"Nie wiedzieliśmy, jak się jeździ tramwajem. Teraz trzeba było wsiąść do samolotu" [OJCOWIE SUKCESU]

Dawid Szymczak
Grzegorz Krychowiak to światowiec: dorastał we Francji, mieszka w piątym kraju, mówi pięcioma językami, jest świetnie ubrany, ostatnio zagrał epizod w filmie. Jego drogę z rodzinnego Mrzeżyna na salony zastawiał jednak szlaban. I nawet Kołobrzeg wydawał się wtedy odległy.

"Ojcowie sukcesu" to cykl, w którym w związku z Euro 2020 na Sport.pl opisujemy gwiazdy reprezentacji Polski oczami ludzi, którzy towarzyszą im od lat: rodziców, żon, rodzeństwa, przyjaciół. Pokazujemy ich od codziennej strony, opowiadamy o drodze do sukcesu. O tym, czego w meczu nie widać, a jest dla nich najważniejsze.

Mrzeżyno leży w zachodniej części Polski, między Kołobrzegiem a Rewalem. Do 2002 r. było przedzielone bramą w połowie mostu nad rzeką Regą. Część, w której mieszkają Krychowiakowie, była wojskowa. Żeby wjechać, trzeba było przepustki. O wszystkim decydował dowódca jednostki. Chciałeś wybudować tu dom? Wystarczyło zadzwonić do dowódcy i poprosić o zgodę.

Zobacz wideo Prezes PZPN Zbigniew Boniek ocenia brak podstawowych i ważnych piłkarzy reprezentacji Polski na turnieju EURO 2020

- Grzegorz dorastał w bardzo zamkniętym środowisku, za szlabanem, za bramą. Kontrakt z innymi dziećmi miał utrudniony, znał się tylko z dziećmi innych wojskowych. Dla nas wyprawa do Kołobrzegu to już był cywilizacyjny i kulturowy przeskok. Byliśmy ze wsi, a tam chłopcy chodzili w markowych ciuchach. U nas trampki, tam adidasy. Tamci chłopcy mieli inną mentalność - opowiada Sport.pl Edward Krychowiak, ojciec środkowego pomocnika reprezentacji Polski. - Jak zawieźliśmy Grześka na trening do Kołobrzegu, to cała grupa stała razem, a on sam pięć metrów obok nich ze spuszczoną głową. Żona płakała, patrzeć na to nie mogła. Ale Grzesiek się nie przejmował. On był tak zdeterminowany, żeby w tym Kołobrzegu grać, że nic nie było go w stanie zniechęcić. Po trzech treningach miał już miejsce w składzie. 

Mateusz KlichMówił o sportowym samobójstwie, ale po 10 latach trafił na idealnego trenera. "Nawet nie wiesz, jaki jesteś szybki"

Świat otwierał się stopniowo. Najpierw tramwaj w Szczecinie, później samolot do Francji

W Mrzeżynie mieściła się baza 78. Pułku Rakietowego Obrony Powietrznej, a i w domu Grzegorza Krychowiaka było trochę wojska, bo ojciec to emerytowany żołnierz. - Dzieci tu wychowywane wymagały większej opieki rodziców niż te, które dorastały w innych wsiach czy miastach. Potrzebna była większa dyscyplina, bo w końcu ten świat się przed nimi otwierał, wyjeżdżali do szkół i na studia, Grzesiek kopać piłkę. Musieli być przygotowani na wszelkie pokusy, by umieć odmówić. Nie akceptuję alkoholu, papierosów, narkotyków i tatuaży. W domu były twarde reguły: codziennie do końca szkoły podstawowej przez dwie godziny - nauka własna, powrót do domu - najpóźniej o godz. 20. Jak się ma trzech synów w domu, to trzeba ustalić zasady. Ale nie byłem żadnym tyranem. Wymagałem, podpowiadałem i uczulałem na zagrożenia. Nie było w domu bata, ale była kontrola - mówi Edward Krychowiak. 

Grzegorz ma dwóch starszych o pięć i sześć lat braci - Krzysztofa i Tomasza. - Był najmłodszy, nigdy nie można było krzyczeć, bo zaraz płakał. Miał świetny kontakt z mamą, przez co może był nieco delikatniejszy. Ale oboje z żoną uczyliśmy naszych synów pracowitości. Byli wychowani w takim duchu, że jak już się za coś biorą, to mają to robić porządnie. Grzesiek jest bardzo pracowity, bardzo sumienny. U niego na każdym kroku widać profesjonalizm. Z tego jestem naprawdę dumny - podkreśla ojciec.

Świat otwierał się przed Grzegorzem Krychowiakiem stopniowo. Najpierw Kołobrzeg, później Szczecin i Gdynia. - Nigdzie nie mógł wytrzymać dłużej niż rok czy półtora. Gdy czuł, że dochodził do szczytu, zmieniał klub, bo chciał się dalej rozwijać. I wszędzie szybko się adaptował. Jak poszedł do Szczecina do szkoły sportowej, był już reprezentantem województwa zachodniopomorskiego w swojej kategorii wiekowej. Poczuł się jak gwiazda. Wszystkich chciał tam ustawiać. Nie wiem, jak to zrobił, ale inni chłopcy zaczęli u niego załatwiać miejsca w kadrze. Kto kupił Grześkowi lody, ten miał większe szanse. W końcu pani wychowawczyni do mnie zadzwoniła, że Grzegorz tutaj wszystkimi rządzi i wybiera sobie lekcje, na które chodzi. Pojechałem do internatu, pomieszkałem z nim dwa-trzy dni, wytłumaczyłem co i jak, siary mu przed kumplami narobiłem i wszystko wróciło do normy. Kontakt z dzieckiem jest najważniejszy. Musi czuć, że rodzice są, interesują się i nie jest im wszystko jedno - wyjaśnia Edward Krychowiak. 

Tymoteusz Puchacz"Kiedy po raz pierwszy usłyszałam "Kante", pomyślałam: "Boże, jak ja ludziom w oczy spojrzę?""

- Z Kołobrzegu poszedł do Szczecina, znów poziom wyżej. Zaczął tam rządzić, więc poszedł jeszcze wyżej - do Gdyni. Od początku była jedna zasada. Grzesiek miał się uczyć. To był jego jedyny obowiązek, my dbaliśmy o całą resztę. W piłkę mógł grać, bo to kochał, ale nauka była na pierwszym miejscu. Wiadomo, że w Gdańsku i w Szczecinie było już o to trudniej, bo był dalej od domu, treningów było więcej, ale wciąż nauka pozostała bardzo ważna. Później Francja, jeszcze więcej treningów. Ale koniec końców zrobił tę maturę, chociaż dyskusji było co nie miara. Grzesiek tłumaczył, że nie musi jej mieć, bo Ronaldo to nawet czytać dobrze nie umie. Wymieniał piłkarzy bez matury. "Ale ty nie jesteś Ronaldo! Matura ma być". I jest, później skończył jeszcze studia w Lyonie. Chciałem dla niego łatwiejszego życia. Wykształcenie było do tego podstawą - mówi ojciec.

Kto widział nastoletniego Grześka w akcji, ten zapisywał jego nazwisko w notesie i wróżył karierę. Trener Michał Globisz i Andrzej Szarmach, jeden z "Orłów Górskiego", wiele w życiu widzieli. Obaj otoczyli Krychowiaka szczególną opieką. Globisz dużo go nauczył, Szarmach zadzwonił z wyjątkową propozycją. - Chodziło o przejście do Bordeaux. Grzesiek w Gdyni powoli dochodził już do ściany, więc oferta z Francji przyszła w idealnym momencie. To było zaproszenie do innego świata. Może jak ktoś wychowuje się w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu, to przeprowadzka do Bordeaux nie zrobi na nim takiego wrażenia. Ale dla chłopaka z Mrzeżyna? Kosmos. Chwilę wcześniej nie wiedzieliśmy, jak się jeździ tramwajem po Szczecinie, a teraz trzeba było wsiąść do samolotu. A którędy to? Gdzie to się idzie? 

"Po drugiej gimnazjum? Panie, on za dwa tygodnie musi już być we Francji" 

Młodzieżowy mecz Francja - Polska rozpoczął się o godz. 15, a już trzy godziny później Andrzej Szarmach zadzwonił do rodziców Grzegorza Krychowiaka, że ich syna widzi w swojej akademii Girondins Bordeaux. - Ucieszyliśmy się. Powiedziałem, że skończy drugą klasę gimnazjum i pojedzie. "Panie, on za dwa tygodnie musi już być we Francji". Decyzję trzeba było podjąć natychmiast. Kluczowe było to, że Grzesiek bardzo chciał, a my mu ufaliśmy. Miał przetarcie, bo mieszkał poza domem, odkąd skończył 12 lat - w Szczecinie i w Gdyni. On zawsze marzył o wielkich rzeczach. Od dziecka powtarzał, że chce grać w Liverpoolu, ze Stevenem Gerrardem. Siadał ze słownikiem, pisał listy do klubu i niecierpliwie czekał na odpowiedź. Przesyłali mu różne gadżety, koszulki, szaliki. Mamy gdzieś tu w domu nawet autografy Gerrarda. A skoro marzył o wielkich rzeczach, to potrzebne były wielkie kroki - wspomina ojciec Grzegorza Krychowiaka. 

Rodzice zostali zaproszeni do Francji. Mogli zobaczyć, gdzie przeniesie się ich syn, kto będzie za niego odpowiedzialny, jak będzie wyglądało jego życie. Podczas testów oglądało go kilku trenerów, później porozmawiał z nim psycholog, zbadał go lekarz. Klub zrobił wszystko, żeby uspokoić rodziców. - Grzesiek wszystko miał tam zaplanowane co do minuty: o tej do szkoły, o tej trening, o tej obiad, o tej zajęcia z francuskiego, o tej kolacja. Już w poprzednich klubach trenerzy doglądali, co robią piłkarze, ale dopiero we Francji zobaczyłem, co to znaczy prawdziwa troska klubu o zawodnika - wspomina Edward Krychowiak.

- Jak przeprowadził się do Francji, to codziennie rozmawialiśmy. Do dzisiaj nam to zostało. Nie ma dnia, żeby nie porozmawiać. Ja już po głosie wiedziałem, czy wszystko dobrze, czy problemy są, czy chory, czy tęskni. Nie musiał tego mówić, było słychać. I miał powtarzane: "Grzesiu, jakikolwiek problem, wsiadamy w samolot i następnego dnia jesteśmy u ciebie". Ale nie skarżył się. Może troszkę pochlipał mamie do telefonu, ale tylko jej. Na zewnątrz to był kozak. Twardziel. I to mu trochę zostało, on nie będzie innych zamartwiał swoimi problemami - uważa ojciec.

Polska - Japonia. Jan Bednarek"Pół Kleczewa żegnało księdza i gratulowało Bednarkom" [OJCOWIE SUKCESU]

Jak Francja wpływała na Grzegorza Krychowiaka?

- Kiedyś nazwałem go w wywiadzie Europejczykiem i zostało to źle odebrane. Jest Polakiem i nic tego nie zmieni, ale mentalnie i piłkarsko jest wychowany we Francji. Wyjechał z Polski, mając 15 lat. W tym wieku człowiek najszybciej się rozwija, chłonie świat, kształtuje charakter i wartości. Czasami widać, że Grzesiek wychował się we Francji. Jest stonowany jak oni, nie popada w skrajności. U nas przy stole rozmawia się tak, że jeden mówi przez drugiego. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, nie zwracamy nawet na to uwagi. Kiedyś Grzesiek tak milczał dłuższą chwilę, że aż zapytałem, czemu się nie odzywa. "Bo cię słucham". Uznałem, że to takie trochę niepolskie - uśmiecha się Edward Krychowiak. - Każda kultura ma coś takiego charakterystycznego dla siebie. A poznawanie kultury poszczególnych narodów jest bezcenne. Francuzi są bardziej stonowani, mają wyższe maniery. Hiszpanie mają więcej luzu, takiego życiowego optymizmu. Rosjanie są pewnie do nas bardziej podobni, ale też znajdziemy różnice. Wsiąknięcie w dany naród: poznanie języka, kultury, jest niezwykle rozwijające. Grzesiek to uwielbia. Piłka mu na to pozwala - dodaje.

- Ale ma to dobre i złe strony. Nie wypowiada się po polsku tak dobrze, jak kiedyś. Czasami mu brakuje słów, słychać ten akcent. Rozmawiamy codziennie, Grzesiek czyta po polsku, ale musi jeszcze więcej czytać i rozmawiać. Jako język obcy na maturze wybrał polski. To jakiś symbol. Dlatego musi uważać w wywiadach na to, co mówi. Kosztem polskiego uczył się innych języków: francuskiego, angielskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Zawsze to było jego celem: w każdym państwie, w którym gra, mówić w jego języku. Chodziło o to, żeby piłkarsko móc się rozwijać na jak najlepszym poziomie. Grzesiek nie chciał tracić możliwości rozwoju przez brak znajomości języka. Było wielu piłkarzy, którzy nie chcieli się uczyć języka, bo przecież mieli tylko grać w piłkę i ewentualnie posiłkować się angielskim. To nie tak. Grzesiek twierdzi, że język jest niezbędny, żeby wycisnąć z gry w danym miejscu sto procent - tłumaczy ojciec.

O tym, że Grzegorz Krychowiak interesuje się modą, prowadzi sieć swoich butików, wie wielu kibiców. Ale z czego wzięło się to zainteresowanie? - Grzesiek od dawna twierdził, że piłkarz nie musi chodzić w wyciągniętych dresach. We Francji postrzeganie piłkarza jest inne niż w Polsce. U nas bycie piłkarzem to jest coś. Żaden piłkarz nie będzie ukrywał, czym się zajmuje, bo to prestiż. We Francji piłkarz jest postrzegany mniej pozytywnie. Nie jest to prawnik ani lekarz. Grzesiek chciał udowodnić, choćby Celii, że piłkarz może nie być stereotypowy, że może się ładnie wypowiadać, może mieć wyższe wykształcenie, szerokie horyzonty, interesować się czymś więcej niż kopaniem piłki, nie musi chodzić w dresach, mieć tatuaży. Grzesiek sam z siebie nie przyznawał się do bycia piłkarzem, nie chciał być przez to zaszufladkowany w nowym towarzystwie - uważa Edward Krychowiak.

Rodzina ZielińskichZielińscy i Piotruś Pan. "Piotrek piłkarsko zawsze był taki trochę niepolski. Może brazylijski nawet"

Grzegorz Krychowiak był łasuchem, ale odkąd pani dietetyk powiedziała, że czekolada nie służy, nie zjadł nawet kosteczki

- Wie pan co jest jego największą siłą? Głowa. On ma wszystkie cechy potrzebne do robienia takiej kariery. Część wyniósł z domu, część nabył we Francji, z częścią może się urodził. Silna wola pomogła mu w pierwszych tygodniach w Bordeaux, później wyszła zawziętość i szczegółowość, którą zaszczepiliśmy mu w domu. Grzesiek był łasuchem, uwielbiał czekoladę, zawoziliśmy mu do Francji jego ulubioną. Ale któregoś dnia zadzwonił, że on już nie będzie jej jadł, bo pani dietetyk - która wtedy już się takimi dzieciakami zajmowała, podczas gdy u nas nawet u dorosłych piłkarzy dieta nie była jakaś bardzo popularna - powiedziała im, że czekolada nie służy. Od tamtej pory nawet kosteczki nie zjadł - mówi z podziwem ojciec.

- Później pani dietetyk rozpisała mu dietę, podała, ile konkretnie gramów ryżu czy kaszy ma jeść, więc Grzesiek odmierzał to wszystko co do grama. Wtedy wydawało się to wszystko trochę śmieszne, bo co za różnica te pięć ziarenek? Ale to go zaprowadziło do miejsca, w którym jest. On doszedł tam gram po gramie. On zawsze słuchał trenerów, wykonywał polecenia. W domu ceniliśmy dokładność, co później przydało się we Francji, gdzie jak powiedzieli, żeby przebiec 100 metrów, to trzeba było biec 100, a nie 98. W Bordeaux na jego miejsce czekało pięciu innych. Nie można było spóźnić się pięć minut na trening, a on punktualność miał we krwi - wspomina Edward Krychowiak.

- I to mu zostało. Grzegorz jest piłkarzem bardzo zdyscyplinowanym. On na boisku nie zrobi jednego fałszywego kroku, którego trener sobie nie życzy. Dziennikarze go atakują od lat, wpychają do reprezentacji młodych, chcą Grześka zastępować po słabszym meczu, memy powstają, żarty jakieś, a on zaraz będzie miał 80 spotkań w kadrze. Gra u każdego kolejnego selekcjonera. Żaden z niego nie rezygnuje, bo on znakomicie wypełnia taktykę. Za to kochał go Unai Emery. A żeby dobrze Grześka później ocenić, to też trzeba tę taktykę znać. Ja sam go przecież czasami pytałem, czemu on podaje do tyłu. "Tato, muszę czasami opóźniać grę, żeby lewy skrzydłowy mógł zająć swoją pozycję i był gotowy do ataku". Kibic tego nie wie, dziennikarz też, ja też, więc się może nie podobać. A trener stoi przy linii zadowolony.

- Piłkarz całe życie musi podporządkować pod zawód: chodzić wcześnie spać, nie imprezować, odrzucić używki, uczyć się języków, dbać o dietę. Jeżeli chce być na najwyższym poziomie, nie może zaniedbać żadnego z tych elementów. Grzesiek czasami wręcz przesadzał, dochodził do skrajności w tym wszystkim. A już najważniejsza w piłce jest chyba odporność psychiczna. Byłem w Warszawie na finale Ligi Europy i gdy Sevilla wygrała, mogłem wejść na środek boiska. Jak zobaczyłem te 55 tys. ludzi, poczułem się malutki. A ja nie musiałem w tym hałasie kopać piłki. Jak to wszystko huknie, nogi robią się miękkie. Presja nacisku kibiców jest gigantyczna. Ale Grzegorz psychikę ma ze stali. On ma wielką mentalność, dużą odporność. To klucz - kończy Edward Krychowiak.

Więcej o: