Michniewicz wściekł się na reprezentanta Polski. Złość i nerwy w 23. minucie. Polska kadra ma nowy zwyczaj

Bartłomiej Kubiak
"Freed From Desire" - to nowy dżingel puszczany po bramkach reprezentacji Polski. W środę we Wrocławiu usłyszeliśmy go kilka razy, bo raz przed meczem, dwa razy w trakcie i jeszcze raz tuż po wygranym 2:1 spotkaniu z Walią. Ale w meczu inaugurującym tegoroczną edycję Ligi Narodów było też trochę nerwów, niepokoju i ciszy polskich kibiców na trybunach.

"My chcemy gola!" - krzyknęli polscy kibice na stadionie we Wrocławiu na początku drugiej połowy. Po raz drugi, bo domagali się bramki już w 18. minucie. A później w 68., kiedy Polska przegrywała z Walią 0:1, bo zaraz po przerwie debiutującego w środę w dorosłej reprezentacji Kamila Grabarę sprytnym strzałem sprzed pola karnego pokonał Jonathan Williams.

Zobacz wideo Grosicki odbył szczere rozmowy z Michniewiczem. "Jak nie będzie szło, to mam wejść"

Robert Lewandowski i hiszpański dziennikarz pod hotelem kadryNajpierw Hiszpanie, teraz Brytyjczycy. Trwa zamęt wokół Lewandowskiego

Walijscy kibice, których od początku tygodnia było całkiem sporo na Dolnym Śląsku i którzy też byli głośni i widoczni w trakcie meczu, zaczęli świętowanie właśnie w 52. minucie. Polscy, których było na stadionie znacznie więcej, bo około 35 tys., wyraźnie po bramce dla gości przycichli. Długo byli jednak cierpliwi i specjalnie nie narzekali - w środę gwizdów na grę reprezentacji Polski we Wrocławiu praktycznie nie było. A ta kibicowska cierpliwość się opłaciła.

"Tylko zwycięstwo!" - krzyknęły ożywione w końcu trybuny w 74. minucie. Polska już wtedy remisowała 1:1, bo wyrównującego gola chwilę wcześniej strzelił rezerwowy Jakub Kamiński. Czesław Michniewicz miał zresztą w środę nosa do zmian, bo w 85. minucie zrobiło się 2:1 po golu innego rezerwowego - Karola Świderskiego, który zmienił Adama Buksę.

Słowa, które miały znaczenie

- Gramy wąsko, ale nie za wąsko - sygnalizował piłkarzom Czesław Michniewicz na wtorkowym treningu. Selekcjoner zaznaczył to wyraźnie już na początku gry na skróconym polu. Ale wtedy wychwycenie tej wskazówki nie zrobiło na nas aż tak dużego wrażenia. Tym bardziej, że tego typu komendy na treningach to coś normalnego. Padają często i jest ich mnóstwo.

W środę okazało się jednak, że to była wyjątkowo przemyślana i istotna komenda. Polacy, którzy mecz przeciwko Walii rozpoczęli w ustawieniu 4-3-1-2, faktycznie starali się grać wąsko. A szczególnie w fazie obrony, kiedy dopuszczali rywali do dośrodkowań z bocznych sektorów. Najczęściej - Daniela Jamesa, który co prawda grał w ataku, ale schodził do lewej strony, skąd próbował dorzucać piłkę.

Ale właśnie z akcentem na "próbował", bo Polacy udanie zagęszczali środek pola i własne pole karne przy jego wrzutkach. Jakby cały czas w głowie mieli to, co we wtorek usłyszeli od Michniewicza.

Kibice kadry Polski na meczu Polska - WrocławPrzeraźliwe gwizdy kibiców reprezentacji Polski. Walijczycy oberwali za klękanie

Przecież to jest prosta rzecz

Michniewicz znany jest z tego, że potrafi umiejętnie przygotować drużynę pod danego rywala. W środę na początku spotkania też sprawiał wrażenie, że wszystko na boisku jest pod kontrolą. A przynajmniej nie było po nim widać żadnych nerwów. Przechadzał się wzdłuż boiska z rękami założonymi za siebie, nie denerwował się nawet po prostych stratach. Do czasu...

- Przecież to jest prosta rzecz, trzeba tylko dokładnie przyjąć piłkę - gdyby spróbować opisać reakcję selekcjonera z 23. minuty, to prawdopodobnie wyglądałaby ona właśnie tak. Po Michniewiczu po raz pierwszy widać było wtedy negatywne emocje. Złość i nerwy. Konkretnie na Tymoteusza Puchacza, który w pozornie prostej sytuacji blisko środkowej linii boiska nie potrafił przyjąć piłki po podaniu Jacka Góralskiego.

Gdzie jest lewonożny obrońca?

Jeszcze w poniedziałek wydawało się, że bliżej występu na lewej obronie jest Kamil Pestka, a nie Puchacz. Dla obrońcy Cracovii środowy mecz z Walią miał być debiutem w seniorskiej reprezentacji. Miał wystąpić od początku, ale plany selekcjonera zmieniły się po pierwszym treningu, jeszcze tym w Warszawie.

Pestka w środę nawet nie miał okazji błysnąć, bo Michniewicz nie wpuścił go na boisko. Ale Puchacz też nie zagrał na tyle dobrego meczu, by po spotkaniu z Walią napisać, że poszukiwania lewonożnego obrońcy na pozycję wahadłowego można uznać za zakończone. Owszem, Puchacz zaliczył asystę przy bramce Kamińskiego, ale wcześniej wielokrotnie popełniał błędy.

Dżingel poleciał dwa razy

Gala - "Freed From Desire". To słynna piosenka na Wyspach Brytyjskich i wielu stadionach piłkarskich, gdzie bardziej znana jest jej przeróbka "Will Grigg's on fire", którą stadiony podczas Euro 2016 podbili kibice z Irlandii Północnej. W środę oryginał miał być także popularny we Wrocławiu. I to wcale nie dzięki walijskim kibicom, a dzięki polskim piłkarzom.

- "Freed From Desire" to nasz nowy oficjalny dżingel, który puszczać będziemy po bramkach Polaków - informował kibiców na kilkadziesiąt minut przed meczem stadionowy spiker.

Trwała właśnie rozgrzewka. Wydawało się wtedy, że w środowy wieczór we Wrocławiu ten dżingel poleci często, bo bezbłędny był Adam Buksa. Nie bezbłędny, ale też dość skuteczny także Robert Lewandowski. A więc dwójka napastników, na których od początku z Walią postawił Michniewicz. Szkoda, że dobrze w ich przypadku było tylko na rozgrzewce, bo w trakcie meczu Buksa nie oddał żadnego strzału, a Lewandowski oddał dwa - jeden celny i jeden niecelny. Słowem: mało. 

Ale nowy dżingel i tak w środę poleciał, i to nawet cztery razy. Bo nie tylko po golach rezerwowych: Kamińskiego i Świderskiego, ale też przed meczem i zaraz po meczu. Zwycięskim z Walią 2:1.

Więcej o: