Belgowie pokazali Polakom miejsce w szeregu. Glik od razu uciekł do szatni

Bartłomiej Kubiak
"To czas diabła. To czas jego płomienia" - straszyły najpierw reklamy na stadionie w Brukseli. A później zaczęli straszyć belgijscy piłkarze, którzy w środę pokonali reprezentację Polski w Lidze Narodów aż 6:1.

- Chcemy popracować indywidualnie. Pokazać zawodnikom nie tylko, w jaki sposób możemy budować akcje w ataku pozycyjnym, ale też jak się przed nimi bronić. Ważne są dla nas ścieżki ruchu i dobre ustawienie. Pokazujemy zawodnikom, jak mogą sobie pomagać poprzez ruch, wyjście na wolną pozycję i szukanie przestrzeni. Chcemy, żeby wszyscy piłkarze w jednym momencie myśleli tak samo. Temu poświęcone były nasze zajęcia - tłumaczył po piątkowym treningu Czesław Michniewicz.

Zobacz wideo "Nikt z Bayernu nie dzwonił. Lewandowski nie miał pretensji". Rozmowa z Jakubem Kwiatkowskim

Marcin Wasilewski w Brukseli"Czołg", "Bestia", Bizon". Wasilewski w Anderlechcie wciąż jest legendą. To widać

Selekcjoner zrobił wtedy oddzielny trening dla piłkarzy ofensywnych i defensywnych. I choć ta druga sesja była krótsza, to w środę w Brukseli okazała się bardziej przydatna. I to już od pierwszych minut.

- Podejdźcie wyżej - zadawało się, że krzyknął w kierunku środkowych obrońców w 9. minucie Grzegorz Krychowiak. Kamil Glik i Jan Bednarek od razu ruszyli wtedy do przodu. Zresztą podobnie było jeszcze wcześniej, zaraz po rozpoczęciu meczu, kiedy piłkę przy nodze na własnej połowie miał Eden Hazard. Widać było, że szuka dalekiego podania, a jego koledzy z drużyny wolnych przestrzeni. Ruszyli do przodu, ale wtedy zareagowała także cała polska linia obrony, która niemal skleiła się z linią pomocy, zostawiając przez chwilę kilku Belgów na spalonym, a także wymuszając ich ruch powrotny w kierunku środka.

Martinez najpierw złapał się za głowę

Żeby to jednak może od razu dobrze wybrzmiało: w środę wcale tak dużo polskim piłkarzom nie wychodziło. Ale trudno, żeby wychodziło, skoro rywal też był z najwyższej półki. Belgia to obecnie druga drużyna w rankingu FIFA, z lepszą do mistrzostw świata w Katarze już nie zagramy. Różnica w wyszkoleniu technicznym - szybkości podań, ale też szybkości myślenia, kreatywności - była widoczna gołym okiem.

Ale to akurat żadne zaskoczenie. Wiedział to każdy. Michniewicz mówił wprost, że spodziewa się Belgii, która z łatwością będzie dochodziła do sytuacji bramkowych. No i dochodziła, choć my też mieliśmy momenty. Ale doskonały - tylko jeden. W 28. minucie, kiedy Robert Lewandowski najpierw wywalczył aut, a po chwili kapitana reprezentacji w polu karnym pięknym podaniem wypatrzył Sebastian Szymański.

Selekcjoner Belgów po stracie bramki najpierw złapał się za głowę, a po chwili machnął ręką. Chyba nawet nie tyle podobała mu się akcja Lewandowskiego, ile był zły na zachowanie Yannicka Carrasco, który złamał linię spalonego.

Lewandowski z urazem tuż przed Belgia - Polska, ale Michniewicz uspokajaLewandowski z urazem tuż przed Belgia - Polska, ale Michniewicz uspokaja

Przede wszystkim precyzja

Martinez był wtedy zły, Michniewicz wręcz przeciwnie - bił polskim piłkarzom brawo tak głośno, że było je słychać nawet na trybunie prasowej. Zresztą ich akcja wyglądała na wypracowaną i zaplanowaną, o czym świadczy reakcja selekcjonera. Ale nie tylko, bo też ostatnie treningi, na których Michniewicz dokładnie analizował Belgów. Robił to nie tylko na odprawach w hotelu, ale też na wielkim telebimie w trakcie treningów.

Michniewicz doskonale wiedział, że belgijscy obrońcy mają z tyłu problemy z szybkością działania. Że nie są tak zwrotni. Że pod ich bramką nawet nie tyle kluczowy będzie pressing i siła fizyczna, ile precyzja i szybkie granie. I świadczy o tym nie tylko sytuacja bramkowa, ale też wcześniejsza - z 22. minuty, kiedy selekcjoner Polski był wściekły, jak po odbiorze piłki i szybkim rozegraniu zabrakło tej precyzji Piotrowi Zielińskiemu - po wcześniejszym podaniu od Szymańskiego zagrał piłkę za mocno wzdłuż bramki w kierunku Jakuba Kamińskiego.

Najpierw było ich czterech, później sześciu

- W meczu Belgii z Holandią grał system na system, czyli trójka obrońców i wahadłowi na wahadłowych. Czy my też tak zagramy? Jeszcze się zastanawiamy. Ale żeby to zrobić, musimy wykreować lewego stopera - mówił na początku tygodnia Michniewicz.

Selekcjoner od początku pracy z kadrą szuka lewonożnego stopera. Szczególnie do systemu z trójką obrońców, gdzie ten ustawiony jako pół-lewy zgodnie z kanonami taktyki powinien być właśnie lewonożny. A takich piłkarzy w kadrze brakuje. W tej chwili jedynym lewonożnym stoperem jest Marcin Kamiński. Obrońca Schalke zagrał w kadrze siedem meczów. Ostatni blisko cztery lata temu - w Gdańsku z Czechami (0:1), jeszcze za kadencji Jerzego Brzęczka.

W środę Kamiński nie znalazł się nawet na ławce. Wraz z innymi 12 zawodnikami został odesłany na trybuny, a Michniewicz nie kombinował z ustawieniem. Trzeci raz z rzędu - po marcowym meczu ze Szwecją (2:0) i przed tygodniem z Walią (2:1) - spotkanie z Belgią rozpoczął w ustawieniu z czwórką obrońców. 

Na dziś wydaje się ono optymalne, choć selekcjoner lubi powtarzać, że nie przywiązuje do tego aż tak dużej wagi. Zresztą widać to w trakcie meczów, kiedy lubi je zmieniać. W środę było podobnie. No, może z tą różnicą, że te zmiany wymuszała dobrze grająca Belgia, która spychała nas do defensywy, a nie my sami. Bo były w tym meczu fragmenty, w których broniliśmy nie czwórką, a szóstką obrońców. W systemie 6-3-1, gdzie boczni pomocnicy stawali się bocznymi obrońcami. A boczni obrońcy schodzili wtedy bliżej środka albo podwajali krycie w bocznych sektorach, skąd często atakowali Belgowie.

"To czas diabła. To czas jego płomienia"

"To czas diabła. To czas jego płomienia" - straszyły reklamy na stadionie Króla Baudouina I, czyli dawnym Heysel, który od wielu lat jest domem reprezentacji Belgii. To stosunkowo duży obiekt, może pomieścić 50 tys. widzów, ale jest też już przestarzały.

To jednak nie stadion w środę miał straszyć, a piłkarze Belgii - właśnie "Czerwone Diabły" - których od ośmiu lat nazywa się także "złotym pokoleniem". I choć w ostatnich dniach nastroje wokół kadry Belgii nie były najlepsze, to w środę Michniewicz zobaczył, że do tego "złotego pokolenia", które na ostatnich mistrzostwach świata zajęło trzecie miejsce - przegrało w półfinale z Francją, czyli późniejszym triumfatorem - brakuje nam wiele.

- Dobrze, że taka porażka przytrafiła nam się teraz, bo mamy czas, by naprawić swoje błędy - próbował tłumaczyć Martinez piątkową wpadkę z Holandią (1:4). Te tłumaczenia nie przekonały tutejszych mediów. Wytykały one Martinezowi, że to za jego kadencji była najwyższa przegrana przed własną publicznością i już czwarta w ciągu niespełna roku.

Po środowym meczu wytykać nie ma za bardzo czego. Belgia udanie zrewanżowała się za piątkową wpadkę z Holandią. Choć od 28. minuty przegrywała z Polską, ostatecznie wygrała aż 6:1. A my schodziliśmy z boiska przybici i wściekli. Przede wszystkim przybici. Choć obrazek jak Kamil Glik ucieka do szatni ze spuszczoną głową i nie chce z nikim przybijać piątek, jest dobrym podsumowaniem tego meczu w naszym wykonaniu.

Więcej o: