Tak wściekłego Sousy nigdy nie widzieliśmy, a kibice lżyli na Polskę

Najpierw słychać było tylko gwizdy, a potem z trybun latały butelki i inne przedmioty. Mecz w drugiej połowie został przerwany na ponad kwadrans zaraz po tym, jak gola strzelił Karol Świderski - spostrzeżeniami po zwycięstwie Polski nad Albanią (1:0) dzieli się z Tirany Bartłomiej Kubiak ze Sport.pl.

"Do cholery, co wy robicie?!"

Napiszemy to od razu: tak wściekłego Paulo Sousy nie widzieliśmy nigdy. Była 9. minuta. Najpierw Grzegorz Krychowiak stracił piłkę w środku pola, a po chwili Myrto Uzuni oddał niecelny strzał. Grę od bramki wznawiał Wojciech Szczęsny. - Do cholery, co wy robicie?! - zdawało się, że wrzeszczał Sousa. Miał pretensje do piłkarzy z pola, którzy w momencie wznowienia gry przez Szczęsnego ruszyli w kierunku linii środkowej i czekali na dalekie wybicie piłki.

Zobacz wideo

- Przecież nie tak mamy grać! - rozkładał ręce dalej Sousa i aż podskoczył, kiedy Szczęsny jednak kopnął piłkę daleko przed siebie. Innego wyjścia nie miał, bo żaden z piłkarzy nie wrócił się w okolice pola karnego, by rozpocząć atak pozycyjny spod własnej bramki.

Zresztą Sousę wiele nerwów kosztowała nie tylko ta sytuacja, ale też następne. Widząc kolejne straty (przede wszystkim Krychowiaka) i nerwową grę drużyny (przede wszystkim w środku pola) w ogóle się nie uspokoił. Nadal skakał przy linii, wrzeszczał, rozkładał szeroko ręce i łapał się za głowę. Z tego dał już się poznać w trakcie poprzednich meczów. Ale powtórzymy jeszcze raz: tak wściekłego, jak w 9. minucie po wykopie piłki przez Szczęsnego, nie widzieliśmy go nigdy wcześniej. Może dlatego, że był to najważniejszy mecz tych eliminacji?

 

"Będzie dobrze, nie martwcie się"

Mecz zapamiętamy ze względu na skandaliczne zachowanie albańskich kibiców i przerwanie gry na kilkanaście minut w drugiej połowie. Ale początek spotkania był nerwowy przede wszystkim na boisku i przy ławkach. Do przerwy Polacy oddali tylko jeden celny strzał, a Albańczycy - żadnego. Ale gospodarze nie sprawiali wrażenia, że są słabszym zespołem. Zresztą po raz kolejny, bo podobnie było 2 września w Warszawie, kiedy co prawda przegrali 1:4, ale ten wynik mocno zakłamywał rzeczywistość.

We wtorek - kiedy bez celnego strzału, ale też przy wyniku 0:0 - albańscy piłkarze schodzili na przerwę, dostali od kibiców gromkie brawa. Niektórzy fani na trybunie wzdłuż boiska biegli nawet w kierunku tunelu, by jeszcze ich dodatkowo zmotywować. "Będzie dobrze" - pokazał kciuk w górę Etrit Berisha, bramkarz i kapitan reprezentacji Albanii, który przed przerwą nawet nie pobrudził sobie bluzy.

Zaczęło się od gwizdów, a potem już latały butelki

Szczęsny zresztą też sobie bluzy nie pobrudził. Można powiedzieć, że często więcej działo się za jego bramką niż przed nią. W pierwszej połowie za jego plecami stali najbardziej zagorzali albańscy kibice. Widać było ich także w ciągu dnia na mieście. Widać i słychać. Race, petardy, wspólne śpiewy. A później na stadionie także gwizdy, pokazywanie środkowego palca czy wygrażanie pięścią w kierunku polskiego sektora.

To wszystko zniknęło, kiedy na rozgrzewce pojawili się albańscy piłkarze. Wtedy kibice na stadionie już nie gwizdali. Totalnie nie zważali na polski sektor, a nawet na polskich piłkarzy, którzy też po chwili wyszli zapoznać się z murawą.

"Shqipi, Shqipi" - niosło się wtedy po stadionie. - "Shqipi", czyli tak naprawdę Shqiperia. Śpiewamy tak od lat. To skrócona wersja słowa Albania. Skracamy ją, by po prostu lepiej niosło się po stadionie - wytłumaczył nam lokalny dziennikarz i wskazał też na flagę z napisem "Plisat" .

"Plisat", czyli Prisztina, stolica Kosowa, państwa nieuznawanego przez Serbów. - Ta flaga też jest na meczach kadry Albanii praktycznie zawsze. A za tą flagą kibice. Właśnie ci najbardziej zagorzali. To oni tworzą atmosferę, często też mamy przez nich problemy - przypominał albański dziennikarz.

We wtorek tworzyli też problemy. Zaczęło się od wygwizdania polskiego hymnu, ale to nie był koniec. Najwięcej działo się w drugiej połowie, kiedy najpierw rzucali butelkami i różnymi przedmiotami w kierunku Piotra Zielińskiego, nie pozwalając mu wykonać rzutu rożnego. A kilkanaście minut później w kierunku całej drużyny Sousy, która w 77. minucie po golu rezerwowego Karola Świderskiego podbiegła cieszyć się razem z nim akurat do narożnika, w którym siedzieli kibice za flagą "Plisat".

"To jest ostatnie ostrzeżenie"

Sędzia przerwał wtedy spotkanie na 15 minut i zaprosił piłkarzy do szatni. Kibice na trybunach nic sobie z tej przerwy nie robili. Zabawa trwała w najlepsze. Fani jakby w ogóle zapomnieli, że przed chwilą ich drużyna straciła gola. Bardzo ważnego gola, który na dwie kolejki przed końcem eliminacji spychał Albanię z drugiego miejsca gwarantującego baraże na trzecie, praktycznie eliminujące ich z dalszej walki o mundial.

Kiedy sędzia przerwał mecz, najpierw wszyscy odpalili telefony, a później zaczęli śpiewać i rytmicznie klaskać. "K...a Polska, K...a Polska" - niosło się po stadionie w trakcie przerwy. A spiker przypominał, że jeśli po powrocie piłkarzy na boisko znowu z trybun polecą jakieś przedmioty, mecz zostanie przedwcześnie zakończony.

"Słuchajcie kibice, prowadzimy 1:0. Nie dajcie się sprowokować kibicom z Albanii. Pomóżcie nam. Nie dajcie się sprowkować" - powtarzał rzecznik kadry Jakub Kwiatkowski, który też chwycił za mikrofon na stadionie w Tiranie.

Polscy kibice sprowokować się nie dali. W końcu też było ich słychać, bo po tym, jak sędzia wznowił spotkanie, albańscy kibice nie byli aż tak głośni. "Jeszcze jeden" - krzyczał polski sektor. I choć drugiego gola się nie doczekał, to Polska dowiozła skromne zwycięstwo do końca.

Z lepszymi jest lepiej, z gorszymi jest gorzej

I właśnie na koniec wróćmy do gry reprezentacji Polski. - Nasze podejście i sposób gry się nie zmienia. Niezależnie od tego czy gramy na wyjeździe, czy u siebie. Jasne: plan na mecz może być inny, ale podejście i sposób gry zawsze są takie same. Chcemy wygrywać, budować mentalność zwycięzcy. Jako drużyna skupiamy się też nad modelem gry, bo chcemy jeszcze bardziej naciskać pressingiem na rywala - mówił Sousa w swoim stylu na poniedziałkowej konferencji.

Sousa do Polski przyjechał w styczniu, nie znał mentalności naszych piłkarzy. Od początku jednak powtarzał, że to właśnie ta sfera jest dla niego kluczowa. Że chce przekonać zawodników nie tylko do sposobu gry, ale też przede wszystkim do tego, by jeszcze mocniej uwierzyli w swoje umiejętności. Bo jeśli uwierzą, będą dominować. A jeśli będą dominować, to będą wygrywać.

I wygrywają, ale o ile Polska za kadencji Sousy potrafi postawić się lepszym zespołom (Anglii czy Hiszpanii), o tyle z zespołami podobnej klasy (Słowacji, Szwecji czy nawet Albanii) miewa problemy. Nie umie długimi fragmentami narzucić swojego sposobu gry i wygrywać meczów przekonująco. Albo przynajmniej w tych meczach dominować. Czyli robić to, czego od zespołu wymaga Sousa i czego we wtorek - mimo zwycięstwa - znowu zabrakło w Albanii.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.