Lewandowski bił brawo na stojąco. Plan Michniewicza wypalił

Chociaż w Rotterdamie mogliśmy spodziewać się srogiego lania od Holendrów, to reprezentacja Polski nie tylko wywalczyła cenny remis 2:2, ale też pokazała, że jest w stanie zareagować na bolesną porażkę sprzed kilku dni. Na De Kuip było też kilka dobrych momentów, którym na stojąco brawo bił Robert Lewandowski.

Tuż przed podyktowaniem rzutu karnego dla Holandii Czesław Michniewicz tylko złapał się za głowę z podziwu dla Łukasza Skorupskiego, który w kapitalny sposób obronił uderzenie z pola karnego. Chwilę później selekcjoner ze zwieszoną głową usiadł na ławce rezerwowych, bo do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Memphis Depay.

Zobacz wideo Holandia - Polska. Oceniamy Polaków po meczu [SPORT.PL LIVE #26]

Holender do uderzenia zbierał się jednak tak długo, że Michniewicz znów stanął przy linii. I kiedy Depay nie strzelił gola, selekcjoner podskoczył ze szczęścia i zaczął krzyczeć do swoich zawodników.

Emocje Michniewicza w ostatnich minutach najlepiej oddają huśtawkę nastrojów, jaką w sobotę zafundowała nam reprezentacja Polski. W meczu w Rotterdamie mogliśmy być dumni, gdy prowadziliśmy 2:0. Wściekli, gdy łatwo oddaliśmy prowadzenie. Zdenerwowani, gdy Holendrzy z wielką determinacją szukali trzeciego gola.

Najważniejsze jednak, że na końcu możemy być zadowoleni, bo reprezentacja Polski wywiozła z Rotterdamu cenny remis po meczu, w którym dobrych chwil i pozytywów w grze naprawdę nie brakowało.

Lekcja, która nie okazała się brutalna

- Naszym celem na Ligę Narodów było utrzymanie się w najwyższej dywizji. Chcemy zostać wśród 12 zespołów, które grają na tym poziomie. Jesteśmy na bardzo dobrej drodze, by ten cel osiągnąć. Porażka z Belgią niczego nie zmienia - mówił w piątek po południu Michniewicz.

I dodał: - Do mundialu zostały nam cztery mecze i 13 treningów. Część młodych zawodników, którzy pojadą na mistrzostwa świata, będą mieli na koncie raptem kilka meczów w kadrze. Kiedy mają się ogrywać na wysokim poziomie, jeśli nie teraz?

W porównaniu do meczu w Brukseli selekcjoner dokonał ich aż ośmiu. W wyjściowej jedenastce ostali się jedynie Jan Bednarek, Grzegorz Krychowiak i Piotr Zieliński. Mecz w Rotterdamie miał być dla zmienników nie tylko szansą pokazania się Michniewiczowi, ale też - a może przede wszystkim - lekcją.

Lekcją gry z zespołem na najwyższym poziomie. Lekcją wytrzymania tempa, skutecznej defensywy, chwil oddechu poprzez utrzymanie się przy piłce i szukania szans w kontrataku przeciwko zespołowi bezującemu przede wszystkim na ofensywie. Lekcja ta nie okazała się jednak aż tak brutalna, jak mogliśmy przypuszczać. Polacy zagrali zaskakująco dobrze, a pozytywny wynik i dwa strzelone gola pokazują, że zadowalających momentów nie brakowało.

Bez zagrożenia do przerwy

Chociaż Holendrzy, jak na swoje możliwości, w ostatnich latach przeżywali słabsze chwile, to wciąż są 10. drużyną rankingu FIFA. W zeszłym tygodniu zespół Louisa van Gaala rozbił na wyjeździe Belgię 4:1. Belgię, z którą silniejszy skład Michniewicza przegrał aż 1:6.

Jeśli jednak polscy kibice obawiali się, że mecz w Rotterdamie skończy się taką samą katastrofą jak ten w Brukseli, to po pierwszej połowie mogli być dużo spokojniejsi. Zmiennicy nie spanikowali i w pierwszej połowie do minimum ograniczyli Holendrom możliwości w ataku.

Oczywiście to gospodarze zdecydowanie dłużej posiadali piłkę, i to oni chcieli nadawać tempo grze. Chcieli, ale kompletnie im to nie wychodziło. Piłkarze van Gaala, tak samo jak Belgowie, miejsca w ataku pozycyjnym szukali przede wszystkim w środku. Holendrzy nie mieli jednak w składzie piłkarza jak Kevin De Bruyne, który w zaskakujący sposób potrafił rozrywać naszą obronę.

Polacy grali tak, jak na piątkowej konferencji zapowiadał Jan Bednarek. Zawodnicy Michniewicza byli bardzo blisko siebie, mądrze i szybko się przesuwali, nie zostawiając Holendrom miejsca na zagranie piłki między linie. A nawet jeśli już im się to udawało, to para naszych stoperów: Bednarek - Jakub Kiwior zawsze była tam, gdzie powinna być. Dość powiedzieć, że przed przerwą Holendrzy tylko raz poważnie zagrozili bramce Łukasza Skorupskiego.

Holandia wolna i przewidywalna

Inna sprawa, że Holendrzy w sobotę długo nie byli sobą. Zespół van Gaala grał wolno, przewidywalnie, często bardzo niedokładnie. Gospodarze w niczym nie przypominali zespołu, który kilka dni temu rozbił na wyjeździe Belgów.

Holendrom daleko było też do naszych ostatnich rywali. Ci nie tylko utrzymywali się przy piłce, ale też robili wiele kilometrów bez niej. Belgowie dawali sobie szansę na rozerwanie naszej defensywy, Holendrzy liczyli na zdecydowanie prostsze środki.

Patrząc na grę drużyny van Gaala momentami można było przecierać oczy ze zdumienia. Słynący z szybkiej, płynnej gry Holendrzy momentami przypominali zespoły, które na co dzień obserwujemy w ekstraklasie. Brak ruchu w ofensywie powodował, że nasi rywale bardzo często używali dośrodkowań i długich podań za plecy obrońców. A to w sobotę było zdecydowanie za mało, by zaskoczyć dobrze ustawiony zespół Michniewicza.

Lewandowski i tysiące kibiców mogli być zadowoleni

Gra naszej drużyny podobała się Robertowi Lewandowskiemu. Kapitan naszej reprezentacji, który w sobotę usiadł na trybunach, energicznie reagował na to, co działo się na boisku.

Lewandowski na stojąco oklaskiwał gole Matty'ego Casha i Piotra Zielińskiego. Kiedy stojący obok niego pozostali reprezentanci Polski usiedli już na krzesełkach, Lewandowski wciąż stał, bił brawo i z uznaniem kręcił głową.

Napastnik Bayernu miał też podzielną uwagę. Lewandowski nie tylko obserwował mecz, ale też co kilka minut machał nawołującym go polskim kibicom. A tych w Rotterdamie było mnóstwo.

Już przed meczem na mieście widać było, że na stadionie Feyenoordu pojawią się tysiące polskich kibiców. Przed spotkaniem PZPN poinformował nawet, że osoby w biało-czerwonych barwach będą mogły wejść na sektory neutralne mimo wcześniejszego zakazu.

Dzięki temu De Kuip w sobotę wieczorem było biało-czerwono-pomarańczowe. Stwierdzenie, że na trybunach polskich kibiców było minimalnie mniej, nie będzie żadną przesadą. Tak samo jak to, że nasi fani byli zdecydowanie głośniejsi od gospodarzy. Już od pierwszej minuty na stadionie słychać było głównie polskie przyśpiewki ze słynnym "Polacy, gramy u siebie" na czele.

Sześć minut nie złamało Polaków

"Jeszcze jeden, jeszcze jeden" - niosło się po De Kuip na kwadrans przed końcem meczu. Polscy kibice zachęcali zawodników Michniewicza do jeszcze odważniejszych ataków. Jeszcze, bo mimo że w ciągu raptem sześciu minut Polacy stracili dwubramkowe prowadzenie, to tym razem się nie załamali.

W sobotę nasza drużyna odpowiednio zareagowała na stracone gole. W Brukseli po bramce na 1:2 zespół Michniewicza stanął, prosząc się o kolejne gole. W Rotterdamie, choć z 2:0 szybko zrobiło się 2:2, Polacy podjęli rękawicę. Dzięki temu zobaczyliśmy fragment meczu, który na pewno ucieszył Michniewicza.

Po spotkaniu z Belgią selekcjoner mówił, że chce, by jego drużyna nie tylko się broniła, ale też starała się utrzymywać przy piłce i zagrażać tak silnemu przeciwnikowi w ataku pozycyjnym. Chociaż tego wiele nie było, to momentów dobrej, otwartej gry nie brakowało.

Takiej wymiany ciosów nikt nie mógł się spodziewać. Im bliżej było meczu, tym Holendrzy coraz bardziej się otwierali. Gospodarze grali i przemieszczali się szybciej, używając nie tylko środka, ale przede wszystkim skrzydeł. Dość powiedzieć, że akcje bramkowe gospodarzy zaczęły się właśnie w bocznych sektorach boiska.

Na coraz odważniejszą grę Polacy nie reagowali jednak z paniką. Piłkarze Michniewicza nie cofnęli się pod własne pole karne i nie wykopywali piłki byle gdzie. Reprezentacja Polski miała pomysł nie tylko na utrzymanie się przy niej, ale też na tworzenie niezłych akcji ofensywnych.

Mimo że w ostatnich minutach Holendrzy mocno zepchnęli nas do defensywy, a przy strzale Depay'a z karnego dopisało nam szczęście, to odbiór sobotniego meczu może być bardzo pozytywny. Reprezentacja Polski bardzo dobrze zareagowała na klęskę w Brukseli i dała nadzieję, że wtorkowy rewanż na Stadionie Narodowym nie musi być równie bolesny.

Więcej o: