Były reprezentant Polski żyje w skrajnej nędzy. "W nocy przychodzi strach"

- Odcięli gaz, bo nie płacę. I grożą eksmisją. W nocy przychodzi strach, że nas wyrzucą. Na rachunek za prąd czekamy jak na szpilkach - mówi Krzysztof Baran, były reprezentant Polski i piłkarz m.in. ŁKS i Górnika. Kiedyś był na szczycie świata, dziś na samym dnie.

Z 62-letnim Krzysztofem Baranem spotkał się dziennikarz WP Sportowe Fakty Dariusz Faron. Baran – przed laty mieszkający w łódzkim Grand Hotelu czy w greckiej Larisie – dzisiaj mieszka w fatalnych warunkach. Z jego kamienicy sypie się tynk, ściany są brudne i odrapane, a schody drewniane.

Zobacz wideo Rafał Kot przestrzega ws. Kamila Stocha. "Może to się srogo zemścić" [Sport.pl LIVE #5]

Mieszkanie – jak pisze Faron – jest jednak czyste i schludne. Kłopot w tym, że Baran wraz z partnerką Agnieszką i jej schorowaną mamą mogą niedługo trafić na bruk. "On dostaje z pomocy społecznej 528 złotych, Agnieszka - ponad 200 zł. A mieszkanie jest zadłużone na ok. 20-30 tysięcy (już się pogubili w obliczeniach). Nie płacą za czynsz. Nie ma ciepłej wody, bo gaz odcięli, trzeba grzać w garnku. Jedynie z prądem są na bieżąco. Tyle że nie wiadomo, jak długo, bo ponoć szykuje się ogromna podwyżka. A przecież jeść trzeba" – czytamy.

"Zarabiałem dużo. Można było zwariować. I zwariowałem"

Kiedyś było inaczej. "Grałem dobrze, zarabiałem obrzydliwie dużo. Można zwariować. No i zwariowałem" – mówił Krzysztof Baran w 2007 r. w reportażu "Gazety Wyborczej" pt. Przepita piłka.

Baran zaczynał karierę w Warszawie, ale szybko na jego talencie poznali się w ŁKS i w 1983 r. były gracz Gwardii występował już w Łodzi. Jak sam wspomina, mieszkał wtedy w Grand Hotelu, stołował się w najlepszy restauracjach. Potem przeniósł się do Górnika, a tam jego pensja jeszcze wzrosła.

"W Górniku miałem etat w jakiejś kopalni, chyba Bielszowice, ale na dole byłem tylko raz - w Wieliczce. Zarabiałem jeszcze więcej niż w ŁKS. 15 średnich krajowych. Wygrywając mecz, dostawałem jeszcze 300 tys. zł premii, a prawdziwy górnik zarabiał w kopalni około stu tysięcy miesięcznie. Byłem obrzydliwie bogaty i obrzydliwie dużo wydawałem. Kupiłem samochód. Wolałem poloneza, ale talon dostałem na ładę" – pisali Agnieszka Urazińska i Jerzy Walczyk.

Sam Baran przyznaje, że majątek – ale nie tylko, bo także dobre kontakty z byłą już żoną i dziećmi – stracił przez alkohol. Po dwóch sezonach w greckiej ekstraklasie Baran wrócił do Polski, ale w piłkę grał półamatorsko. Podjął się pracy zawodowej – najpierw w zakładach mięsnych, potem w barze. Nie może jednak wrócić do pracy, jest po kilku operacjach kręgosłupa, piłka zabrała mu zdrowie.

"Po browarze jakoś tak łatwiej, człowiek obojętnieje"

"Złym rodzicem nie byłem. Jak nie piłem, to dbałem. Co pan mówi? Że relacje się przez alkohol popsuły? No, pewnie tak. Prosiły mnie dzieci jak ja ojca, żebym już nie pił. Odpowiadałem: spokojnie, tata wie, co robi" – czytamy u Dariusza Farona. W reportażu "Wyborczej" wspomina, jak po treningu w Larisie szedł do tawerny i w trakcie jednego dnia potrafił wypić 15 piw.

Dziś, po latach, dodaje: "Tyle dobrze, że udało mi się wyjść z nałogu. Dzisiaj delikatnie - piweczko, soczek, chipsy do skoków albo meczu. Po browarze jakoś tak łatwiej, człowiek obojętnieje. Ale, mówię, alkoholikiem nie jestem".

Razem z partnerką Agnieszką i jej schorowaną mamą mają kłopoty, by wyżyć do pierwszego. Byłemu reprezentantowi Polski pomaga PZPN, ale Baran odkłada przysłaną zapomogę na – jak sam mówi – czarną godzinę. "Tymczasem grozi nam eksmisja. Modlimy się, żeby nas nie wyrzucili. Żyjemy, a jakbyśmy już pomarli" – mówi.

Więcej o: