Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Żyjemy! Szczęsny z narażeniem zdrowia robił paradę meczu, a Sousa odmienił los

Czy ten remis jest zwycięski, to się dopiero okaże po meczu ze Szwedami. Ale tak właśnie smakuje: w Sewilli Polacy dzięki 1:1 z Hiszpanią wygrali walkę o pozostanie w turnieju, o podniesienie głów wyżej, o odbudowanie zaufania u kibiców. Odwagą, harowaniem, mądrym planem. No i jeszcze czymś, co się do tej pory Paulo Sousie wymykało.
Zobacz wideo

Po sześciu miesiącach pracy, po sześciu całych meczach i blisko dwóch trzecich meczu siódmego, po rozbudzeniu oczekiwań i wygaszeniu oczekiwań, wreszcie się stało: do Paulo Sousy uśmiechnęło się szczęście. Wiele można było powiedzieć o jego pracy do tej pory, ale nie to, że się los do niego śmieje. Stracił przed turniejem czterech piłkarzy, których mógł rozważać do podstawowego składu. Stracił przez drobniejsze kontuzje i koronawirusa mnóstwo szans na próbowanie najsilniejszego składu. Na boisku jego drużyna przyciągała pecha. Mecz w mecz od początku kadencji Sousy Polakom cegłówki spadały na głowy w drewnianym kościele.

Zobacz wideo Jak bardzo poświęcić się dla reprezentacji może Łukasz Fabiański? Odpowiada rzecznik reprezentacji Polski - Jakub Kwiatkowski

Jakub ModerHiszpanie ośmieszeni. Pedri nie mógł powstrzymać łez. Krychowiak już drży?

Hiszpanie grali słabo. Ale tym bardziej nie ma co się gryźć w język z chwaleniem Polaków 

A teraz, w Sewilli, wreszcie się odwróciło. Piłka odbiła się od słupka po rzucie karnym Gerarda Moreno, trafiła do Alvaro Moraty, a ten koszmarnie spudłował. Było nadal 1:1, i może to kiedyś będziemy wspominać jako moment zwrotny w kadencji Sousy. Szczęście już z Polakami zostało do końca. Również w tej sytuacji, gdy Bartosz Bereszyński nie zrozumiał się z Wojciechem Szczęsnym, bramkarz wypuścił piłkę i było bardzo gorąco. Również wtedy, gdy Szczęsny z narażeniem zdrowia robił paradę meczu. I to było szczęście zasłużone.  

Hiszpania grała słabo, jej pomoc zawiodła, ale skoro chwaliliśmy Szwedów za remis w Sewilli, to i nie trzeba się gryźć w język z pochwałami dla Polaków. Wojny na estetykę i kulturę piłkarską z Hiszpanami nie wygramy pewnie nigdy. Trzeba było tę wojnę rozegrać na wślizgi, uważność, poświęcenie, przebitki. I jeszcze obronić plan, gdy to Hiszpanie objęli prowadzenie. 

Euro zaczęło się dla Polski na nowo. Jak ze Słowacją, ale tym razem już piłkarze tego nie zaprzepaścili 

Po pierwszej połowie Polacy mieli prawo zejść do szatni z poczuciem, że pech ich nie odstępuje. Gol Hiszpanów po akcji, w której do spalonego brakowało czubka buta, do tego słupek po strzale Karola Świderskiego i nieudana dobitka Roberta Lewandowskiego, zmarnowana świetna okazja Świderskiego po dograniu Lewandowskiego. Potem, już w drugiej połowie, po wyrównującym golu Lewandowskiego, już w pierwszej akcji rywali zdarzył się faul Jakuba Modera w polu karnym. Wydawało się, że za dużo już tych ciosów, żeby drużyna załamana po meczu ze Słowacją się po tym podniosła. Ale Moreno nie trafił z karnego, Morata nie trafił dobijając. Euro zaczęło się dla Polski na nowo. I w przeciwieństwie do drugiej połowy ze Słowacją, gdy wyrównanie też mogło być nowym początkiem, tego z Sewilli już Polacy nie zaprzepaścili.  

 

I to by było na tyle o szczęściu, bo teraz trzeba o bohaterach. Wisiało nad tym meczem widmo fatalnej porażki z Kolumbią w ostatnim mundialu, widmo lania od Portugalczyków w Korei, widmo rezerwowego Odonkora podającego do Neuville’a w ostatniej minucie meczu w Dortmundzie, który wyeliminował reprezentację Pawła Janasa. Widmo meczów o wszystko. I odpędziła je taka drużyna, na jaką czekaliśmy, patrząc jak w tym Euro potrafią zagrać Słowacy, Węgrzy czy Szkoci.  

Tak Tak "Marca" oceniła Roberta Lewandowskiego za mecz Hiszpania - Polska

Wściekłość dobrze skanalizowana. Tak się gra o pozostanie w turnieju 

Wiadomo, że to jest drużyna pełna ograniczeń, tu się nagle nic magicznie nie odmieniło. Ale można te braki zamaskować mądrą walecznością. Mądrą. Czyli nie na alibi, nie po to, żeby drugim meczem kogokolwiek przepraszać za pierwszy mecz. Tylko żeby osiągnąć cel. Odciąć się już od Słowacji, od klątw przegranego meczu otwarcia, od własnych nietrafionych diagnoz tuż po pierwszym meczu („kontrolowaliśmy", itd.), od cudzych teorii o nietrafionym przygotowaniu fizycznym. Sił w nogach było na tyle dużo, że Polacy jeszcze w ostatnich sekundach szukali zwycięskiego gola. Wystawienie dwóch napastników pomogło Robertowi Lewandowskiemu, który w Sewilli był innym piłkarzem niż w meczu ze Słowacją. Inna była jego mowa ciała, inne zrywy, zupełnie inne przywództwo w drużynie: siłą przykładu, a nie siłą mrożących spojrzeń. Fantastycznie grał Kamil Glik, a gdy fantastyczny jest i Glik i Lewandowski, to Polsce rzadko dzieje się krzywda. Jan Bednarek wybijał, organizował, wyprzedzał. Piotr Zieliński harował w obronie. W całej grze obronnej było widać wściekłość po Słowacji, i to dobrze skanalizowaną. W Sankt Petersburgu większość piłkarzy uciekała przed wzięciem odpowiedzialności, w Sewilli większość się wyrywała, żeby o sobie przypomnieć, nawet czasami w sytuacjach gdy nie było szansy powodzenie, jak w niektórych szarżach Tymoteusza Puchacza. Ale szarża Roberta Maka, która dała Słowakom prowadzenie, też nie miała się prawa udać. I świetnie, że Puchacz próbował. 

Sewilla będzie niezapomniana. Ale będzie tylko anegdotą, jeśli zabraknie dalszego ciągu 

Ostatni mundial Polski plus mecz ze Słowacją to było królestwo przegranych polskich pojedynków. A teraz wróciła odwaga wyzywania rywala na pojedynek. Rezerwowi Kacper Kozłowski i Przemysław Frankowski weszli nie po to, żeby wzmacniać szańce pod własną bramką, tylko szukać przechwytu, kontry, pokazywać Hiszpanom, że nie mogą podejść za blisko polskiego pola karnego, bo to się może skończyć golem w drugą stronę. I za to się należy uznanie. 

Był sobie kiedyś w Polsce zagraniczny trener orator, który uwierzył w polskich piłkarzy bardziej niż oni sami. Po czterech pierwszych meczach miał tylko jedno zwycięstwo, i to ze słabeuszem. Wybierał piłkarzy tak odważnie, że już przyszło zwątpienie, czy w tym szaleństwie jest metoda. Już się zrobiło bardzo gęsto, pojawiły się pytania o dymisję. I wtedy Leo Beenhakker poprowadził Polaków do zwycięstwa nad Portugalią. Nie przez bronienie Częstochowy, tylko bronienie mądre. I też z dwoma napastnikami z przodu, bo czasem zapominamy, że nie byłoby goli Euzebiusza Smolarka, gdyby nie Grzegorz Rasiak. Remis z Sewilli smakuje trochę tak jak tamto 2:1 z Portugalią, trochę jak zwycięstwo Adama Nawałki z Niemcami, też przecież poprzedzone zwątpieniem, czy ten trener wie, co robi. Ale Portugalia stała się symbolem jasnej strony Księżyca, na którą Beenhakker chciał przeciągać Polaków, bo po niej przyszło wyjazdowe 1:0 z Belgią. Zwycięstwo nad Niemcami też miało dalszy ciąg. I o to się toczy gra w meczu ze Szwecją. Bez zwycięstwa, awansu, ta sobota w Sewilli pozostanie przyjemną, może nawet niezapomnianą, ale jednak tylko anegdotą.  

"Robert Lewandowski utkwił im w gardle". Ale uwaga na hurraoptymizm!

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ