Polscy kibice nie mieli litości dla kadry Sousy. Zaczęli skandować już w pierwszej połowie

Najpierw był doping, ale później była frustracja, gwizdy i zwątpienie. "Polska grać, k... mać" - krzyczeli kibice już w pierwszej połowie na stadionie w Petersburgu, gdzie reprezentacja Paulo Sousy w poniedziałek od porażki 1:2 ze Słowacją zaczęła Euro 2020.

Zaczęli Polacy, ale potem byli Słowacy

- Po przyjeździe do hotelu przywitali nas nasi fani, słyszeliśmy śpiewy. To budujące. Cieszę się, że polscy kibice będą również na stadionie, pojawi się także mój brat, który jest już na miejscu. Na pewno będziemy więc mogli liczyć na wsparcie - mówił dzień przed meczem Grzegorz Krychowiak. I polscy piłkarze dostali w poniedziałek to wsparcie. Po raz pierwszy na kwadrans przed meczem, kiedy tak się złożyło, że akurat byli w szatni. Ale to właśnie wtedy z trybuny zza jednej bramek - tej, gdzie po chwili zaczął mecz Wojciech Szczęsny - usłyszeć można było: "Polska, biało-czerwoni", a po chwili dobrze wszystkim znane: "Gramy u siebie, Polacy, gramy u siebie".

Zobacz wideo Jaki potencjał ma reprezentacja Polski? Gdzie zajdziemy podczas turnieju? Kto wygra Euro 2020? Na to pytanie odpowiedział prezes PZPN Zbigniew Boniek

Samobój Wojciecha SzczęsnegoWojciech Szczęsny przeszedł do historii Euro. Niestety...

Kiedy zaczął się mecz, Słowaccy kibice też byli jednak słyszalni. Momentami nawet głośniejsi od Polaków, co pewnie wynikało z faktu, że mieli wielki bęben, w który bez przerwy walili, a do tego nie byli tak bardzo rozproszeni po stadionie. Siedzieli razem, w jednym z górnych sektorów, blisko siebie. Bez dystansu społecznego, ale on akurat w Petersburgu istnieje tylko teoretycznie. Tak samo, jak wymagane jest tutaj chodzenie w maseczkach. To wszystko fikcja. Poza wejściem na stadion nikt tego nie kontroluje ani mało kto tego przestrzega. "Bo tutaj koronawirusa nie ma" - śmieją się Rosjanie.

"Polska grać k... mać!"

- My chcemy gola! - krzyknęli polscy kibice w 16. minucie. I po chwili gola dostali. Ale nie tego, na którego czekali, bo dwie minuty od ich okrzyku Robert Mak ograł z prawej strony Bartosza Bereszyńskiego i Kamila Jóźwiaka (przede wszystkim Bereszyńskiego), wpadł w pole karne, uderzył w słupek, w Wojciecha Szczęsnego i piłka wpadła do bramki.

Paulo Sousa stał wtedy przy linii jak wryty, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Ale w ogóle mało kto w to wierzył. To znaczy: przestali też wierzyć polscy kibice. Kwadrans później z trybun część z nich - to była całkiem spora grupa, a na pewno słyszalna - zaczęli krzyczeć: "Polska grać, k... mać!".

Polska traci gola ze Słowacją po serii błędówKoszmarny klops! Błędy, błędy, błędy i samobój Szczęsnego! Tak Polska traci gola [WIDEO]

Gdzie te nerwy?

Każdy dotychczasowy mecz kosztował Paulo Sousę mnóstwo nerwów. Portugalczyk od pierwszej minuty zawsze stał przy linii bocznej i dyrygował piłkarzami: krzyczał, podpowiadał, rozkładał ręce, no i wymagał. Przede wszystkim ofensywnej gry, podań do przodu. Dlatego w poniedziałek na początku meczu przecieraliśmy oczy ze zdumienia, kiedy Sousa po podaniu Kamila Glika w poprzek boiska ochoczo i z aprobatą klasnął w dłonie.

Ale nie, to były tylko pozory, bo mecz dla Sousy zaczął się później - w siódmej minucie. To właśnie wtedy wściekł się po raz pierwszy, kiedy Maciej Rybus nie przechwycił piłki na własnej połowie. Od tej z pozoru niegroźnej sytuacji - bo Rybus po prostu nie doskoczył do rywala w okolicach środka boiska - Sousa znowu był Sousą, którego znamy. Rozgrywał przy bocznej linii własny mecz. Ale tak, jak zaczął go później, tak samo skoczył wcześniej - w zasadzie jeszcze przed przerwą.

 

"Wenecja Północy" zrodziła się z obsesji i szaleńczych ambicji. Polacy w najgłębszej korupcyjnej studni

Najpierw gwizdy, potem brawa

Była 38. minuta. Wtedy Sousa po raz pierwszy usiadł na ławce rezerwowych. Po chwili wstał, ale znów nie był sobą, bo coś krzyknął w kierunku Bereszyńskiego, spuścił głowę, odwrócił się od boiska i znowu usiadł. Kiedy sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy, szybko uciekł do szatni. Jeszcze przed piłkarzami, którzy wcale nie schodzili ani w dobrych nastrojach, ani w przyjemnych okolicznościach. I to też świadczy o tym, że Polaków w poniedziałek na Stadionie Kriestowskim w Peteresburgu było więcej, bo kiedy zespół Sousy maszerował w kierunku szatni, z trybun słychać było gwizdy.

Brawa pojawiły się dopiero po przerwie, ale też po gwizdach, bo najpierw na boisko wyszli Słowacy, a dopiero po nich Polacy, którzy dostali oklaski. Nie jakieś przesadnie głośne, ale podziałały, bo Karol Linetty - największe zaskoczenie w podstawowym składzie reprezentacji Polski - w 46. minucie płaskim strzałem zaskoczył Martina Dubravkę. No i zrobiło się 1:1.

screen TwitterKapitalna akcja Polaków! Tak Karol Linetty strzelił gola ze Słowacją [WIDEO]

Przestali wierzyć. "Ej, no co wami?

Nie wiemy, co piłkarze, których w przerwie Sousa długo przetrzymał w szatni, usłyszeli od selekcjonera, ale efekt był tylko chwilowy. Od 62. minuty znowu wszystko się posypało, bo drugą żółtą kartkę zobaczył Krychowiak i został wyrzucony z boiska. I Sousa, który po golu Linettego znowu przez kilka minut był sobą - aż podskoczył w 53. minucie, kiedy Glik oddał strzał nad poprzeczką - znowu usiadł na ławce i chyba przestał wierzyć.

A na pewno przestali wierzyć nasi piłkarze. Kiedy Milan Skriniar strzelił gola na 2:1, wszyscy - poza Szczęsnym, który wyjął piłkę z bramki i nerwowo kopnął ją byle dalej od siebie - spuścili głowy. Sousa to zauważył. Podniósł się z ławki i doskoczył do linii. - Ej, no co wami!? Gramy dalej! Jest dopiero 69. minuta - tak słowami można opisać jego reakcję. Ale sam już chyba za bardzo nie wierzył w to, że podniesie zespół, który w poniedziałek zaczął mistrzostwa Europy od porażki ze Słowacją.

Więcej o: