Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mówił o sportowym samobójstwie, ale po 10 latach trafił na idealnego trenera. "Nawet nie wiesz, jaki jesteś szybki" [OJCOWIE SUKCESU]

Dawid Szymczak
- Może przez to, że byłam pływaczką, Mateusz jest w czepku urodzony? - zastanawia się Małgorzata Klich. - Długo czekał na swój moment, na idealnego trenera, po drodze miał wzloty i upadki, ale w końcu doczekał się Marcelo Bielsy, wymarzonej ligi, kadry i wielkiego turnieju - mówi mama środkowego pomocnika reprezentacji Polski.

"Ojcowie sukcesu" to cykl, w którym w związku z Euro 2020 na Sport.pl opisujemy gwiazdy reprezentacji Polski oczami ludzi, którzy towarzyszą im od lat: rodziców, żon, rodzeństwa, przyjaciół. Pokazujemy ich od codziennej strony, opowiadamy o drodze do sukcesu. O tym, czego w meczu nie widać, a jest dla nich najważniejsze.

- Żona tyle mówi, że może ja wyjdę? Posiadanie mikrofonu ma tak duże, jak drużyny Marcelo Bielsy. 78 procent - zaśmieje się w trakcie tej rozmowy Wojciech Klich, ojciec Mateusza, a Małgorzata skontruje: - Jestem żoną i matką środkowych pomocników, więc jakie mam mieć posiadanie?

Tego wieczoru Marcelo Bielsa, trener Leeds United, idol Pepa Guardioli i Mauricio Pochettino, w żartach, anegdotach i zupełnie poważnych historiach pojawi się jeszcze wiele razy. Mateusz Klich sporo mu zawdzięcza. Rodzice twierdzą, że na takiego trenera czekał dziesięć lat. Z Polski wyjechał mając 21 i rozpoczął długą tułaczkę. W Niemczech mu nie szło: w Wolfsburgu nawet nie zadebiutował i mówił, że chce popełnić sportowe samobójstwo, a w Kaiserslautern, poziom niżej, nie było mu wiele lepiej. Za to w Holandii szło zawsze: Zwolle, Twente, Utrecht - bez różnicy. Tyle że Klich wciąż chciał więcej - lepszego klubu z mocnej ligi. Aż trafił do Leeds United trenera Bielsy i wspiął się na szczyt. Gra w Premier League, strzela gole, asystuje i wydaje się pewniakiem do składu reprezentacji Polski na Euro 2020. Rozkwitł, choć nie spodziewał się, że na to wszystko będzie czekał tak długo. Ale czas jeszcze ma. Chce grać do czterdziestki. Tylko trochę krócej od ojca.

Zobacz wideo „Można zamknąć ten dach?" zażartował Mateusz Klich wchodząc na murawę stadionu w Gdańsku

Sport w tej rodzinie jest obecny od czterech pokoleń. Prapradziadek Mateusza Klicha był bokserem, pradziadek - piłkarzem, babcia - koszykarką, dziadek - pływakiem, mama - pływaczką, tata - piłkarzem, wujkowie - piłkarzami, siostra - pięcioboistką, szwagier - siatkarzem.

- Pierwszym słowem, jakie Mateusz powiedział, była "dra", czyli gra, czyli piłka. Tak na nią wołał. Jak miał siedem miesięcy to już chodził i ciągle chciał "drę". Jak był już trochę starszy, to nikt na podwórku nie chciał z nim grać, bo był za mały i za drobniutki. Musieliśmy namawiać: "Chłopcy, zagrajcie z nim, weźcie go do składu, on umie grać". A później znowu nie bardzo go chcieli, bo okazywał się za dobry - wspominają Małgorzata i Wojciech Klichowie.

Tymoteusz Puchacz"Kiedy po raz pierwszy usłyszałam "Kante", pomyślałam: "Boże, jak ja ludziom w oczy spojrzę?""

W szkole był jednym z największych łobuzów. Ale nagany nigdy nie dostał, wszystko załatwiał uśmiechem

Mateusz Klich miał zostać pływakiem, jak dziadek i mama, którzy byli jego pierwszymi trenerami. Ale w basenie spisywał się tak, że mama bez większego żalu wysłała go na boisko do ojca. Wojciech Klich sam był piłkarzem - 84 razy zagrał w ekstraklasie, strzelił dwa gole - później został trenerem. Dużo później, bo z boiska zszedł dopiero mając 46 lat. - Chociaż trzeba zaznaczyć, że końcówka to już była amatorka. W 2000 roku, gdy grałem w drugiej lidze w Stali Stalowa Wola, podczas meczu złamali mi nogę. Pamiętam jak dziś: zagrałem piłkę, postawiłem stopę na ziemi i przeciwnik wszedł mi wślizgiem prosto w łydkę. Usłyszałem, jak łamie się kość. Noga na sześć miesięcy w gips, sześć kolejnych miesięcy rehabilitacji. Miałem wtedy 35 lat i już na ten najwyższy poziom nie wróciłem. Dobrych dziesięć lat jeszcze za piłką pobiegałem, ale jak już miałem te 46 lat, to trzeba było zejść. Wkurzało mnie, jak mi z trybun krzyczeli: "Dziadek, odpuść już".

- A teraz mecze Mateusza ogląda tak, że bez kija nie podchodź. Oczywiście dodatkowo ten mecz nagrywa i później ogląda jeszcze raz, już bez takich emocji. Po zakończeniu Mati zawsze dzwoni i na gorąco sobie analizują: ojciec widział sprzed telewizora, on z boiska, więc wymieniają opinie. Nie ma cukrowania - mówi Małgorzata Klich.

- Mateusz gra na tej samej pozycji, co ja, więc te podstawowe atuty ma podobne. Mnie lepiej wychodziło strzelanie rzutów wolnych. W ogóle lubiłem uderzyć z dystansu. Szkoda, że Mati tak rzadko się na to decyduje. Mnie bardzo cieszyły gole. Mateusza oczywiście też, ale jego równie mocno potrafią cieszyć wymuskane podania. Później się zachwyca: "Ale mu dałem piłeczkę, co?". Wytrzymałość mamy podobną, bo ja też mogłem cały mecz biegać od jednego pola karnego do drugiego. Syn jest kreatywniejszy, bardziej pracowity - przyznaje Wojciech Klich.

Polska - Japonia. Jan Bednarek"Pół Kleczewa żegnało księdza i gratulowało Bednarkom" [OJCOWIE SUKCESU]

- Obaj, Mateusz i Wojtek, mają świetne poczucie humoru i dystans do siebie. Przy stole zawsze jest dużo szydery. Jak Mati usiądzie z ojcem i zaczną żartować, to mogą tak cały wieczór. Z siebie nawzajem, ze mnie, ze starych historii. Mateusz nie ma twarzy prywatnej i publicznej, więc kibice widzą go takim, jakim jest. Ma jedną twarz: wiecznie uśmiechniętą od ucha do ucha. Nawet po ostatniej konferencji w Opalenicy go pytałam, czy kiedyś ugryzie się w język. Wypalił przecież, że najlepszym pomocnikiem w Premier League jest N’Golo Kante, drugim Kevin De Bruyne, a trzecim on. To jest właśnie jego poczucie humoru, jego sposób bycia - uśmiecha się pani Małgorzata. - Nie wiem, czy widziałem go kiedyś w pełni poważnego. Ma to po mnie. Jak ktoś znajomy widzi, że się nie odzywam przez dwie minuty, to zaczyna pytać, czy wszystko dobrze, czy nic się nie stało. Taka natura, że codziennie mam dobry humor - dodaje pan Wojciech.

- W szkole był jednym z największych łobuzów, a nigdy nikt go nie ochrzanił, bo tym uśmiechem potrafił wszystko załatwić. To był cwaniaczek, pełen radości życia. Jego córeczka jest taka sama! Nigdy nie był monotematyczny, nie ograniczał zainteresowań tylko do piłki. Wszystkiego próbował. Lubił graffiti, chociaż czasami przesadzał i malował markerami w pociągach. Sokiści go gonili, raz złapali i nie dojechał z Tarnowa na mecz Cracovii. Muzyka, rap, golf - to go pochłania. Wiadomo, że Mateusz jest już dorosłym facetem, ojcem, ale tak naprawdę ciągle ma w sobie dziecko. Jeszcze niedawno na święta dostawał klocki lego, bo lubi spędzać przy nich czas - mówi mama.

"My przed telewizorem, wykupiony jakiś "Sky", święto prawie jak Wigilia, a jego nigdzie nie ma, nawet na ławce. Myślałam, że się popłaczę"

Małgorzata Klich: - Za nim droga pełna wzlotów i upadków. To, że ten chłopak się w pewnym momencie nie załamał i doszedł tam, gdzie jest… Zawdzięcza to tylko sobie: swojej sile i uporowi. Dzięki temu w końcu trafił na idealnego trenera - Marcelo Bielsę. Mateusz musi mieć trenera, który mu ufa. W Niemczech nie miał do takich szczęścia. On nie może podczas meczu myśleć, że jak zawali jedną czy dwie piłki, to będzie skreślony. Musi mieć pewność, że po jednym błędzie nie usiądzie na ławce. A w Kaiserslautern go sadzali.

Wojciech Klich: - W sobotę strzelał gola, grał dobrze, a w kolejnym spotkaniu był na trybunach albo na ławce. Sam nam mówił, że nie może mieć w meczu choćby jednego niecelnego podania, bo będzie skreślony. To go blokowało. Bywał sfrustrowany, mówił, że za chwilę popełni sportowe samobójstwo, że nie chce już grać w piłkę, bo wali głową w mur i ma dosyć. Starał się, próbował, a nie dostawał szans.

Rodzina ZielińskichZielińscy i Piotruś Pan. "Piotrek piłkarsko zawsze był taki trochę niepolski. Może brazylijski nawet"

Małgorzata Klich: - Zdarzały się sytuacje upokarzające. Trener Wolfsburga - Felix Magath - po dwóch czy trzech miesiącach zabrał go na mecz do Dortmundu. Mati zadzwonił do ojca taki zadowolony, że trener docenił jego pracę na treningach, więc może zadebiutować. My przed telewizorem, wykupiony jakiś "Sky", święto prawie jak Wigilia, a jego nigdzie nie ma, nawet na ławce. Po meczu znów zadzwonił: "Byłem przebrany, ale usiadłem na trybunach. Trener powiedział, że dobrze trenowałem cały tydzień, więc wziął mnie w nagrodę". Myślałam, że się popłaczę. Dobrze, że z Mateuszem była Magda, jego partnerka. Odegrała w tym wszystkim dużą rolę. Cały czas wspierała, znosiła to wszystko razem z nim.

Wojciech Klich: - Najważniejsze, że się wtedy nie poddał i nie zawrócił. Wielu polskich piłkarzy w takiej sytuacji rzuca ręcznik, wraca do ekstraklasy i już nigdy z niej nie wyjeżdża. Mateusz z Magdą prawie co roku zmieniali wtedy miejsce zamieszkania. Syn w Holandii zawsze się odbudowywał. Wszystko mu tam pasowało: styl gry w lidze idealny pod niego, styl życia skrojony pod niego, bo też jest luzakiem. Różnica między Niemcami a Holandią - i w grze w piłkę, i w codziennym życiu - jest ogromna. Kluczowe było Zwolle. Wygrał puchar, wyrobił sobie dobrą markę w Holandii i właściwie po każdym zakręcie mógł tam wychodzić na prostą. Do dzisiaj go tam doceniają, zapraszają na ważniejsze mecze. Mati jest wesoły, dowcipny i bardzo otwarty do ludzi. I w Holandii za to go pokochali, ale w Niemczech ten uśmiech wiele osób wkurzał. W Anglii trener Bielsa rozumie, jaki jest Mateusz. Uśmiech na treningu nie oznacza u niego braku koncentracji.

Małgorzata Klich: - Szczerze? Jako mama mogę z perspektywy czasu powiedzieć, że to podcięcie skrzydeł w Niemczech poniekąd było dobre. Wyjechał z Krakowa jako gwiazdor, wszyscy mu naopowiadali, że jest świetny, doskonały, bo w juniorach strzelił parę goli, a później to samo robił w seniorach. W Wolfsburgu przeszedł gehennę, ale wyjeżdżał stamtąd silniejszy jako człowiek, dojrzalszy i bardziej samodzielny, bo dostał lekcję pokory i lekcję futbolu. Widział na treningach, co robi z piłką Kevin de Bruyne.

Premier Klich, czyli dobrze grać u Marcelo Bielsy

W Tarnowie, na płocie za domem państwa Klichów, wisi duży baner z napisem "Premier Klich" i logiem najlepszej angielskiej ligi. Rodzice przywieźli go z Anglii, z meczu Leeds United - Wigan Athletic. Był kwiecień, końcówka pierwszego sezonu Marcelo Bielsy w Leeds i pierwszego Mateusza Klicha po powrocie do Anglii z wypożyczenia w Utrechcie.

- Spodziewaliśmy się, że ten awans do Premier League przyjdzie już w tamtym sezonie, bo Leeds już wtedy grało najlepszą piłkę w Championship, długo było liderem, ale w końcówce się to posypało. Właśnie w tym meczu z Wigan: Pablo Hernandez nie strzelił karnego, ale Patrick Bamford dał prowadzenie. Przewaga była gigantyczna, ale Wigan strzeliło dwa gole i wygrało. Z tego meczu mamy ten transparent. Byli na nim kibice z Polski i chcieli go wywiesić na stadionie, ale nie pozwoliła im ochrona. Siedzieli niedaleko nas. I chyba rzeczywiście Mateusz jest do mnie podobny, bo podeszli i zapytali, czy jesteśmy jego rodzicami. Dali nam ten transparent na pamiątkę, bo już nie chcieli z nim wracać do Polski. I powiedzieli: "Może się jeszcze przyda". Przechowaliśmy go cały rok i po awansie powiesiliśmy tutaj na płocie - wspomina Małgorzata Klich.

'Premier Klich' na płocie za domem państwa Klichów'Premier Klich' na płocie za domem państwa Klichów Małgorzata Klich

Rodzice Mateusza Klicha nie mają wątpliwości - nie byłoby tego wszystkiego: awansu do Premier League, dziewiątego miejsca w tym sezonie, efektownej gry i sukcesów syna - 4 goli i 5 asyst - gdyby nie Marcelo Bielsa. W tym domu Argentyńczyka otacza się czcią. Rozpędził karierę Mateusza, ale już wcześniej jego metody oraz osobowość ciekawiły i imponowały Wojciechowi Klichowi.

- Jak pojawiła się informacja, że Bielsa objął Leeds, mąż był zachwycony. Później codziennie pytał Matiego, jaki jest ten Bielsa. A Mateusz przez kilka pierwszych dni w ogóle go nie widział, treningi prowadzili za niego asystenci, bo on w tym czasie oglądał wszystkie mecze Leeds z poprzedniego sezonu i o każdym wyrabiał sobie wstępną opinię. Mati po kilku tygodniach mówił, że się nie może doczekać kolejnych treningów. Był zachwycony. A sezon później, po awansie do Premier League, nie mógł się doczekać startu kolejnego sezonu. Czekał na te mecze. Ta liga to najlepsza bajka dla piłkarza. Przez lata oglądał ją w telewizji, a za chwilę miał do niej wejść - wspomina Małgorzata Klich.

- Każdy by chciał pracować z Bielsą i zobaczyć, jak wyglądają treningi, jak funkcjonuje jego zespół i cały klub. To bardzo ciekawy człowiek, z niecodziennymi metodami, inspirującym spojrzeniem na piłkę. Na pewno u niego najważniejsza jest ciężka praca. Mati mówi, że nie ma różnicy, czy jest piątek, czy poniedziałek. Na przedmeczowym treningu i na pomeczowym musisz dawać z siebie tyle samo. Wszystko. Bielsa to mistrz w wykorzystywaniu możliwości każdego zawodnika. On wie o piłkarzach więcej niż oni sami o sobie. W Matim zobaczył potencjał, o którym on sam nie wiedział - mówi Wojciech Klich.

Robert Lewandowski"Wybija 23. Lewy prosi, by ściszyć muzykę. Czasem przestaje być robotem i krzyczy: Nie spać!"

- Piłkarze chcą się dla niego starać. Pamiętam jedną z pierwszych sytuacji, która dodała Mateuszowi wiary. On nie należy do szybkich zawodników, a Bielsa mu powiedział z pełnym przekonaniem: "Ty jesteś szybki, nawet nie wiesz, jak jesteś szybki. Tylko na razie zupełnie tego nie wykorzystujesz". Mati się zaczął zastanawiać, uwierzył trenerowi. Bo szybkość to też myślenie, przyjęcie i natychmiastowe podanie. Bielsa wielu zawodników brał tak pod włos. Mówił im coś, o czym sami nigdy nie myśleli, a później zaczynali mu wierzyć, bo szły za tym świetne wyniki - uważa ojciec Mateusza Klicha.

- Jak Bielsa przyszedł do klubu, to Mateusz wracał z wypożyczenia do Utrechtu. Trener już wszystkich piłkarzy miał wstępnie przeanalizowanych, więc podzielił ich na trzy grupy: pewniacy do pozostania w klubie, piłkarze do zastanowienia, zawodnicy do odejścia. Mati był w drugiej grupie. Ucieszył się, że nie wylądował z miejsca w tej trzeciej. Mógł powalczyć - wspomina pan Wojciech. - Trener Bielsa nie słucha nikogo. Sam wie najlepiej. Nie wyrobił sobie zdania o Mateuszu na podstawie tego, co działo się w jego karierze, tylko dał mu czystą kartę. Chciał go poznać - dodaje pani Małgorzata.

- Mati pokazał mu się z dobrej strony, ale pomogła mu też kontuzja środkowego pomocnika z tej pierwszej grupy. Wszedł w jego miejsce, zagrał dobrze w sparingach i wkupił się w łaski trenera. Chociaż raz do mnie zadzwonił i mówił: "Tato, mister chce ze mnie środkowego obrońcę zrobić! Testował mnie tam, nie wiem, jak to będzie". Na szczęście został na swojej pozycji, w pierwszym meczu sezonu strzelił gola i już nie wypadł z pierwszego składu. Przez dwa sezony grał wszystko. Prawie wszystko… - śmieje się pan Wojciech.

Chodzi o końcówkę sezonu 2019/2020. Piłkarze Leeds awansowali do Premier League bez wychodzenia z domu - ich główny rywal West Bromwich Albion niespodziewanie przegrał z Huddersfield Town i wiadomo było, że Leeds już nie dogoni. Piłkarze ruszyli świętować. Szampan lał się strumieniami. W końcu ich klub po 16 latach wracał do elity. Dwa dni później w wyjazdowym meczu z Derby County Klich nie pojawił się na boisku, bo miał kaca.

- Na to wszystko było przyzwolenie. Piłkarze, trenerzy, kibice - wszyscy się bawili. Było co świętować, chociaż Matiemu było później trochę żal tego jednego meczu, bo nie skompletował przez to dwóch pełnych sezonów. W tak intensywnej lidze jak Championship, u takiego trenera jak Bielsa, to spore osiągnięcie - mówi Małgorzata Klich.

W takiej sytuacji jak Polak było tego popołudnia wielu piłkarzy Leeds. Ból głowy nie wpłynął znacząco na ich formę. Wygrali 3:1 i przypieczętowali mistrzostwo Championship. Po tym meczu Mateusz Klich tańczył na murawie break dance.

Ten moment, gdy grają hymn dla twojego dziecka

- Mateusz czekał na takiego trenera dziesięć lat. Na początku kariery miał trenera Oresta Lenczyka, od którego bardzo wiele się nauczył, a po latach trafił na Bielsę - mówi Wojciech Klich. - Nie ma przypadku, że obaj to bardzo doświadczeni trenerzy. Tacy ludzie potrafią z Mateuszem pracować: inny przekaz, często inne wartości. Mateusz z Paulo Sousą, który też do życia podchodzi z uśmiechem, bardzo szybko złapał wspólny język - uważa mama Mateusza.

- Trener Sousa wysyłał Matiemu wycinki z jego meczów w Leeds, żeby niektóre zachowania przeniósł do reprezentacji. Też ma dużo biegać, też ma być wszędobylski, choć oczywiście styl gry jest inny. W Leeds te schematy trenują po dwa razy dziennie przez parę miesięcy, dlatego później ta drużyna działa jak automat. Leeds przypomina teraz taką normalną pracę 9-16. Wspólne śniadanie, wspólny obiad, treningi. Piłkarze mają swoje pokoje, żeby między nimi móc się zdrzemnąć. Trener chce, żeby przebywali ze sobą tak długo, by rozumieli się bez słów. W reprezentacji to niemożliwe. Byliśmy w Opalenicy, atmosfera świetna, widać, że wszyscy się lubią, że selekcjoner i cały jego sztab jest niezwykle otwarty i serdeczny. Ale więcej zrobić się nie da. Zaraz turniej - mówią rodzice.

- To Bielsa powiedział niedawno w wywiadzie, chyba dla polskiej telewizji, że Mateusz jest piłkarzem, który kibicowi może się nie podobać, bo nie gra przesadnie efektownie i nie wpada w oko, ale każdy trener się w nim zakocha, bo jest niezwykle pożyteczny dla zespołu - przypomina Małgorzata Klich.

- Gra w reprezentacji Polski to dla Mateusza wielki honor. Świetne przeżycie. A dla nas? Nic w piłce nie wzrusza bardziej niż ten czas w trakcie hymnu, gdy dziecko stoi na środku w biało-czerwonym stroju i reprezentuje kraj. Miałam jako trenerka kilku pływaków, dla których grali hymn. Też się wzruszałam, też byłam dumna. Ale nie da się tego porównać do chwili, w której ten hymn grają dla twojego dziecka.

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ