Dachy, trumny i puste ulice. Tak równo 10 lat temu zaczynało się Euro 2012 w Polsce

Łukasz Jachimiak
- Niech już się zacznie, bo idzie zwariować - niecierpliwił się trener Franciszek Smuda. A polscy kibice odpowiadali na materiał BBC, w którym były reprezentant Anglii Sol Campbell mówił tak: "Nie jeźdźcie na Euro do Polski i Ukrainy, bo możecie wrócić w trumnach". Równo 10 lat temu Warszawa stała się najważniejszym na świecie piłkarskim miastem.

Pięć lat przygotowywaliśmy się do czegoś, co miało się nie udać. No bo jak to możliwe, żeby największy po piłkarskim mundialu i letnich igrzyskach olimpijskich turniej sportowy dobrze zrobiły niezbyt bogata Polska i po prostu biedna Ukraina? A jednak zrobiły. Jednak przyszedł dzień, gdy w końcu przestaliśmy wyliczać, co z obiecanych inwestycji zrobiono, a z czym nie zdążono.

Zobacz wideo Dlaczego piłkarze tak dużo zarabiają?

8 czerwca 2012 roku liczył się już tylko mecz Polska - Grecja. Stadion Narodowy, godzina 18.00 - ostatnie godziny odliczaliśmy z nadzieją, że nasi piłkarze spiszą się chociaż nie gorzej niż organizatorzy turnieju.

Baliśmy się, że dach pomoże Grekom

"Godzina 10.41. Coraz więcej kibiców w okolicach Centralnego. Polacy z pomalowanymi twarzami i w biało-czerwonych strojach skandują: "Polska! Do boju!". Przybysz z Rosji odpowiedział: "Russkije wpieriod!", i na wszelki wypadek odszedł, żeby ich nie drażnić. Dziennikarze telewizji Al-Dżazira, która ma studio na dachu pobliskiego Marriotta, cierpliwie przepytują co bardziej kolorowo ubranych kibiców" - to fragment z relacji, jaką prowadziła tamtego dnia stołeczna edycja "Gazety Wyborczej".

"Na dachu Dworca Śródmieście powiewają tzw. chwieje - kilkumetrowe nadmuchiwane rurkowe ludziki. Zainstalował je tam jeden ze sponsorów Euro - sieć barów McDonald’s. Dworzec jest cały opakowany w jej reklamę" - czytamy dalej.

W tamtym czasie swoje studio na innym dachu - fabryki Wedla tuż pod Stadionem Narodowym - przygotowywała TVP. A o jeszcze innym dachu debatowali wybitni fizjologowie.

- Zasunięty dach przy wysokiej temperaturze i wilgotności może grozić hipoksją, czyli niedoborem tlenu w tkankach. Obawiam się, że Grecy lepiej zaadaptują się w tych warunkach - mówił Ryszard Szul. - Rozmawiałem z ten temat z prof. Jerzym Żołądziem [pracował m.in. z Adamem Małyszem - red.]. Pytał mnie o prognozy przedmeczowe, obstawiliśmy wynik, a później dyskutowaliśmy o przygotowaniu kondycyjnym piłkarzy - opowiadał Szul znany m.in. ze współpracy z trenerem Smudą w Wiśle Kraków.

Nie zaśpiewała Górniak, nie było też "Koko Euro spoko"

O tym, że dach na Stadionie Narodowym będzie zasunięty, zdecydował reżyser ceremonii otwarcia, Włoch Marco Balich. Jego spektakl to była przede wszystkim gra światłem, co widoczne mogło być jedynie w półmroku.

Ten spektakl zaczął się trochę po godzinie 17. Po nim "Mazurka Dąbrowskiego" nie zaśpiewała ani Edyta Górniak, ani Jarzębina, czyli ludowa grupa śpiewaczek, która tuż przed Euro niespodziewanie wygrała konkurs na polski hymn turnieju. Wygrała piosenką "Koko Euro spoko". Ale tego utworu też nie zaprezentowała. Z oficjalnym hymnem Euro 2012 "Endless summer" wystąpiła za to niemiecka wokalistka soulowa Oceana. A hymny narodowe Polski i Grecji odśpiewał Chór Akademicki Uniwersytetu Warszawskiego. I wreszcie się zaczęło.

Byliśmy w raju. "Nie widać żywej duszy"

W 17. minucie spektaklu, na który tamtego dnia wszyscy czekaliśmy, Jakub Błaszczykowski dośrodkował w pole karne, a Robert Lewandowski głową trafił do greckiej bramki. 57 tysięcy widzów na trybunach oszalało ze szczęścia. A 150 tysięcy ludzi w strefie kibica pod Pałacem Kultury i Nauki krzyczało z radości tak głośno, że musiała ich słyszeć cała reszta Warszawy, która do największej fanzony już się nie zmieściła.

 

W tamtym momencie wydawało się, że dla naszej kadry, która rodziła się w bólach, przyszedł czas chwały. Że drużyna Smudy zanotuje okazałe zwycięstwo nad drużyną mistrzów Europy sprzed ośmiu lat. Że może dla Polaków nie ma sufitu czy - pozostańmy w temacie tamtego dnia ważnym - dachu nad głowami. Że sky is the limit.

"Godzina 18.49. Saska Kępa wygląda jak wymarła. Nie widać żywej duszy. Pusta Trasa Łazienkowska i Wał Miedzeszyński" - znów zaglądamy do relacji na żywo z tamtego dnia przeprowadzanej przez "Gazetę Wyborczą Stołeczną".

O 18.49 zaczynała się przerwa. Polska prowadziła 1:0, a przewagę miała tak dużą, że i na 3:0 dla nas Grecy nie mogliby narzekać. Strzelenie kolejnych goli przez Lewandowskiego albo jego kolegów jawiło się nam jako kwestia czasu. W 44. minucie drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną, dostał Sokratis Papasthathopoulos i przegrywający Grecy grali w osłabieniu. Nie mogło być lepiej!

Smuda wybaczał zazdrośnikom. A później podobno strasznie się bał

- Wybaczam wam. Tym wszystkim, którzy przez ponad dwa lata rzucali we mnie kamieniami. Złośliwcom, zazdrośnikom, krytykantom. Oddaję wam na imprezę życia reprezentację, w którą włożyłem całe swoje serce i zdrowie - mówił tego dnia trener Smuda w "Gazecie Wyborczej".

Jeśli ktoś sięgnął po wywiad w przerwie meczu, był zachwycony i pewnie myślał, że Smuda znów - jak kiedyś z Widzewem, którego wprowadzał do Ligi Mistrzów - czyni cuda.

W polskich domach przed telewizorami siedziało wtedy ponad 15 milionów ludzi już niemal pewnych wielkiego zwycięstwa. I nagle zepsuto im zabawę. Chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy gola na 1:1 strzelił Dimitris Salpingidis. To była 51. minuta. Nie wiadomo dlaczego, nasi piłkarze wyszli z szatni bez animuszu. Po latach od niektórych dało się usłyszeć, że Smuda się wystraszył i prosił zawodników, by uspokoili tempo i próbowali tylko obronić niewielką przewagę. Podobno takie wskazówki szokowały, bo budując kadrę na Euro trener powtarzał, że ma grać odważnie. I zdania nie zmieniał nawet, gdy była bita przez najlepszych wówczas na świecie Hiszpanów i przegrała ten mecz aż 0:6.

Kto sobie zrobił krzywdę widelcem

W drugiej połowie meczu z Grekami obudziliśmy się z pięknego snu, bo nasi piłkarze poszli spać. Gdyby nie Przemysław Tytoń, pewnie przegralibyśmy tamten mecz. W 69. minucie czerwoną kartkę dostał Wojciech Szczęsny i Grecy mieli rzut karny. Wprowadzony na boisko Tytoń obronił strzał kapitana rywali Giorgosa Karagounisa. I został niespodziewanym bohaterem. Bo ten odbity karny to był właściwie już koniec emocji. Po temperaturze wrzenia nagle przyszedł zimny prysznic.

"Zanim zaczęliśmy umierać ze strachu, było wspaniale. Po erze mitycznej drużyny Kazimierza Górskiego nasi w pierwszym meczu nie wbili gola nigdy, a w piątek nie tylko go wbili, ale do przerwy sprawiali wrażenie, że podołali wyzwaniu. Że nie struchleli. Wreszcie. Ilekroć w XXI wieku wybierali się na mundial lub Euro, okazywali się niegotowi ani technicznie, ani taktycznie, ani fizycznie, ani psychicznie. W Korei, Niemczech i Austrii wyglądali na zalęknionych parobków, którzy zostali wrzuceni przypadkiem do eleganckiej sali balowej i wolą nie chwytać widelca, by nie wyrządzić sobie krzywdy" - pisał w pomeczowej relacji dziennikarz "Wyborczej" Rafał Stec.

I zauważał: "Wszyscy od rana czuliśmy, że dzieje się coś, co za naszego życia może się już nie powtórzyć. Czas płynął wolniej niż zwykle, każdy detal zdawał się mieć najdonioślejsze znaczenie. Gdy znienacka zrobiło się upalnie, pomyśleliśmy, że pogoda postanowiła sprzyjać rywalom; gdy usłyszeliśmy o meczu pod dachem, obawialiśmy się duchoty nie do zniesienia; gdy spadł deszcz, zastanawialiśmy się, czy niebo płacze nad przyszłym losem Polaków, czy Greków".

Zepsute urodziny. I to podwójne

Wielka szkoda, że tamten wyjątkowy dzień kończył się aż takim niedosytem. UEFA twierdziła, że największy czują Kamil Grosicki i Marcin Wasilewski, urodzeni odpowiednio 8 i 9 czerwca. Ze specjalnego tekstu poświęconego 24-letniemu pomocnikowi i 32-letniemu obrońcy wynikało, że żaden nie potrafił świętować.

- Nie wiem dlaczego w drugiej połowie poszliśmy spać - mówił dla UEFA Wasilewski. A Grosicki opowiadał, że jest rozczarowany najbardziej tym, że w jego urodziny uciekło zwycięstwo, ale również i tym, że kiedy miał wchodzić na boisko, to Szczęsny dostał czerwoną kartkę, wobec czego koniecznością było wprowadzenie Tytonia. Grosicki wrócił więc na ławkę rezerwowych i nie miał okazji pomóc drużynie.

"Po co toczyć wojny?". Wygraliśmy więcej niż mecz

"Godzina 21. Ostatni kibice opuszczają stadion. Nie słychać śpiewów ani okrzyków radości. Miny raczej poważne. Część z nich robi pożegnalne zdjęcia pod stadionem" - jeszcze raz zaglądamy do zapisu wydarzeń z tamtego dnia. Dnia, po którym wszyscy szliśmy spać z poczuciem, że było pięknie, ale ktoś nam to zepsuł. Sportowo, bo tak po ludzku mieliśmy święto.

- Nie do wiary! Nowiutką autostradą dojechaliśmy do Warszawy, prawie 1,2 tys. kilometrów w osiem godzin! - mówiła w "Gazecie Wyborczej" Anna Sarapuk, która - jak czytamy - na mecz otwarcia przyjechała z Monachium z przyjaciółmi Grekami: Antoniosem Tulatosem, Gerasimulą Grigorakis i Efthimiosem Vukelatosem. Wszyscy mieli na sobie szaliki po połowie biało-czerwone i niebiesko-białe.

Gerasimula mówił: - Mówi się dużo, że Polska się zmienia, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Warszawa jest piękna.

Inna Greczynka, Nikoletta: - Wiesz, dlaczego lubię piłkarskie mistrzostwa? Bo pokazują, jak Europa się zmienia na lepsze. Ludzie lubią konfrontacje i to się nigdy nie zmieni. Tylko po co traktować wszystko na poważnie, kłócić się, toczyć wojny, skoro można sobie pokrzyczeć, kibicując swoim w turnieju? A potem pójść razem na imprezę".

To były najlepsze odpowiedzi na bardzo mocny materiał BBC wyemitowany kilka dni wcześniej. "Jeśli chce się organizować takie turnieje, najpierw trzeba rozwiązać problemy wewnętrzne. Dopóki dany kraj nie zrobi ogromnego postępu, nie zasługuje na organizację mistrzostw" - mówił 73-krotny reprezentant Anglii Sol Campbell w filmie o rasizmie w Polsce i na Ukrainie. - Nie jeźdźcie na Euro do Polski i Ukrainy, bo możecie wrócić w trumnach - apelował do swoich rodaków.

Cóż, na szczęście kompletnie nie miał racji. Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie było pięknym świętem. Nawet jeśli obaj gospodarze odpadli już w fazie grupowej.

Więcej o: