Chłopak ze wsi Wnory-Wiechy stał się podlaskim Midasem. To jego królestwo

Bartłomiej Kubiak
W Białymstoku mówią, że byłby w stanie sprzedać nawet piasek na pustyni. Chciał być jak Gary Lineker, ale piłkarska kariera wyhamowała przez złamany piszczel. Potem było disco polo, inwestycje w nieruchomości, chłopak ze wsi Wnory-Wiechy stał się podlaskim Midasem. A teraz także prezesem PZPN, który w czwartek rozpoczął swoje rządy na PGE Narodowym, gdzie Polska wygrała z Albanią (4:1).

Nie wiadomo jeszcze jakim prezesem będzie Cezary Kulesza, ale już widać, że poprzedników nie przypomina. Zbigniew Boniek był wybitnym piłkarzem, jednym z najlepszych w naszej historii. Zresztą podobnie jak jego poprzednik Grzegorz Lato, król strzelców mundialu z 1974 roku. Michał Listkiewicz jako arbiter też jeździł na największe imprezy, jest rozpoznawalny na całym świecie. A Kulesza? Rozpoznawalny na pewno jest na Podlasiu, niektórzy mawiają, że to jego królestwo.

Zobacz wideo Kulesza: Dlaczego wygrałem? Trzeba pytać delegatów. Boniek: Polska piłka ma we mnie przyjaciela

screen YouTubeRobert Lewandowski dostał pytanie o tęczową opaskę. Jednoznaczna deklaracja kapitana

"Gary" od Linekera

Syn nauczycielki i dyrektora szkoły w piłkę zaczął grać późno, dopiero w wieku 18 lat. To był rok 1980, niedługo później dostał się do seniorskiej drużyny Gwardii Białystok. W kolejnym sezonie zagrał 13 meczów w trzecioligowej Olimpii Zambrów. Potem była też Mławianka Mława, a od 1988 roku - Jagiellonia.

- Nie wiem, czy ktoś w Jagiellonii był wtedy szybszy od niego - wspomina Jarosław Michalewicz, który grał w zespole razem z Kuleszą. - Czarek był naprawdę szybki, błyskawica. Do tego twardy, charakterny. Serducho do piłki za dwóch. Może nie był aż tak dobry technicznie, ale sam drybling miał niezły. Jak już minął jednego rywala, to później zazwyczaj mijał drugiego.

To na podlaskich boiskach Kulesza zaczął być nazywany "Gary". Od angielskiego napastnika Gary'ego Linekera, gwiazdy lat 80. i kata reprezentacji Polski, który na mundialu 1986 roku ustrzelił przeciwko nam hattricka w meczu, który Anglia wygrała 3:0.

Kulesza napastnikiem nie był, grał w drugiej linii. Najczęściej jako ofensywny pomocnik, choć słychać opinie, że sprawdzał się jako skrzydłowy. Talentu miał na tyle, że rozegrał 14 spotkań w ekstraklasie. W 1989 roku wystąpił w finale Pucharu Polski, który Jagiellonia przegrała 2:5 z Legią Warszawa.

Trening reprezentacji Polski na Polsat Plus Arenie Gdańsk. Grzegorz KrychowiakNowe informacje ws. kontuzji Krychowiaka! Są wyniki badań

Czarek nie pękał do czasu. Przerażający widok

- Wielu przypomina teraz ten finał, ale ja dobrze pamiętam wcześniejsze spotkanie z Górnikiem - mówi Michalewicz. - Ja miałem wtedy kontuzję, do Zabrza pojechał Czarek, zremisowaliśmy 2:2. To był wtedy naprawdę duży sukces.

- Kiedy chłopaki wrócili do Białegostoku, mówili mi: "Obawiaj się o miejsce w składzie, bo rośnie ci nowy rywal". Bo Czarek to był i przyjaciel, i twardy rywal do miejsca w składzie. W Zabrzu nie pękał, zagrał bardzo dobry mecz.

W końcu jednak coś niestety pękło. - To było jeszcze w Jagiellonii, pamiętam doskonale: trening w Wasilkowie, a w zasadzie to już sam koniec treningu, mała gierka. Jarek Gierejkiewicz - pewności nie mam, choć wydaje mi się, że to był właśnie on - zahaczył nogę Czarka i trach: złamana kość piszczelowa. Przerażający widok, bo to było otwarte złamanie, kość przebiła skórę - obrazowo opowiada Antoni Cylwik, ówczesny obrońca Jagiellonii.

Kulesza złamał nogę, ale się nie załamał, próbował wrócić do piłki. W 1991 roku wyjechał do trzecioligowego belgijskiego RFC Aubel. Po kontuzji nie był już jednak tym samym piłkarzem co wcześniej, wrócił do Polski. Zaczepił się z MZKS Wasilków, potem w Supraślance. Karierę zakończył w 1996 roku.

Właściciel dyskotek, kapel, utworów

Pomysłu na życie nie szukał, już go realizował. W 1994 roku Kulesza założył firmę fonograficzną Green Star, która okazała się maszynką do zarabiania pieniędzy. To dzięki niej wypromowały się gwiazdy disco polo - m.in. zespół Boys czy Zenek Martyniuk.

Początki Kuleszy w branży disco polo opisał kilka lat temu Marcin Kącki, autor książki "Białystok: biała siła, czarna pamięć". Do fragmentów i cytatów z niej pochodzących odwołuje się każdy, kto pisze o nowym prezesie PZPN:

"Skoro miał zespoły i dyskoteki, to po co było wysyłać nagrany materiał do firmy pod Warszawą i zarabiać złotówkę na kasecie. Green Star zaczął samodzielnie nagrywać, kontrolować całą linię produkcyjną i dyskotekową. Jeśli jakiś klub nie należał do Kuleszy, to był od niego zależny, bo Kulesza był właścicielem wszystkich znanych na Podlasiu zespołów. Kupował prawa do utworów, łącznie z nazwą kapeli. Żaden bez jego wiedzy nie mógł wyjść na scenę. Decydował, gdzie grają, za ile i dla kogo. Jeśli chciał ukarać klub, który do niego nie należał, to zespoły tam nie jechały. Jeśli klub chciał się dogadać, płacił Kuleszy abonament za wypożyczenie zespołu" - pisał Kącki.

Płyty disco poloPłyty disco polo Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Wyborcza.pl

Kulesza niechętnie wraca do początków swojego biznesu. Nawet chyba sama książka Kąckiego nie za bardzo przypadła mu do gustu. - Disco polo? Green Star? Im mniej rozgłosu, tym mniej plotek. Był tu taki, który pisał książkę o Białymstoku, bzdury napisał, nie autoryzował. Pozwać? Można, ale szkoda mu robić reklamę, bo może właśnie tego oczekuje? - mówił w rozmowie z Judytą Sierakowską, która w 2019 r. wydała swoją książkę "Nikt nie słucha. Reportaże o disco polo".

"Było na ciebie zlecenie"

Do książki Kąckiego wracać jednak trzeba, jest w niej wiele smaczków. - Proszę ze mnie nie robić gangstera - mówił Kulesza w rozmowie autorem, który opisywał, że był świadkiem niezręcznej dla Kuleszy sytuacji:

"Do stolika podchodzi mężczyzna po sześćdziesiątce. To 'Kolba', dawny bokser, białostocki handlarz złotem. Wysoki, dobrze zbudowany, o twarzy, która przyjęła wszystkie ciosy świata. Widzi Kuleszę, uśmiecha się. - Czaruś słuchaj, chodź na chwilę...

Kulesza wstaje, odchodzą dwa metry, 'Kolba' przyjacielsko kładzie mu rękę na ramieniu i zdartym głosem mówi do ucha. - Czaruś, czy ty wiesz, że jak zaczynałeś z tymi dyskotekami, to było na ciebie zlecenie? Słuchaj no, ja ci miałem dawno powiedzieć, że chcieli cię odjebać, wiesz, ekipa była, miała cię przewieźć w bagażniku, do lasu i w łeb, nawet policja była w to zamieszana. Jak się dowiedziałem, to pomyślałem: no pojadą, połamią Czarka, a policja by im tylko pomogła. No postawiłem się, nie zgodziłem. Tak że wiesz, nie byłoby cię dzisiaj, trzymaj się chłopie...

Kulesza wraca do stolika, zmieszany. - Ma pan dług u kolegi - mówię. - Nie, no, dajmy spokój, to było dwadzieścia lat temu".

Czyli w połowie lat 90. Szalonych czasów z walczącymi o wpływy grupami przestępców, z płonącymi dyskotekami, ale też Andrzejem Lepperem zaglądającym wszędzie, gdzie mógł zyskać elektorat. Kącki pisał, że lidera Samoobrony po swoich dyskotekach obwoził sam Kulesza.

Król Podlasia

W Białymstoku śmieją się, że Kulesza byłby w stanie sprzedać nawet piasek na pustyni. Tylko że teraz on już niczego sprzedawać nie musi. Pieniądze z discopolowego biznesu inwestował mądrze. Przede wszystkim w nieruchomości.

Kamienice w centrum miasta, mieszkania, pawilony handlowe, które dzierżawi pod handel i usługi. Jest też właścicielem dwóch hoteli, ludzie mówią, że buduje trzeci. Jedynym z tych już wybudowanych jest hotel Royal w Białymstoku. Kiedy w ostatnich latach na turniej Jaga Cup przylatywała młodzieżowa drużyna Sportingu, to delegacja z Portugalii - widząc luksus, który zastała w hotelu Kuleszy - przecierała oczy ze zdumienia. Royal to przepych i splendor, hotel godny stolicy. Pierwszy pięciogwiazdkowy na Podlasiu.

Całe Podlasie to zresztą królestwo Kuleszy. Nowy prezes PZPN co prawda urodził się w Wysokiem Mazowieckiem, ale dzieciństwo - jak pisał Kącki - spędził we Wnorach-Wiechach, wsi czterdzieści kilometrów na zachód od Białegostoku. - Nie miał potem łatwo, bo długo w Białymstoku był sam. Ale się ogarnął. Jego marzeniem najpierw było zagranie w Jagiellonii, potem awans do pierwszej ligi. To były lata przełomu w Polsce, każdy zaczął szukać innej drogi, Czarek też. I choć na boisku mógł osiągnąć więcej, nadrobił to sobie z nawiązką w biznesie, gdzie karierę przecież zrobił ogromną - zauważa Cylwik.

Owen EdosomwanNajbardziej sensacyjny transfer lata. Z polskiej okręgówki do portugalskiej ekstraklasy!

Wie, kiedy kupić, kiedy odpuścić, kiedy sprzedać

Oprócz muzyki Kulesza zawsze kochał piłkę. Miał nosa i do tego biznesu. W Jagiellonii zaczął działać od 2008 roku, kiedy został współwłaścicielem klubu. Dwa lata później był już jego prezesem.

Z Kuleszą na czele Jagiellonia rozpoczęła swój najlepszy okres w historii. Obecny prezes PZPN wielokrotnie pokazywał, że ma dobre wyczucie do piłki i zarządzania klubem. Kiedy w sezonie 2015/16 Jagiellonia przegrała 0:3 na wiosnę z Podbeskidziem, wszyscy w zarządzie poza Kuleszą chcieli zwolnić trenera Michała Probierza. Na spotkaniu z działaczami prezes powiedział, że jako jedyny z nich grał w piłkę, że był w szatni i widział, że nadal jest chemia między zawodnikami i trenerem.

- A jak spadniemy z ligi, to co wtedy? - zapytał jeden z działaczy. Kulesza publicznie i przy wszystkich zadeklarował wtedy, że bierze koszty tego spadku na siebie. Pod jednym warunkiem: dajcie Probierzowi zostać. No i Probierz został, a Jagiellonia razem z nim sezon później została wicemistrzem Polski.

- On po prostu zna się na piłce - twierdzi Cylwik. - Ostatnie dwa lata jego prezesury w Jagiellonii nie były może aż takie spektakularne, ale wcześniejsze były zdecydowanie. Bo Czarek zawsze wiedział, kiedy kupić, kiedy odpuścić i kiedy sprzedać. Transfer Makuszewskiego za milion euro do Tereka Grozny czy Tuszyńskiego też za milion do Rizesporu. Wyciągnął nie wiadomo skąd Świderskiego i sprzedał też za porządne pieniądze do Grecji. Albo Klimalę za cztery miliony euro do Celticu, który zagrał pół roku w lidze. Przecież to był majstersztyk! - zwraca uwagę były obrońca Jagiellonii.

Pensji pobierać nie musi

Kiedy dopytujemy o Kuleszę w Białymstoku, słyszymy od razu. - Tajemniczy, ale to bardzo tajemniczy. Nie jest to raczej osoba, która do ciebie podejdzie, zagada. Bardziej milczek.

- W klubie bywał rzadko, działał z tylnego siedzenia. Wchodził, załatwiał sprawę i wychodził. Zawsze był konkretny, a przy tym stanowczy. Co można zrozumieć, bo to jest przede wszystkim człowiek biznesu, który w życiu nie lubi tracić czasu - opowiada jeden z byłych pracowników Jagiellonii.

- Czarek dopiero jak się z kimś zaprzyjaźni, to zaczyna się otwierać. Ale jeśli tej przyjaźni nie ma, to raczej słucha i obserwuje niż mówi. Jak już wyciągnie wnioski, to z reguły są bardzo trafne. Zresztą przyzna to chyba każdy kibic Jagiellonii - mówi Cylwik.

Przez 11 lat prezesowania Jagiellonii Kulesza nie wziął z tego tytułu ani grosza. Ostatnio Rafał Patyra z TVP Sport zapytał nowego prezesa związku: - Pan nie musi zarabiać w PZPN, żeby żyć?

Kulesza tylko się uśmiechnął: - Nie, nie muszę.

- Piłka nożna zawsze była jego marzeniem, a za marzenia nie musisz pobierać pensji. Za nimi się po prostu biegnie - uzupełnia Cylwik. - Czarek w życiu dużo marzył, zrobił wiele dobrego dla Jagiellonii, przecież za jego czasów powstała akademia piłkarska z prawdziwego zdarzenia. To było jego oczko w głowie. Wierzę, że teraz poprawi też szkolenie w całej Polsce - kończy kolega "Gary'ego" z boiska.

Więcej o: