świata. To był bodaj najgorzej wykonany karny w życiu Lewandowskiego. Niestety - najważniejszy.

Jakkolwiek mógł się nie podobać pomysł Michniewicza na ten mecz, tak od tej akcji zależało, czy sprawdzi się w całości. Nie grać, a wygrać - to sztuka, choć trudno nad nią cmokać. A Polska była blisko, by tego dokonać. W pierwszym mundialowym meczu wreszcie nie zawiódł plan i cały zespół, ale raptem kilku zawodników - w tym ten, po którym najmniej byśmy się tego spodziewali, bo Lewandowski najczęściej Polskę ratował i wyciągał z opresji. Teraz miał jedynie zwieńczyć wątpliwe estetycznie dzieło. Ale selekcjoner gdzieś ma estetykę i chciał tylko trzy punkty. Ma jeden, który pozostawia niedosyt, ale pozwala odejść od mundialowego schematu grania kolejnych meczów o wszystko i o honor.

Kopaliśmy, nie graliśmy, a zwycięstwo było bardzo blisko

Szybko dało się wyczuć, że to spotkanie nie układa się w klasyczny pierwszy polski mecz na mundialu, ale w klasyczne spotkanie drużyny Michniewicza: reprezentanci nie wyszli na boisko zlęknieni ani zaspani, za to grą wraz z Meksykanami uśpili resztę świata. Kibiców trzymały emocje, bezstronnych ten mecz kołysał. Polska nie popełniła jednak prostych błędów już na początku, jak ze Słowacją, Senegalem, Ekwadorem czy Koreą, a trema nie wybiła z głów piłkarzy pomysłu, jaki miał na to spotkanie selekcjoner. Był to pomysł nieskomplikowany, czasami wręcz prymitywny: wywalczyć piłkę i kopnąć do przodu - Lewandowski, jeden z najlepszych piłkarzy świata, długo służył w tym meczu jedynie do odbijania piłki. Zalety Sebastiana Szymańskiego, niezłego technicznie pomocnika, sprowadzały się do zawziętej walki o piłkę. Potencjał Piotra Zielińskiego też został zamknięty w sztywnych taktycznych ramach. Kluczowa była za to rola Jakuba Kamińskiego, bo to on miał wbiegać za plecy całkiem wysoko ustawionych meksykańskich obrońców. We wskazane przez Michniewicza miejsce dotarł raz, Lewandowski podał mu piłkę, Polska miała rzut rożny. 

"Mexico, Mexico!" - wykrzyczane przez kibiców tuż po tej akcji było jak zaznaczanie kibicowskiej przewagi. Gdy Meksykanie zaczęli tupać, pojawiła się obawa, czy aby na pewno te kontenery, z których zbudowany jest stadion 974, są stabilne i to wytrzymają. Trybuna prasowa drżała, butelka wody tańczyła na stole. Ale tańca na boisku nie zobaczyliśmy. Ciekawych akcji, finezji i ambitnych pomysłów do przerwy było w tym meczu tyle, co pieszych na obrzeżach Dohy. Dominowała walka i bezpieczne pomysły. Po przerwie Polacy grali już nieco lepiej, przed karnym odważnie doskoczyli do Meksykanów. Niestety, efekt w postaci podyktowanej jedenastki nie przekonał ich, by takich akcji przeprowadzić więcej. Patrząc na końcówkę spotkania - bezbramkowy remis przyjęli z szacunkiem. Ten punkt wywalczyli, wyszarpali. I pewnie o ich fizycznych i wolicjonalnych zaletach napiszemy na tych mistrzostwach jeszcze nie raz. Co do składnych akcji - takiego przekonania nie mamy. 

Bez porażki. To już coś

Cała polska kadra pamięta mundialowe zwycięstwa jedynie w meczach o honor. Gdy reprezentacja ogrywała Portugalię na mistrzostwach świata w 1986, żadnego z obecnych zawodników nie było jeszcze na świecie. Całe ich życia usłane są porażkami w meczach otwarcia, meczami o wszystko i jedynie o honor. Od tej okropnej tradycji odeszli, a przecież gdzie nie przystawić ucha, tam słychać to samo: że pierwszy mecz jest najważniejszy z tysiąca powodów. Mówią tak polscy piłkarze i selekcjoner - w bardziej i mniej oficjalnych rozmowach, ale byli selekcjonerzy, którzy w otwarciach turniejów kręcili na siebie baty. To nie tylko polska fiksacja, bo ładnie o wadze tego meczu powiedział w poniedziałek Tata Martino, że wyznacza kierunek, w którym potoczy się dla ciebie turniej. A jednak wydaje się, że dla Polski - z racji doświadczeń chociażby - ten mecz znaczy jeszcze więcej. Koreę, Ekwador, Senegal i Słowację mamy boleśnie wyryte w sercach i głowach. Pierwszy mecz wydaje się dla nas turniejem samym w sobie. Tabela - to jedno, dalej są skrajności: pewność siebie szybuje albo zderza się z ziemią, podobnie jest z wiarą, atmosferą, przekonaniem. Meksykanie wierzą w klątwę piątego meczu, który nigdy dla nich nie nadchodzi - awansują z grupy, ale żegnają się w 1/8 finału. My mamy klątwę pierwszego meczu. Gdy przegrywamy, powstaje rana, ale też otwierają się te sprzed lat, zagojone tylko pozornie. Przez resztę mundialu boimy się bardziej, bo historia uczy nas, że trzeba się bać. Teraz kolejnej rany nie ma. Szkoda jednak, że zraniony nie został przeciwnik.

Więcej o: