Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Co dalej z Paulo Sousą? "Jedna podstawowa różnica między nim, a kadrą Brzęczka"

Dawid Szymczak
Paulo Sousa z ośmiu meczów wygrał tylko jeden - z półamatorską Andorą. Na Euro przegrał dwa mecze, jeden zremisował. A jednak widzę w Portugalczyku obietnicę dobrego selekcjonera i chciałbym, żeby prowadził Polskę w eliminacjach mistrzostw świata.

Chwycę się tego porównania Zbigniewa Bońka Euro do dyskoteki, na której bawią się 24 zespoły, osiem odpada jeszcze przed godz. 21, później wychodzą kolejne, a najlepsze zostają na parkiecie do końca. Prezes PZPN zaprosił na tę dyskotekę Paulo Sousę i dał mu niecałą godzinę na uszykowanie się. Portugalczyk przed wejściem zmienił wszystko: od stroju, przez maniery, po sposób tańca. Wyciągnął z szafy rzeczy, których się nie spodziewaliśmy, nie bał się ich włożyć, pięknie o tańcu opowiadał, ale gdy już wyszedł na środek dyskoteki, widać było, że na przygotowanie się miał niewiele czasu. Tam dziurawa skarpetka, tu pęknięte spodnie i rozpięty rozporek. Wiele wstydliwych wpadek. I niestety, wyszedł przed 21.

Zobacz wideo "Sousa jest rewolucjonistą. Powinien zostać, ale na razie broni go tylko otoczka"

Paulo Sousa wyliczał: Polska gra wyżej, odważniej, lepiej atakuje

Zbigniew Boniek wybrał do prowadzenia reprezentacji wizjonera. Trenera bez selekcjonerskiego doświadczenia, za to z jasno zdefiniowanym pomysłem na grę - odważnym i dość skomplikowanym. Wybrał go na 144 dni przed Euro. Na trzy treningi przed pierwszym eliminacyjnym meczem z Węgrami. W samym środku drugiego rzutu pandemii koronawirusa. Kazał poznawać piłkarzy podczas spotkań na Teamsach, choć trudno przez internet zbudować zespół. 

Z drugiej strony, Paulo Sousa wiedział, ile ma czasu, a jednak zgodził się na tę dyskotekę pójść. Mało tego - stwierdził, że zachwyci wszystkich niecodziennym strojem i wyrafinowanym sposobem tańca. Nie uciekał w najprostsze rozwiązania, nie skorzystał z niczego po poprzednim selekcjonerze, wolał pozostać wierny swoim ideałom. Ustawił reprezentację Polski tak, jak poprzednie kluby, w których pracował. W kilka tygodni chciał zmienić jej mentalność i nauczyć bronić oraz atakować w bardzo konkretny sposób. A jak ciekawy był to pomysł na grę niech świadczy to, że przed Euro niemieccy dziennikarze typowali Polskę na taktycznego hipstera tych mistrzostw. Ale dziś brzmi to kuriozalnie, bo hipsterską taktykę przykryły amatorskie błędy.

Paulo Sousa apeluje do PZPN. Jednoznaczna deklaracja ws. przyszłościPaulo Sousa apeluje do PZPN. Jednoznaczna deklaracja ws. przyszłości

 

Sousa powoływał Kacpra Kozłowskiego, w debiucie wystawił Michała Helika, nie uznawał świętości, więc posadził Kamila Glika, innym piłkarzom zmieniał pozycje, nie wystawił dwóch identycznych składów. Do ostatniej chwili szukał. Po drodze musiał skreślać kolejnych kontuzjowanych zawodników: plan gry dwójką napastników skrojony pod Roberta Lewandowskiego i Arkadiusza Milika wysypał się tuż przed mistrzostwami, wcześniej wypadł Krzysztof Piątek - joker tej reprezentacji, jeszcze przed nim Arkadiusz Reca, który mógł być lewym wahadłowym, którego Polakom na tym turnieju zabrakło, a jeszcze w styczniu więzadła zerwali Krystian Bielik i Jacek Góralski. Paulo Sousa od kilku miesięcy nie narzekał na nadmiar szczęścia, a mimo to pruł do przodu nie zważając na okoliczności. Jeszcze w sparingach przed mistrzostwami wystawił niemal wszystkich piłkarzy, których miał. Kosztem zgrywania Bereszyńskiego, Glika i Bednarka, trójki stoperów, która wystąpiła w trzech meczach mistrzostw, grali Dawidowicz, Helik, Piątkowski i Kędziora. Przemysław Frankowski grał w obu meczach na prawym wahadle, by już na mistrzostwach zajmować wiele pozycji, tylko nie tę.

Na koniec Sousa szybko jakoś to wszystko poskładał i Polska zaczęła grać inaczej. Jak wyliczał po meczu ze Szwedami sam selekcjoner: wyżej broniła, grała bardziej agresywnie, tworzyła więcej sytuacji, angażowała w ataki większą liczbę zawodników. Tylko błędy popełniała głupie. W każdym meczu o punkty, od Budapesztu po Sankt Petersburg. Jego reprezentacja tylko chwilami potrafiła tańczyć całkiem do rytmu. Wystarczyło bowiem, że przytrafiła się jej wpadka, a paliła się ze wstydu i na kilkadziesiąt minut schodziła z parkietu. Tak było ze Słowacją, gdy po straconym golu do przerwy już się nie pozbierała, i ze Szwecją, gdy gol Emila Forsberga już w 2. minucie wybił ją z rytmu. Wpadek podczas Euro w ogóle było tak dużo, że dobrej gry naliczymy może 60 minut.

Najgorszy na boisku. A wystarczyło tę piłkę trafić i wybić [OCENY POLAKÓW]Najgorszy na boisku. A wystarczyło tę piłkę trafić i wybić [OCENY POLAKÓW]

Kolejna zmiana nie ma sensu

W tej godzinie widzę jednak obietnicę lepszej przyszłości: zmiany mentalności polskiej drużyny, pójścia do przodu, chęci atakowania pressingiem, a nie tylko pokładania nadziei w kontrze, odważnej gry z każdym rywalem, innego pomysłu na najsilniejszych niż murowanie własnej bramki, wprowadzania piłkarzy nieoczywistych, lepszego wykorzystywania potencjału Lewandowskiego, pomysłu na Piotra Zielińskiego, wymyślenia planu dla bardziej kreatywnych zawodników. To wszystko Sousa pokazał. Uwypuklił zalety kilku ofensywnych piłkarzy, ale odpadnięciem zapłacił za to, że nie zamaskował wad. Przede wszystkim w obronie.

Wszyscy rywale znali czułe punkty jego reprezentacji: Słowacy wykorzystali rzut wolny, Szwedzi w pierwszej połowie natrętnie atakowali stroną Tymoteusza Puchacza, Hiszpanie też dali nam się pomylić dogrywając piłkę w pole karne. Alvaro Morata strzelił gola, a okazji miał na dwa kolejne, Gerard Moreno przestrzelił rzut karny, w końcówce drużynę uratował Szczęsny. Nie wszystko jest jednak winą Sousy. Jaki miał wpływ na to, że chociażby w tej pierwszej bramkowej akcji Szwedów wszyscy Polacy pomylili się tylko nieznacznie? Bereszyński prawie odzyskał, Glik prawie wybił, Jóźwiak prawie trafił w piłkę, Bednarek prawie zablokował, Szczęsny prawie obronił. Czy gdyby ustawienie lub taktyka były inne, te błędy by się nie pojawiły? 

Krzyk rozpaczy Paulo Sousy. Tak Polska pożegnała się z Euro 2020Krzyk rozpaczy Paulo Sousy. Tak Polska pożegnała się z Euro 2020

Polakom brakowało pewności siebie, popełnili mnóstwo indywidualnych błędów. Najpierw przegrywali ze stresem, później z rywalami. Od wielu odstawali czysto piłkarsko. Sousa nie wymyślił systemu, który ukryłby te braki. Bardzo możliwe, że gdyby miał więcej czasu, to wiele błędów popełniłby w meczach Ligi Narodów i na Euro pojechał bardziej świadomy niedostatków tej drużyny i jej poszczególnych piłkarzy. A tak wielu z nich zweryfikował dopiero podczas turnieju. Wycofywał się z kilku nietrafionych pomysłów w trakcie meczów. Wyciągał podczas nich dobre wnioski, trafiał ze zmianami, plan B zawsze miał lepszy od planu A, drugie połowy zawsze rozgrywał lepiej od pierwszych. Choć marne to pocieszenie - żadnej drugiej połowy nie przegrał. Z tego Euro z pewnością wraca z workiem przemyśleń niewiele mniejszym niż worek z prezentami od polskich obrońców.

Szwecję od 1998 roku prowadziło czterech selekcjonerów, z których każdy miał zbliżony pomysł na grę. Polskę jedenastu - wielu bez żadnego pomysłu. Różnicę było widać w środę na boisku. Kolejna zmiana selekcjonera nie ma sensu. Pięć miesięcy temu Polski nie przejął selekcjoner-zadaniowiec, Zbigniew Boniek wolał wizjonera, z którym przed podpisaniem kontraktu przegadał kilka godzin i zgodził się, że ten ma zbudować coś bardziej ambitnego. Na razie zawodzi - odpadł z Euro, z którego na tym etapie odpaść bardzo trudno. Zapłacił również za przesadną brawurę, wielkie przekonanie co do swoich metod i pomysłów.

Może bronić się brakiem czasu i niesprzyjającymi okolicznościami. Jego kadrę i kadrę Jerzego Brzęczka różni wiele. Ale jest różnica podstawowa - reprezentacja Brzęczka nie rokowała, trudno było dostrzec kierunek, w którym zmierza. Sousa cel ma bardzo wyraźny, sposób gry klarowny. Rokuje, ale Euro wypadło nie dalej niż w połowie drogi. I większa w tym wina prezesa Bońka niż jego.

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ