Co Krzysztof Piątek robił przy linii? Tego nie pokazali w TV. Wielka zmiana na Narodowym

Dawid Szymczak
Kibice głośni jak motocykl bez tłumika, Fabiański pożegnany i wzruszony, a reprezentacja Polski z trzema punktami i bez kontuzji. W meczu z San Marino (5:0) niemal wszystko przebiegło zgodnie z planem. Spostrzeżeniami ze Stadionu Narodowego dzieli się Dawid Szymczak, dziennikarz Sport.pl.

Inny zarząd PZPN, inna atmosfera na Narodowym. Sposób kibicowania, do którego zachęcają nowe władze, przypomina ten, znany z hal i meczów siatkarzy. Kibiców w meczu z San Marino prowadził wodzirej: zachęcał do głośnego dopingu, a na telebimach pojawiały się decybele. Rekord? 102 dB, co można porównać do natężenia dźwięku wydawanego przez motocykl bez tłumika. Wodzirej zabawiał, prowokował do głośniejszych śpiewów i skandowania nazwisk piłkarzy, wzniecał meksykańską falę, prosił o machanie do kamery. Przed meczem kibice mogli złapać wystrzelone w stronę trybun koszulki reprezentacji Polski. Pobocznych atrakcji i zabaw PZPN przygotował sporo. Kolejna porcja została zaserwowana w przerwie meczu. 

Zobacz wideo

Wraz z pierwszym gwizdkiem inicjatywę przejęli jednak sami kibice. Zaczęli od skandowania imienia i nazwiska bohatera meczu z San Marino. - Łukasz Fabiański! - krzyczeli. A gdy doping na kilka minut osłabł, pomogły telebimy. Wyświetlane na nich animacje podpowiadały, kiedy klaskać, a kiedy krzyczeć "Polska". Nadawały dopingowi odpowiedni rytm. Do końca meczu regułą pozostało, że kibiców nie trzeba było zachęcać do jednego: skandowania imienia i nazwiska żegnającego się z reprezentacją bramkarza.

Pomysł z wykorzystaniem telebimów do stymulacji dopingu na stadionie wymaga jednak dopracowania, bowiem chwilami przypominało to nieudane występy karaoke, w których śmiałek bezskutecznie stara się trafić w rytm. Efekt takich występów bywa tragikomiczny.

 

Dyskusja o podejściu selekcjonera do ekstraklasy? Rodzynek na boisko. "Nie onieśmielił go wypełniony po brzegi stadion narodowy"

Paulo Sousa wystawił na mecz z San Marino skład tyleż zaskakujący, co ciekawy. W środku dyskusji o jego podejściu do ekstraklasy po raz pierwszy wpisał do wyjściowej jedenastki najzdolniejszego z grających w niej piłkarzy - Kacpra Kozłowskiego, który dopiero za tydzień będzie miał osiemnaste urodziny. Pomocnik Pogoni Szczecin tradycyjnie był pewny siebie i nie bał ryzykownych zagrań. W pierwszej połowie był najlepszym polskim zawodnikiem. To po jego wstrzeleniu piłki w pole karne Cristian Brolli nieszczęśliwie wbił ją do własnej bramki. Kozłowski asystował też przy golu na 5:0 Krzysztofa Piątka. Nie onieśmielił go wypełniony po brzegi stadion ani oczekiwania tych, którzy namawiają selekcjonera do częstszego zaglądania do ekstraklasy. Ale czy może to dziwić, skoro niedawno Kozłowski nie pękał na Euro przeciwko Hiszpanom?

Taka ocena Lewandowskiego nie zdarza się często! Taka ocena Lewandowskiego nie zdarza się często! "Coraz więcej machał rękami" [OCENY]

Sousa zaskoczył też wystawieniem Przemysława Płachety, dla którego był to pierwszy mecz w tym sezonie. Co ciekawe, na tle San Marino nie było widać większej różnicy między nim a grającym po drugiej stronie boiska Przemysławem Frankowskim, który od kilku tygodni imponuje formą w lidze francuskiej. Mecze z San Marino to dla ofensywnych zawodników pułapka, bo przyzwoita gra nie wystarcza. Nieźle z tym rywalem, znaczy słabo. Poziom oczekiwań jest wysoki, o czym przekonał się chociażby Jakub Kamiński, który zagrał przeciętnie w poprzednim meczu z San Marino. Był to jego debiut w reprezentacji i - dotychczas - ostatni mecz, bo na trwające zgrupowanie powołania już nie dostał.

Sousa wystawiając Płachetę, podał mu rękę. A Płacheta tę pomoc wykorzystał. Był aktywny, odważny, nieźle dośrodkowywał w pole karne i oddał pierwszy celny strzał na bramkę San Marino. Nie stracił też nic z wrodzonej szybkości. Gdy wrzucał wyższy bieg, rywale zostawali z tyłu. No i znacznie sprawniej i z większym zaangażowaniem niż w ostatnim meczu Euro gonił rywali. Wtedy - w spotkaniu ze Szwecją - przez jego bierność Polacy stracili gola. 

Mecz bez większego znaczenia? Nie dla Karola Linettego i Mateusza Klicha. Zestawienie środka pola wskazywało na to, że odbędzie się tam swoisty casting, którego zwycięzca będzie bliżej gry w meczu z Albanią. Na mało której pozycji w kadrze rywalizacja jest tak zacięta. Klich nie wyszedł na drugą połowę, Linetty rozegrał 90 minut i w dodatku zobaczył żółtą kartkę, która wykluczyła go z gry w kolejnym meczu. Werdykt i tak był jasny - lepsze wrażenie zrobił Klich, dlatego już po przerwie zbierał siły na mecz w Tiranie. 

Nietypowa rozgrzewka Krzysztofa Piątka. Co on robił przy linii?

W przerwie meczu rozgrzewkę zaczęli rezerwowi. Gdy wszyscy ruszyli na boisko, Krzysztof Piątek został przy linii bocznej i… zaczął robić coś dziwnego. Wyciągnął rękę przed siebie, podniósł kciuk do góry i zaczął wodzić nim w różnych kierunkach. W ten sposób napastnik ćwiczył swój czas reakcji i - jakkolwiek to nie zabrzmi - rozgrzewał swoje oczy. Chodziło bowiem o to, żeby szybko podążać wzrokiem za kciukiem.

Polska - San Marino 4:0. Jak wygląda sytuacja w 'polskiej' grupie?Najgorszy scenariusz! Tak wygląda sytuacja w 'polskiej grupie' el. mistrzostw świata

Piątek o tej formie treningu szerzej opowiadał kilka tygodni temu w kanale "Foottruck". Na takie detale, mające jak najlepiej przygotować go do meczu, zaczął zwracać uwagę podczas leczenia kontuzji kostki. Teraz kibice reprezentacji Polski mogli zobaczyć, jak wygląda to w praktyce. Nie zaryzykujemy jednak stwierdzenia, że nietypowa rozgrzewka pomogła Piątkowi zdobyć bramkę, bo w tej sytuacji bardziej niż refleksem trzeba było wykazać się dobrym ustawieniem. W każdym razie, Piątek strzelił swojego drugiego gola w tych eliminacjach (wcześniej trafił z Węgrami w Budapeszcie), a pierwszego po kontuzji. Oby był to dobry sygnał przed kluczowymi meczami.

Senna druga połowa i brak goli Roberta Lewandowskiego. Nic nie zakłóciło święta Fabiańskiemu

W drugiej połowie Polacy strzelili trzy gole, co jednak nie zmienia faktu, że po przerwie gra była gorsza. Spadło tempo rozgrywania akcji, irytowały niecelne podania. Na stadionie zrobiło się po prostu sennie. Nie pomagały nawet telebimy i hasła wzywające do poderwania meksykańskiej fali. Mimo komunikatów kibice bardzo niemrawo podrywali się z krzesełek. Rozbudziła ich dopiero bramka na 4:0, zdobyta przez Adama Buskę, który po czterech meczach w kadrze ma pięć goli. 

Zabrakło za to trafień Roberta Lewandowskiego, który wyszedł w pierwszym składzie, by gonić kolejne rekordy. Na początek - liczby goli strzelonych w reprezentacji w roku kalendarzowym. Ma ich dziewięć, a rekord współdzielony przez niego i Grzegorza Lato wynosi jedenaście. Wydawało się, że skoro kapitan reprezentacji Polski rozpoczyna mecz z San Marino, spróbuje pobić ten rekord już tego wieczoru. Tak się nie stało. Gdy Lewandowski trafił do bramki, sędzia uznał, że wcześniej faulował rywala i gola nie zaliczył. Później zbyt wielu okazji Lewandowski już nie miał, mimo że koledzy usilnie szukali go w polu karnym i w niektórych sytuacjach wręcz nienaturalnie podawali mu piłkę. Nic dobrego z tego nie wyszło. Po przerwie Lewandowski próbował jeszcze pokonać bramkarza z rzutu wolnego, ale kilka minut po trafieniu w mur zszedł z boiska bez bramki.

Widowisko w meczu z San Marino mogło być oczywiście lepsze, goli mogło paść więcej, ale najważniejsze, że Polacy skończyli mecz bez żadnych kontuzji i że żadna niemiła niespodzianka nie zepsuła święta Łukaszowi Fabiańskiemu. Trzy punkty były formalnością. Teraz czas na Albanię.

Więcej o: