Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"To, co się działo, przechodziło ludzkie pojęcie". Ale w Niemczy nie ma już wycieczek z Włoch [OJCOWIE SUKCESU]

Dawid Szymczak
"Piątkomanię", która wybuchła w Polsce dobre dwa lata temu, trudno porównać do zachwytów nad którymkolwiek polskim piłkarzem. Krzysztof Piątek wystrzelił nagle, niespodziewanie i wyhamował po roku regularnego wprawiania w osłupienie. Na Euro miał pomóc reprezentacji i sobie. W klubie mogło iść kiepsko, ale w kadrze nie zawodził. Plany pokrzyżowała kontuzja.

"Ojcowie sukcesu" to cykl, w którym w związku z Euro 2020 na Sport.pl opisujemy gwiazdy reprezentacji Polski oczami ludzi, którzy towarzyszą im od lat: rodziców, żon, rodzeństwa, przyjaciół. Pokazujemy ich od codziennej strony, opowiadamy o drodze do sukcesu. O tym, czego w meczu nie widać, a jest dla nich najważniejsze.

Telefon Władysława Piątka dzwoni już rzadziej. Dziennikarze już nie zaglądają do Niemczy, nie ma wycieczek z Włoch, nagrywania na rynku i załatwiania tłumacza dla reportera "La Gazzetty dello Sport". Byłem w tym miejscu 19 lutego 2019 r. w szczycie "Piątkomanii", niedługo po transferze do Milanu i zaraz po dwóch golach Krzysztofa przeciwko Atalancie. Gdy mieszkańcy zobaczyli obcą rejestrację, od razu wiedzieli, po co przyjechałem. To mała miejscowość, obcy rzadko się tu pojawiają. Każdy chciał o Krzysztofie Piątku rozmawiać, kogo mijałem na ulicy, ten miał do opowiedzenia historię: ktoś z Piątkiem grał, ktoś chodził z nim do szkoły albo przynajmniej pamięta, jak zaczynał tu kopać. - O tutaj, na tej uliczce dochodzącej do rynku, między tymi autami, wtedy było ich mniej - opowiadał jeden z mieszkańców.

Zobacz wideo Mucha: Mam wrażenie, że Polska nie wie, co ma grać. Uczucie totalnego chaosu

"Przecież to, co się wtedy działo, przechodziło ludzkie pojęcie"

Po dwóch latach ponownie odwiedzam Niemczę. Jest 14 maja 2021, miesiąc do pierwszego meczu Polaków na Euro, Krzysztof Piątek jest już w Poznaniu, przechodzi operację złamanej kostki. Dwa dni wcześniej w meczu Hertha - Schalke doznał kontuzji. Od kilku godzin oficjalnie wiadomo, że nie pojedzie na mistrzostwa Europy.

- Rozmawialiśmy, jak jechał z Berlina do Poznania. No załamany był - mówi Władysław Piątek, ojciec Krzysztofa. - Co za pech! On miał tę kostkę uszkodzoną jeszcze w czasach Cracovii, ale wtedy obyło się bez operacji. Teraz już trzeba było ją przeprowadzić. Oglądałem ten mecz z Schalke i nie myślałem, że ta kontuzja będzie taka poważna. Może mógł zejść z boiska trochę wcześniej. Został, jeszcze do głowy wyskoczył, a w kolejnej akcji chciał uderzać, ale noga już ostatecznie odmówiła - wspomina ojciec.

Polska - Japonia. Jan Bednarek"Pół Kleczewa żegnało księdza i gratulowało Bednarkom" [OJCOWIE SUKCESU]

- On marzył o tym Euro. Już od kilku miesięcy myśli uciekały do czerwca. Nigdy jeszcze nie był na takim turnieju, chciał to przeżyć i być częścią tej grupy. Pomagał w eliminacjach, cały czas był powoływany, zżył się z chłopakami. Pewnie będzie musiało minąć parę dni, żeby ochłonął i to wszystko przetrawił.

Przywiązanie Krzysztofa Piątka do tej drużyny było widać w Poznaniu, podczas ostatniego sparingu przed Euro z Islandią. Napastnik usiadł tuż za ławką rezerwowych Polaków, fotografował się z kibicami i dopingował najlepszego kumpla z reprezentacji - biegającego tuż przy bocznej linii Przemysława Frankowskiego. 

- Skończył się ten szał na Krzyśka. Przecież to, co się wtedy działo, przechodziło ludzkie pojęcie. Pan był, pan pamięta. Raz dziennikarz z Polski, raz z Włoch, raz jeszcze skądś. Każdy chciał wywiadu, jakiejś wypowiedzi. A ja nie jestem medialny. Nie lubię tego. Udzieliłem dwóch czy trzech i później już odmawiałem. Na co dzień mam z tym problem, nie lubię ludziom odmawiać, ale trzeba było. Inaczej bym już nic innego nie robił. Mówiłem znajomym: nie podawajcie mojego numeru, bo bez przerwy ktoś dzwoni. Niby nikt nie rozdawał, a codziennie miałem po trzy czy cztery telefony - uśmiecha się Władysław Piątek.

Adam NawałkaAdam Nawałka apeluje po meczu Polska - Słowacja na Euro 2020

- A czy ten nagły szał Krzyśkowi nie zaszkodził? - pytam. - Jego to nie zmieniło. Udźwignął to. Zawsze patrzy przed siebie. Ani wtedy nie zachłysnął się popularnością i tym wszystkim, co się wokół niego działo, ani teraz się nie załamuje. Pracuje i wierzy, że efekty przyjdą. Taka jest piłka: raz idzie lepiej, raz gorzej. W przypadku napastnika dużo zależy od drużyny, w której gra. A w Milanie i Herthcie o podania od kolegów było trudno, trenerzy się zmieniali, każdy miał swój pomysł, każdy czegoś innego wymagał, a nie bardzo miał czas, żeby to wdrożyć. Krzysiek ma dobre wykończenie, skuteczny jest, ale nie weźmie piłki i nie okiwa czterech. Potrzebuje piłki w polu karnym. Od naszego ostatniego spotkania trochę przestało mu wpadać, forma spadła, ale on cały czas trenuje tak samo. Ani nie czuje się lepiej niż wtedy, ani gorzej.

- Napastnicy mają czasami swoje serie. Ale w reprezentacji trafiał bardzo często. Mogło mu iść w klubie, mogło nie iść. Na kadrę się to nie przekładało. Najważniejsze było to, co zrobił na Węgrzech zaraz po wejściu. Znalazł się w dobrej sytuacji, wykorzystał ją i nas podłączył w tym meczu. Sousa miał plan, widział siłę w ataku i chciał stawiać na napastników. Szkoda. 

Jak rozpędzał się Krzysztof Piątek? 

- Ojciec sukcesu Piątka? Nie rozmawialibyśmy o Krzyśku, gdyby nie Władek, jego ojciec - stwierdził Andrzej Bolisęga, wicestarosta powiatu dzierżoniowskiego i trener młodego Krzysztofa Piątka. Z ojcem byli właściwie nierozłączni. Razem chodzili na mecze: Władysław grał, a Krzysztof odbijał piłkę o trybuny, bo samo spotkanie niespecjalnie go interesowało. Naprzeciwko stadionu w Niemczy był basen, gdzie ojciec był ratownikiem. W wakacje Krzysiek spędzał tam całe dnie: mama tylko donosiła im jedzenie, a oni uczyli się skakać do wody z coraz wyższych trampolin. - Jak Krzysiu miał pięć lat, to już z trzech metrów skakał - wspomina dumny ojciec. To słynne zdjęcie, które wypłynęło przed prezentacją Krzysztofa w Mediolanie, gdy siedzi owinięty ręcznikiem z herbem Milanu, zrobiono właśnie na tym basenie.

Robert Lewandowski"Wybija 23. Lewy prosi, by ściszyć muzykę. Czasem przestaje być robotem i krzyczy: Nie spać!"

Ojciec do dziś pływa, kiedyś podnosił ciężary, biegał na długich dystansach, grał w tenisa stołowego i w piłkę nożną w Niemczance Niemcza. Najpierw w środku pomocy, a wraz z wiekiem coraz bliżej linii bocznej. Aż do pięćdziesiątki, gdy kończył karierę jako boczny obrońca. - Nieźle dośrodkowywałem - mówi, więc gdy Krzysiek wracał do domu ze szkoły, szli razem na boisko. Ojciec centrował i sporo krzyczał: "nabiegaj, musisz być w ruchu". Raz na woleja, później na głowę, na prawą nogę i lewą. - Cały czas mu powtarzałem, że napastnik jak nabiega, to jest sto razy groźniejszy - tłumaczył Władysław, gdy spotkaliśmy się za pierwszym razem.

Krzysiek zaczynał kopać piłkę przy rynku w Niemczy. Mieszkał obok, na wąskiej uliczce rozgrywał pierwsze mecze. Z czasem zaczął grać w miejscowej Niemczance. Był najmłodszy w zespole, wyróżniał się chudymi nogami, zadziornością i pewnością siebie. Nie bał się starszych i większych od siebie chłopaków, a gdy na sparing do Niemczy przyjechał Andrzej Bolisęga z drużyną w jego wieku czuł się idealnie. Wreszcie miał rywali równych sobie. I zrobił na trenerze przeciwników tak duże wrażenie, że zaraz po meczu rozmawiał z tatą Krzyśka, żeby pozwolił mu przenieść się do Dzierżoniowa. Tam była szkoła sportowa, on budował drużynę dla dzieci w jego wieku, mieli świetne warunki do treningów, bo swoje obiekty udostępniał im MOSiR. A że dysponował jednym z pierwszych pełnowymiarowych boisk ze sztuczną nawierzchnią w Polsce, dwoma pełnowymiarowymi trawiastymi i kolejnymi dwoma treningowymi, a obok stała jeszcze hala i basen, to Krzysiek miał tam lepsze warunki niż później w Zagłębiu Lubin, gdzie przecież i tak nie było na co narzekać.

Ojciec nie zgodził się od razu. Z Niemczy do Dzierżoniowa było kilkanaście kilometrów, Krzysiek miał jedenaście lat, był łobuziakiem, niespecjalnie lubił się uczyć, nauczycielom mówił, że na życie zarobi nogami, więc lektur zazwyczaj nie czytał. Rodziców przekonał dopiero próbny turniej, na który ich syn pojechał razem z nowym zespołem i tatą w roli opiekuna. Gdy już wracali do domu, a Krzysiek przez całą drogę płakał, że musiał rozstać się z kolegami, rodzice ulegli. Jego życie przyspieszyło: wstawał codziennie po szóstej, żeby po niecałej godzinie jazdy autobusem być w szkole. Tam kilka godzin w klasie, kilka wuefu, później obiad, trening w klubie, powrót do domu. Dzień w dzień niemal identycznie.

- To nie było tak, że strzelał po 30 goli w sezonie, nie jeździł też na zgrupowania kadry dolnośląskiej, nie zawsze grał jako napastnik. Trener wystawiał go też w środku pomocy, bo brakowało mu trochę szybkości. Jak lokomotywa, musiał się rozpędzić - opisywał Rafał Markowski, wuefista Piątka.

Po kilku latach gry w Lechii Piątek awansował do seniorów, występujących wtedy w III lidze. Nie grał często, średnio po 28 minut w meczu. To wystarczyło, by Zagłębie Lubin zwróciło na niego uwagę. Jak lokomotywa - tam się rozpędził.

Rodzina ZielińskichZielińscy i Piotruś Pan. "Piotrek piłkarsko zawsze był taki trochę niepolski. Może brazylijski nawet"

"Nowy sezon to zawsze nowe nadzieje"

Wtedy jego ojcu ulżyło. - Jak w Lubinie się na nim poznali, to wiedziałem, że z tego poziomu Krzysiek już nie spadnie - mówił Władysław Piątek. - Piątek w odpowiednim momencie trafiał na odpowiednich ludzi. Najpierw w Dzierżonowie, później w Lubinie na Piotra Stokowca, który lubi stawiać na młodych i w Cracovii na bardzo dobrych trenerów: Jacka Zielińskiego i Michała Probierza - wymieniał Bolisęga. W Lubinie nauczył się samodzielności, a w Krakowie profesjonalizmu. Posiadł więc cechy, bez których nie zrobiłby kariery we Włoszech. - To, co stało się później w Genui, trudno racjonalnie wytłumaczyć - mówił pierwszy trener Krzysztofa Piątka.

- Nikt by nie powiedział, że akurat on zrobi karierę i dojdzie do reprezentacji. W jego roczniku byli bardziej utalentowani chłopcy. Nie było za to ciężej pracujących, bardziej zaangażowanych. Do dzisiaj powtarzam chłopakom, że sam talent nie wystarczy, trzeba się codziennie starać i poświęcać. Poprzeć to przykładem Piątka jest bardzo łatwo - opowiadał Markowski.

Grzegorz Krychowiak na konferencji prasowejKrychowiak zmierzył się z trudnymi pytaniami. "Było jeszcze gorzej. Nie chcę wyjść na klauna"

- Najwięcej zawdzięcza sam sobie, bo zostawał po treningach i ciężko pracował. No i miał mądrych menedżerów, którzy nie pchali go od razu do lepszej ligi - mówił Michał Probierz w "Lidze Plus Extra". - Dużo też oglądał. Kiedyś coś mu doradziłem, a on mi powiedział, że w Bundeslidze to robią inaczej, bo widział w meczu - śmiał się trener Cracovii.

- Kilka razy ludzie już w niego wątpili. Miał się odbić od Milanu, a trochę goli tam strzelił. Wzięła go Hertha, która teraz miała słabszy sezon, ale w kolejnym może odpalić na miarę oczekiwań, więc i Krzyśkowi będzie łatwiej o gole. Wciąż jego nazwisko dużo znaczy na rynku, były na niego oferty z dobrych klubów, ale kontrakt w Niemczech ma długi i dobrze się już odnajduje w Berlinie. On zawsze się podnosił po niepowodzeniach, więc po tej kontuzji może być podobnie. Na początek sezonu powinien być już gotowy, okres przygotowawczy też pewnie z zespołem zaliczy. Nowy sezon to zawsze nowe nadzieje - twierdzi Władysław Piątek.

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ