• Link został skopiowany

Michniewicz od razu znalazł sposób na Lewandowskiego. Grał w umysłach innych

Kacper Sosnowski
Mecz ze Szwecją nie był teatrem jednego aktora. Wojciech Szczęsny, Kamil Glik, Sebastian Szymański czy Piotr Zieliński wydatnie przyczynili się do zwycięstwa 2:0. Ale drzwi na mundial, przez które w końcówce meczu przebiegła reprezentacja, otworzył jednak Robert Lewandowski.
Fot. Czarek Sokolowski / AP

Dziś, w euforii po awansie na mistrzostwa świata, nie pamiętamy już nastrojów sprzed weekendu. Wtedy, po kiepskim i zremisowanym rzutem na taśmę towarzyskim meczu ze Szkocją w Glasgow, byliśmy pełni obaw o wynik decydującego spotkania ze Szwecją. Nadzieję pokładaliśmy w tym, że zagramy u siebie i że pragmatyczny Czesław Michniewicz czymś rywala zaskoczy, ale przede wszystkim pokładaliśmy ją w oszczędzanym w Glasgow Robercie Lewandowskim. Najlepszy piłkarz świata, kapitan reprezentacji i jej największa gwiazda, miał poprowadzić nas do zwycięstwa w tym najważniejszym meczu. No bo kto, jeśli nie on?

Nie zawiedliśmy się. Oczywiście, mecz ze Szwecją nie był teatrem jednego aktora. Wojciech Szczęsny, Kamil Glik, Sebastian Szymański czy Piotr Zieliński wydatnie przyczynili się do sukcesu. Ale drzwi na mundial, przez które w końcówce meczu przebiegła reprezentacja, otworzył jednak Lewandowski. W 49. minucie, będąc pod olbrzymią presją, z właściwym sobie spokojem ustawił piłkę na 11. metrze, spojrzał na bramkarza, odetchnął, wykonał swój firmowy rozbieg z delikatnym opóźnieniem i pewnie trafił do siatki. Jego gol na 1:0 ustawił drugą połowę, po nim Polakom grało się łatwiej.

Reprezentacyjna sinusoida, czyli jak wykorzystać "Lewego"

Lewandowski znów zrobił swoje, a przecież przed meczem można było się zastanawiać, jak wybitny napastnik rozpocznie występy u swojego kolejnego selekcjonera. Bo przecież ostatnia dekada Lewandowskiego w reprezentacji Polski ma obraz sinusoidy. Za Franciszka Smudy przybrała wartość 25, za Waldemara Fornalika - 9, za Adama Nawałki - 37, za Jerzego Brzęczka - 22, by za Paulo Sousy znów wzrosnąć do 30. Te liczby to procent goli reprezentacji, które zdobywał jeden z najlepszych napastników świata. Nie każdy selekcjoner potrafił ustawić drużynę tak, by go wykorzystać.

Zobacz wideo To piłkarze stoją za buntem PZPN. Wiemy, kto był inicjatorem

Umiejętne wykorzystanie "Lewego" do tej pory gwarantowało worki z bramkami. Ważne było więc ustawienie drużyny, pomysł na grę i zadania, które mieli postawione ofensywni piłkarze. Za Sousy Lewandowski w ośmiu meczach eliminacji mistrzostw świata strzelił osiem goli i miał cztery asysty, w każdym spotkaniu oddał średnio cztery strzały na bramkę rywala. Oczywiście, że niektórzy z naszych rywali - jak Andora czy San Marino - sprzyjali nabijaniu statystyk, ale "Lewy" z takimi samymi liczbami wracał też z Euro - trzy mecze, trzy gole, średnio cztery strzały na spotkanie. Padł mit, że kapitan biało-czerwonych na ważnych imprezach, czy w kluczowych meczach reprezentacji jest mniej widoczny. 

W pierwszym spotkaniu u Michniewicza - błyszczał.

Lewandowski ze wsparciem nie tylko Szymańskiego, Casha i Modera

Polskę przeciwko Szwedom w ofensywie - oprócz Lewandowskiego - mieli napędzać Piotr Zieliński i Sebastian Szymański, a na skrzydłach Bartosz Bereszyński i Matty Cash. I choć Szymański miał ostatnio przerwę od reprezentacji, a Cash zagrał w niej dopiero po raz czwarty, to nasza gra z przodu momentami była płynna i dobrze zorganizowana. Zawodnicy wiedzieli, co mieli robić.

Dużo ożywienia wnosił Szymański, który nie bał się dryblingów, a do tego znakomicie dośrodkowywał. Kilka jego piłek skierowanych było właśnie do kapitana, choć czasem korzystali z nich też inni. Cash też wspierał Lewandowskiego dośrodkowaniami, również z głębi pola. Jedna z takich piłek już w pierwszych minutach dotarła na głowę kapitana - mogła wyjść z tego bramkowa akcja jak w meczu z Hiszpanią na Euro, ale rywale utrudnili Polakowi czyste uderzenie.

W kolejnej akcji Lewandowski sam podciągnął kilkanaście metrów z piłką i dośrodkował do jednego z partnerów. W pierwszej połowie nie doszedł co prawda już do żadnego strzału, ale to była ta trudniejsza połowa dla Polaków. Drużyna Michniewicza wielu strzeleckich okazji w tej części nie miała, oddała tylko trzy strzały, z czego jeden celny.

Razem z Lewandowskim rosła cała defensywa

Druga połowa miała już jednak zupełnie inny przebieg. Tuż po wznowieniu gry wprowadzony na boisko Grzegorz Krychowiak był faulowany w polu karnym. Do piłki ustawionej na 11. metrze podszedł Lewandowski i w swoim stylu trafił. Po meczu mówił w TVP, że był to jeden z trudniejszych emocjonalnie karnych w meczu o wielką stawkę, ale w zachowaniu kapitana nie było tego widać. Strzelił po swojemu, z charakterystycznym zwolnieniem, w odwrotną stronę niż rzucił się bramkarz.

Niesamowite, ale grając w reprezentacji Polski "Lewy" nie przestrzelił jedenastki w żadnym meczu o stawkę. Warto też dodać, że w spotkaniu ze Szwecją grał mocno poobijany, a na wysokości żeber był cały poowijany bandażami. 

A potem? Potem kapitan robił to, czego od niego wymagaliśmy. Z piłką przy nodze zmuszał rywali do fauli, nie raz sam dobrze zastawił się z piłką, tak że Szwedzi musieli faulować. Lewandowski grał na boisku i grał w umysłach innych. Zachęcał kibiców do dopingu, dyskutował z arbitrem, wywierał presję i często trzymał przy sobie dwóch zawodników, którzy wiedzieli, że muszą go pilnować. Był bliski trafienia głową z dośrodkowania po rzucie rożnym. Polska wreszcie rozgrywała stałe fragmenty tak, że rywal musiał się ich obawiać i widać, że były one przygotowane też dla "Lewego".

Ale to, co najważniejsze - tym razem z Lewandowskim rosła cała nasza ofensywa. W meczu ze Szwecją reprezentacja nie była zależna od jednego człowieka. Grę na siebie brał Jakub Moder, fenomenalnego gola strzelił Zieliński, ważnymi akcjami zapisał się Krychowiak. To było zwycięstwo zespołowe. Lewandowski czuł wsparcie kolegów, a jednocześnie sam ich wspierał.

I jeśli Michniewicz przed najważniejszym meczem szukał złotego środka korzystając z doświadczeń poprzednich selekcjonerów, to trzeba przyznać, że go znalazł. Próbka jest oczywiście niewielka, ale punkt wyjścia - bardzo dobry. Aktywny i waleczny Lewandowski kończył mecz z golem i pięcioma strzałami na bramkę gości, z których aż cztery były celne. Miał 39 kontaktów z piłką, wygrał pięć z 11 pojedynków, zaliczył jedno kluczowe podanie.

Ale najważniejsze, że mógł być zadowolony. Z wyniku, z awansu, z gry swojej oraz kolegów. I z tego, jak trener ustawił zespół, by wykorzystać atuty swojej gwiazdy.

Kacper Sosnowski
Więcej o: