"Polska będzie szła drogą węgierską. Mogą dziać się u nas cuda". Nowa normalność

Pierwszy raz od niemal dwóch lat na meczu w Polsce zasiądzie 58 tys. widzów. Nasz największy stadion ożyje dzięki starciu Polaków z Anglikami i przepisom, które dopuszczają jego pełne wypełnienie. Choć końca pandemii nie widać, a czwarta fala koronawirusa ma pojawić się nad Wisłą we wrześniu, to wirusolog Włodzimierz Gut powrotu do zamkniętych stadionów nie przewiduje, a Polska w sytuacji kryzysowej pójdzie raczej drogą węgierską.

Późne lato 2021 roku oznacza dla polskich kibiców powrót do normalności. Przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Niemal pełne stadiony w Polsce oglądaliśmy już w eliminacjach europejskich pucharów, gdy Legia grała z Dinamem Zagrzeb, czy w Ekstraklasie, gdy mistrz Polski pojechał do Krakowa na starcie z Wisłą. Jednak ponad 50 tysięcy osób nie było na trybunach polskiego obiektu od listopada 2019 roku, kiedy to biało-czerwoni wygrali ze Słowenią, czym przypieczętowali awans na Euro 2020. Po tym spotkaniu przez pandemię albo przekładano mecze, albo organizowano je przy pustych trybunach lub, tak jak w czerwcu tego roku, grano na wpół pustym obiekcie. Ostatnie starcia Polaków z Rosją i Islandią oglądało wtedy niecałe 20 tys. fanów. To wszystko w sytuacji, gdy w tym samym miesiącu na narodowym obiekcie na Węgrzech swoich zawodników na Euro wspierał komplet fanów.

Zobacz wideo To jest geneza porażki Polski na Euro 2020

Te komplety i w pełni otwarte obiekty teraz nie są już nowością także w innych krajach Europy, również w tych, w których koronawirusowa sytuacja jest znacznie gorsza niż w Polsce. Zdaniem naszego rozmówcy, wirusologa prof. dr hab. n. med. Włodzimierza Guta, obrazu świecących pustkami obiektów nie powinniśmy już doświadczać, a przynajmniej nie z powodu pandemii. Na mecz el. MŚ 2022 z Anglikami (8 września) PZPN szybko wyprzedał komplet wejściówek (ponad 58 tys.). Na starcie z mniej atrakcyjną sportowo Albanią do tej pory sprzedało się nieco ponad 35 tys. biletów, które są w tej samej cenie, co karty wstępu na wicemistrzów Europy.

Oświadczenie kontra green passy, czyli w Polsce jest łatwiej

Przy imprezach masowych w Polsce na obiektach otwartych obecnie obowiązująca ustawa dopuszcza udział 50 proc. widowni. Do limitu nie są jednak wliczane osoby w pełni zaszczepione, co w praktyce oznacza, że stadiony mogą być wypełniane w komplecie, jeśli połowa fanów przy nabywaniu wejściówek zaświadczy, że takie szczepienie posiada. Organizatorzy imprez sportowych w Polsce nie mają prawa żądać od kogoś paszportu czy certyfikatu szczepienia, ale poświadczenie nieprawdy może mieć swój konsekwencje, o czym pisaliśmy tu.

W porównaniu do przepisów w innych europejskich państwach te nie wydają się zbyt rygorystyczne.

W Niemczech nowy sezon Bundesligi mogą na stadionach oglądać wyłącznie zaszczepieni lub ci, którzy pokażą negatywny wyniki testu. Pojemność obiektów i tak jest ograniczana, zwykle do 50 proc., choć w przypadku Bawarii (Bayernu Monachium) i Hamburga nawet do mniej niż 30 procent. Tak samo będzie z meczem reprezentacji narodowej z Armenią. W Stuttgarcie obejrzą go tylko wybrani, zaszczepieni fani lub ci z negatywnym testem. Biletów na to spotkanie nie można było zresztą kupić. Wśród członków klubu kibica rozdawała je sama federacja.

Podobnie wygląda to we Francji, gdzie od prowincji zależy, ilu kibiców może dostać się na stadion, choć w założeniu i tak są to tylko ci zaszczepieni lub z negatywnym wynikiem testu. Kupon na badanie antygenowe dokładany jest przez niektóre klubu wraz z biletem na mecz. Mecz Trójkolorowych z Bośnią czy Finlandią ma zobaczyć komplet widzów, ale tylko tych, którzy mają wyrobioną specjalny sanitarny dokument (potwierdzający szczepienie lub negatywny wynik testu). Na stadionie fani będą musieli nosić też maski, które na polskich obiektach nie są wymagane. Bez green passu nikt nie wejdzie też na mecze Włoch z Bułgarią czy Litwą, zresztą podobnie jak na spotkania Serie A, gdzie limit miejsc to 50 proc.

Obowiązkowe testy lub zaświadczenia o szczepieniu czekają też na fanów Premier League, choć władze ligi napisały na razie o wyrywkowej kontroli tych dokumentów. Na Wembley i mecz z Andorą angielska federacja wpuści tylko zaszczepionych fanów. Przynajmniej w teorii, bo kontrole będą losowe, a nie obligatoryjne. To właśnie na Wyspach była ostatnio najgorsza sytuacja wywołana czwartą falą pandemii koronawirusa. W połowie lipca było tam notowanych ponad 30 tys. nowych przypadków dziennie. Teraz te liczby się zmniejszyły do 20 tys. nowych infekcji i dalej widoczna jest tendencja spadkowa.

- Anglicy poszli na łatwiznę. Znieśli obostrzenia, by wyczerpać pulę niechcących się szczepić przez przechorowanie koronawirusa. W Anglii procent osób, które się zaszczepiły lub przechorowały COVID, to już około 80 procent - mówi nam prof. Gut i zaznacza, że pandemia powinna się tam teraz przygaszać, bo nieodpornych na koronawirusa osób jest tam coraz mniej. Anglicy we wrześniu w ramach kwalifikacji MŚ mają tylko jeden mecz u siebie. Do Warszawy na starcie z biało-czerwonymi ich kibice przylecieć nie mogą. Podobnie zresztą jak na spotkanie z Węgrami w Budapeszcie. Na przyjmowanie kibiców gości w swoich rozgrywkach na razie generalnie nie zezwala UEFA.

Zamknięte trybuny? "Mało prawdopodobne"

W Anglii, Francji i Niemczech, gdzie sytuacja epidemiologiczna jest znacznie gorsza niż w Polsce (średnia nowych chorych z ostatniego tygodnia to u nas 250 osób dziennie przy kilkunastu tysiącach w wymienionych państwach), od zamykania i lockdownów się odchodzi, choć różne państwa stosują różne metody walki z chorobą, głównie poprzez ułatwienie funkcjonowania zaszczepionym. Zdaniem prof. Guta mimo czekającego nas w Polsce najbliższym czasie wzrostu zakażeń mało prawdopodobne są najbardziej ostre drastyczne środki, z zamykaniem sportowych aren na czele.

- Całkowicie zamykane stadiony i hale lub zupełny lockdown to sytuacja w Polsce mało prawdopodobna. Chyba że w jakimś regionie będzie bardzo mały odsetek sczepień i duży problem z nowymi infekcjami. Wtedy jakieś lokalne obostrzenia jestem sobie w stanie wyobrazić - mówi nam Gut. Wirusolog dodaje, że w przypadku trudnej sytuacji państwo będzie szło jednak w stronę dawania korzyści zaszczepionym lub obowiązkowych testów dla nieszczepionych. Na sportowym przykładzie już kilka miesięcy temu dobrze było to widać na Węgrzech. Kraj Viktora Orbana stawia na sport i jest przychylny kibicom. - Myślę, że Polska będzie szła właśnie drogą węgierską. Już na mecze Euro w tym kraju mógł wejść cały stadion. Koniecznością było potwierdzenie pełnego szczepienia lub aktualny wynik testu antygenowego - przypomniał ekspert. Zdaniem Guta spadająca liczba dziennych szczepień w Polsce nie rokuje, że Polska osiągnie odporność zbiorową na COVID.

- My mamy zaszczepione prawie 50 proc społeczeństwa. Różnica między zaszczepionymi jedną a dwoma dawkami jest mała, a to znaczy, że teraz szczepią się już głównie ci, którzy proces szczepienia rozpoczęli. Mamy 18,5 mln osób w pełni szczepionych, jakieś pięć mln, które COVID przechorowały. Do 32 milionów, czyli zbiorowej odporności, jeszcze trochę nam brakuje. To oznacza, że jeśli chodzi o pandemię, mogą dziać się u nas cuda - uśmiecha się Gut.

Na razie jednak cuda będą potrzebne w spotkaniu na Stadionie Narodowym z Anglikami (8 września), w czym na pewno pomoże komplet kibiców. Trzy dni wcześniej Polska zagra na wyjeździe z San Marino. Tam scenariusza innego niż trzy punkty nikt do siebie nie dopuszcza, podobnie jak w starciu z Albanią, choć to trudniejszy przeciwnik. Ten mecz w czwartek o 20:45.

Więcej o:
Copyright © Agora SA