Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Kiedy po raz pierwszy usłyszałam "Kante", pomyślałam: "Boże, jak ja ludziom w oczy spojrzę?"" [OJCOWIE SUKCESU]

Dawid Szymczak
- Trzeci dzień koronawirusa, a on zadzwonił do klubu, żeby przywieźli rowerek stacjonarny. Tymek ma obsesję na punkcie treningu. Może wrócić z meczu o czwartej nad ranem, ale jak ma umówiony trening personalny na 10, to nie ma zmiłuj. Wszystko pod linijkę - mówią rodzice Tymoteusza Puchacza, który wypracował powołanie do kadry na Euro.

"Ojcowie sukcesu" to cykl, w którym w związku z Euro 2020 na Sport.pl opisujemy gwiazdy reprezentacji Polski oczami ludzi, którzy towarzyszą im od lat: rodziców, żon, rodzeństwa, przyjaciół. Pokazujemy ich od codziennej strony, opowiadamy o drodze do sukcesu. O tym, czego w meczu nie widać, a jest dla nich najważniejsze.

Pracowity jest po mamie, talent ma po tacie. Małgorzata Puchacz jest dyrektorką szkoły podstawowej w Świebodzinie i przyznaje, że od lat praca niesamowicie ją pochłania. Tymek tym nasiąknął. Andrzej Puchacz był napastnikiem, grał w trzeciej lidze, trzy razy zostawał królem strzelców i przynosił do domu telewizory. Taką nagrodę co roku najlepszemu strzelcowi przyznawał sponsor. Kibice porównywali go do Alana Shearera, miał instynkt. - Co ci mówili trenerzy? Miałeś talent, ale nie chciało ci się pracować - uśmiecha się do męża pani Małgorzata. O ich synu trenerzy mówią inaczej: czasami z pracą wręcz przesadza. Gdy dają mu trzy tygodnie urlopu, on prosi o maksymalnie jeden. Przyjeżdża na święta, ale długo nie wysiedzi, musi przynajmniej iść pobiegać. W akademii we Wronkach trenował nawet po zmroku. Dogadał się z gospodarzem, że będzie mu włączał oświetlenie.

Zobacz wideo "Sto lat..." zaśpiewali koledzy z drużyny dla Tomasza Kędziory. Obrońca reprezentacji Polski skończył 27 lat

Z rodzicami Tymoteusza Puchacza spotykam się podczas zgrupowania kadry w Opalenicy. Rozmawiamy w parku przylegającym do hotelu. To miejsce dobrze im się kojarzy. To tutaj podczas zgrupowania latem 2019 r. ich syn dobrą grą w sparingach wywalczył sobie miejsce w Lechu, chociaż klub planował kolejny raz go wypożyczyć. I to tutaj walczy o względy Paulo Sousy. Z powodzeniem. W sparingowym meczu z Rosją zadebiutował w reprezentacji. Z Islandią wyszedł w pierwszym składzie.

Rodzina ZielińskichZielińscy i Piotruś Pan. "Piotrek piłkarsko zawsze był taki trochę niepolski. Może brazylijski nawet"

- Od lat znamy się z Kędziorami, rodzicami Tomka. Przyjaźnimy się: wspólne wyjazdy na wakacje, mecze, spotkania w święta. Tymek zaczynał grać w piłkę z Tomkiem u nich na podwórku. Mali, zadziorni, a między nimi kręcił się pies. Dzieli ich pięć lat, więc wszędzie się mijali. Kiedy Tymek rozpoczynał naukę w gimnazjum, Tomek już je ukończył. Gdy Tymek dołączał do akademii we Wronkach, Tomek już trenował w Poznaniu. Miałyśmy z mamą Tomka takie marzenie, żeby kiedyś nasi synowie zagrali razem przy Bułgarskiej. Udało się w 2017 r., wprawdzie nie był to mecz w Poznaniu, bo Tymek debiutował w wyjazdowym spotkaniu ligowym przeciwko Termalice, wchodząc na boisko w 80 minucie, ale i tak sprawiło to nam ogromną radość. Teraz wystąpili razem w reprezentacji Polski przeciwko Rosji. Zawsze powtarzałam synowi: "Żeby coś się zdarzyło, żeby mogło się zdarzyć, trzeba marzyć" - opowiada Małgorzata Puchacz.

Tomasz Kędziora i Tymoteusz Puchacz. Dzisiaj reprezentanci PolskiTomasz Kędziora i Tymoteusz Puchacz. Dzisiaj reprezentanci Polski archiwum rodziny Puchaczów

Andrzej Puchacz: "Jeśli Tymek się na coś uprze, nie da się go wyhamować"

Tymoteusz Puchacz marzył, ale i ciężko pracował, by te marzenia spełnić. Będąc wypożyczonym do Zagłębia Sosnowiec trenował tak dużo i ciężko, że niektórzy piłkarze uznali, że robi to pod publiczkę. O swoim typowym dniu treningowym w Sosnowcu opowiedział w "Przeglądzie Sportowym". - Najczęściej wstawałem wcześnie rano i biegałem, mniej więcej pół godziny. Następnie jechałem do klubu i godzinę przed zajęciami z zespołem szedłem do siłowni. Następnie trening z drużyną, po nim zostawałem jeszcze zrobić ćwiczenia, które rozpisał mi trener personalny z Poznania Piotr Kurek. Potem do domu, coś zjeść i w pociąg do Rudy Śląskiej na zajęcia typowo piłkarskie u Michała Nawrata z "Personal Football Assistance". Wreszcie powrót i w mieszkaniu jeszcze włączałem sobie muzykę i albo się rozciągałem, albo żonglowałem piłką, próbując odtworzyć sztuczki obejrzane w internecie. Do tego, kiedy nie grałem w meczu wyjazdowym, po powrocie do Sosnowca, powiedzmy o pierwszej w nocy, szedłem do klubowej siłowni i ćwiczyłem jakoś do czwartej rano. Potem dom, zaraz po obudzeniu bieganie i następnie trening wyrównawczy. Byłem nastawiony na pracę. Tylko to się dla mnie liczyło.

Małgorzata Puchacz: - Tymek bardzo wcześnie nauczył się ciężkiej pracy. Kończąc szkołę podstawową, zdecydował, że będzie kontynuował naukę w gimnazjum sportowym w Zielonej Górze. To wymagało wyrzeczeń: wstawał po piątej, by z sąsiadką dojechać na lekcje i dopiero około godz. 18 wracał autobusem do domu. Mieszkamy w Chociulach pod Świebodzinem. To mała miejscowość, więc musiałam po niego wyjeżdżać i czekać na przystanku przy głównej trasie. Bywało tak, że po drodze zasypiał, nie wysiadał, więc jechałam za tym autobusem do Świebodzina, żeby go obudzić i zabrać do domu.

Tymoteusz Puchacz z pierwszą piłkąTymoteusz Puchacz z pierwszą piłką archiwum rodziny Puchaczów

- Bardzo poważnie podchodzi do treningów. Jak przyjeżdża do domu na przerwę zimową, to takiej faktycznej przerwy ma jeden dzień. Następnego dnia już trenuje. Wtedy zazwyczaj ma rozpisane treningi biegowe, więc ja wsiadam na rower, przyczepiam latarkę i jadę za nim. Czasami trudno nadążyć. Albo Wielkanoc. Siedzimy przy stole, jest rodzina, ale przychodzi konkretna godzina, Tymek na chwilę wszystkich przeprasza i idzie zrobić trening. Nie ma wyjątków, nie ma odpuszczania. Czasami przesadza. Trzeci dzień koronawirusa, a on zadzwonił do klubu, żeby przywieźli do domu rowerek stacjonarny. Na szczęście w klubie się na to nie zgodzili i dostał sprzęt dopiero po tygodniu. Na punkcie formy naprawdę ma obsesję.

Andrzej Puchacz: - Już we Wronkach tak było. Po cichu dogadał się z gospodarzem, żeby mu włączał światło na boisku. Wieczorami robił sobie dodatkowe treningi, co nie zawsze podobało się trenerom.

Małgorzata Puchacz: - My też się baliśmy, że któregoś dnia przesadzi i odbije się to na jego zdrowiu. Zawsze jednak powtarzał: znam swoje ciało, znam swój organizm, wiem, ile mogę zrobić. Ale nie przekonywało nas to, bo jak miał 16 czy 17 lat, to tego ciała wcale tak doskonale nie znał. 

Andrzej Puchacz: - I w końcu w Sosnowcu rozbudował się za bardzo, stracił tę swoją szybkość i dynamikę. Trenował wtedy za ciężko, nikt nie miał nad tym kontroli. 

Małgorzata Puchacz: - Na szczęście od czterech lat już się tym nie przejmuję, bo Tymek pracuje z Piotrem Kurkiem, czyli Gatuno. Wiem, że jest w dobrych rękach. Gatuno jest dla Tymka autorytetem, bardzo wierzy w jego umiejętności i podporządkowuje się całkowicie. Plan wypełnia co do powtórzenia. Co powie trener, to jest święte. Podczas zgrupowania reprezentacji też są w kontakcie. Dzisiaj mają w planach górę, czyli ćwiczenia na górne partie ciała.

- Do treningów podchodzi bardzo poważnie. Może wrócić z meczu o czwartej nad ranem, położyć się spać o piątej, ale jak ma umówiony trening personalny na 10, to na niego na pewno dotrze. Nie ma zmiłuj. Wszystko pod linijkę. Podobnie jest z dietą. Przestrzega jej bardzo rygorystycznie. Nie je mięsa w tygodniu, twierdzi, że dzięki temu lepiej się czuje, na steka z grilla czy strogonowa pozwala sobie tylko po meczu. Ale miał też okres, że nie jadł go w ogóle. I proszę mi wierzyć, że jeśli on powie, że coś wyrzuca ze swojego menu, to nic tego nie zmieni. Jego koledzy czasami po sezonie pozwalali sobie na pizzę, colę czy jakieś chipsy, ale nie on. Ma bardzo silny charakter.

Robert Lewandowski"Wybija 23. Lewy prosi, by ściszyć muzykę. Czasem przestaje być robotem i krzyczy: Nie spać!"

Andrzej Puchacz: - Parę lat temu miał dietę pudełkową. Wyliczone 2500 tys. kalorii dziennie. Mówiliśmy mu z żoną, że to za mało, przy wysiłku, który codziennie sobie zapewnia.

Małgorzata Puchacz: - Była taka sytuacja w Katowicach, że robiąc ze mną zakupy, zasłabł w sklepie z przemęczenia. Bardzo się wystraszyłam. Zostałam z nim na dłużej. Nie wróciłam do domu w niedzielę, jak planowałam, tylko we wtorek. Chciałam go poobserwować. Zadzwoniłam do klubu, żeby mu zrobili badania, skonsultowałam się też z naszą lekarką rodzinną. No i odstawiłam te pudełka. Powiedziałam: „Teraz matka ci tutaj przygotuje porządne posiłki". 

Andrzej Puchacz: - Jeśli Tymek się na coś uprze, nie da się go wyhamować.

Tymoteusz Puchacz od dziecka chciał zostać piłkarzemTymoteusz Puchacz od dziecka chciał zostać piłkarzem archiwum rodziny Puchaczów

Jaki jest Tymek? "Najlepszy na świecie. To cudowny człowiek"

Tymoteusz Puchacz gra na najwyższym poziomie regularnie od dwóch lat. Ale patrząc na to, ile w tym czasie się u niego wydarzyło, aż trudno uwierzyć, że tak krótko. Wicemistrzostwo Polski, awans do Ligi Europy, ale i całkowity zawód w ostatnim sezonie. A poza boiskiem rapowa piosenka i garść pamiętnych wypowiedzi. Wystarczy spędzić chwilę na jego Instagramie, by przekonać się jak kolorowy to piłkarz: mnóstwo zdjęć z przyjaciółmi, zdjęcia mamy, mecze, treningi, wspieranie schronisk, popieranie akcji społecznych, tatuaże, muzyka.

- Nigdy nie chcieliśmy hamować go w wyrażaniu siebie. Ale czasami mu powtarzam, żeby ważył słowa. Szczerość zawsze była u nas w domu na pierwszym miejscu, brzydzimy się kłamstwem. Tyle że czasami warto coś przemilczeć. "Nie musisz się cały odkrywać, zachowaj coś dla siebie" - powtarzam mu. Widzę, że pracuje nad tym, staje się rozważniejszy i bardziej wstrzemięźliwy w swych wypowiedziach. Czasami jednak wyrywa się zdania z kontekstu i robi z tego aferę. Choćby to, że "Mainz mogłoby przyjechać do Poznania i dostać od Lecha w trąbę". Z pewnością lepiej by wybrzmiało, że ten zespół mógłby z Lechem przegrać i może wtedy nie byłoby tego całego medialnego hałasu. Ale Tymek jest młodym człowiekiem, posługuje się slangiem i nie ma w tym nic złego - wyjaśnia mama. 

- Z takimi sytuacjami on radzi sobie dużo lepiej od nas. On nie czyta tekstów ani komentarzy o sobie. Czasem mu wysyłam jakiś artykuł o nim, to dzwoni i przypomina, że umowa była inna i mam mu niczego nie pokazywać. Odcina się od tego. Ja się tym wszystkim bardzo denerwuję, więc też próbuje zarazić mnie swoim podejściem nieczytania. Słabo to znoszę. Wiem przecież, jakim jest człowiekiem, jak się zachowuje - mówi ojciec.

- Jaki jest? - pytam. 

- Najlepszy na świecie - wzrusza się Małgorzata Puchacz. - Chyba każda matka tak myśli o swoim dziecku. To cudowny, młody człowiek. Niezwykle ambitny, odważny, asertywny, a do tego troskliwy i wrażliwy. To nasz powód do dumy, powód do radości. Nigdy nie sprawiał żadnych problemów. Powtarzałam mu moje motto życiowe. Chciałam, żeby przestrzegał tej zasady. Mówiłam: "Synu, żyj tak, żeby nikt nie musiał przez ciebie płakać". Chciałam, żeby wyrósł na szczęśliwego i spełnionego człowieka, i to się chyba udało. Wszystkim mamom życzę, żeby mogły cieszyć się swoimi dziećmi. Dla mnie to ogromna radość, że Tymek jest w tym miejscu, bo sobie na to zwyczajnie zasłużył. Wypracował to powołanie - uważa. 

"Taki prezent dostałam od syna"

- Ja nawet nie wiem, czy w tym sukcesie więcej jest talentu czy jego pracy. To może wydać się śmieszne, bo jeżdżę na jego mecze, oglądam wszystkie, ale nie potrafię powiedzieć, czy on jest utalentowany. Na boisku widzę tylko jego, do nikogo go nie porównuję. Mąż zna się na piłce, ja niespecjalnie - uśmiecha się mama. - 50 procent sukcesu zawdzięcza ciężkiej pracy, 50 procent talentowi - szacuje ojciec. - To przypadek podobny do Tomka Kędziory. Do pewnego momentu zaprowadził ich talent, ale jeszcze dalej poszli dzięki pracowitości. Bez talentu nikt by Tymka nie powołał do kadr wojewódzkich, bo w tak młodym wieku o powołaniach decyduje głównie talent, naturalne predyspozycje. Dopiero później w grę wchodzi pracowitość i sumienność - uważa Andrzej Puchacz. 

Silną więź Tymoteusza z rodzicami da się wyczuć już po kilkunastu minutach spotkania. Nie chodzi tylko o słowa. Mimika, ton głosu, nieświadomie wkradający się na twarz uśmiech, gdy tylko mówią o Tymku. - Wśród jego kolegów mam opinię trochę nadopiekuńczej, ale wszyscy wiedzą, że mamy go jednego, więc starają się zrozumieć. Sam Tymek nie ma z tym problemu, nie stawia oporu. Jesteśmy zawsze z nim: na meczach, na zgrupowaniach. Jeśli to możliwe, za każdym razem nas zaprasza. Zawsze była między nami przyjacielska relacja, codziennie się ze sobą kontaktujemy, rozmawiamy o tym, jak minął dzień. I on, i my potrzebujemy tego kontaktu - uważa Małgorzata Puchacz.

- Na pewno ma swój styl bycia i styl ubierania. Nie wszystko mi się podoba. Chciałabym, żeby mniej eksperymentował ze swoimi fryzurami i tatuażami. To tak naprawdę jedyna rzecz, którą robi, chociaż wie, że mi się nie spodoba. Ale coś takiego nas nie poróżni. To dorosły facet, nie mogę mu zabronić pewnych rzeczy. Nie lubię też takich szerokich, wytartych ciuchów. Ale znów - jego sprawa. Ostatnio była tylko dyskusja przed Galą Ekstraklasy. Trzeba było przypomnieć, co znaczy słowo "gala" i z czym się wiąże. Są sytuacje, w których trzeba ubrać się stosownie, a Tymkowi bardzo trudno przychodzi włożenie garnituru - uśmiecha się mama.

- Muzyka towarzyszy mu na każdym kroku. Wstaje i od razu włącza głośnik. Rap to jego pasja, choć nie jestem dumna z piosenki, którą nagrał. Miałam przyjemność poznać Janka Rapowanie, który nagrał z nim tę piosenkę. To przemiły chłopak. Mówię do nich: „Panowie, wy, z wychowaniem, kulturą i taktem, i te wulgaryzmy? To nie idzie w parze". Tłumaczyli mi, że w taki sposób się wyrażają i to normalne. Rozumiem to. Tymek przy mnie nigdy nie przeklina, w ogóle wydaje mi się, że przy kobietach tego nie robi i wyraża w ten sposób swój szacunek do nich. Ale w tych piosenkach… Dla mnie to trudne. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam "Kante", pomyślałam: "Boże, jak ja ludziom w oczy spojrzę?" - śmieje się Małgorzata. A uczniowie? Jestem wobec nich naprawdę wymagająca, zabiegam o to, by dbali o kulturę języka, a tutaj taki prezent dostałam od syna. Ale to już dorosły człowiek, sam odpowiada za to, co robi. 

24.03.2019 Warszawa. Kamil Glik podczas meczu eliminacji Mistrzostw Europy Polska - Łotwa"Kamil w kółko mówił tylko, że tragedia. Oboje płakaliśmy do telefonu" [OJCOWIE SUKCESU]

Jak płakać po meczu drużyny, którą widzi się pierwszy raz w życiu? "Jestem kibicem Tymka"

- Zawsze bardzo kibicowałam Lechowi Poznań, ale teraz okazało się, że te uczucia mogę błyskawicznie przenieść na inny klub. Jestem po prostu kibicem Tymka. I czy on będzie grał w Lechu, Unionie Berlin czy Wodze Chociule, to będę trzymała kciuki za niego i jego zespół - mówi mama Tymoteusza Puchacza. - Union już po podpisaniu kontraktu z Tymkiem grał ostatni mecz w sezonie z RB Lipsk, wygrana dawała mu awans do Ligi Konferencji. Syn pojechał na to spotkanie. Sama się nie spodziewałam, że będę przeżywała przed telewizorem takie emocje. Pierwszy raz w życiu widziałam mecz tego zespołu, nie znałam absolutnie żadnego piłkarza, a zwariowałam, gdy w doliczonym czasie strzelili gola, który dał im awans. Gęsia skórka, łzy, bo wygrali. I myślę sobie: "przecież ja w ogóle nie znam tej drużyny". Ale wystarczyło mi to, że tam będzie grał mój syn - uśmiecha się Małgorzata Puchacz.

- Po meczu syn zadzwonił, że został tam bardzo ciepło przyjęty. Zaprosili go na balkon, by razem z nimi i kibicami świętował ten awans. Już go wciągnęli do środka drużyny. Podchodzili, witali się i przedstawiali. Mówili: "Chodź, jesteś już jednym z nas, czekamy tu na ciebie". Był w szoku, jaka tam jest rodzinna atmosfera. Miał rozmowy z trenerem, prezesem i właścicielem. Zapytali go, w jakiej dzielnicy mają znaleźć dla niego mieszkanie. Spodziewali się, że wybierze centrum. Zdziwili się, jak im powiedział, że chciałby mieszkać jak najbliżej stadionu. Na koniec poinformowali go, że po Euro ma trzy tygodnie wolnego, bo za nim dużo meczów, bardzo wymagający sezon. Tymek się przeraził, podkreślał, że to zdecydowanie za długo i odpocznie maksymalnie przez tydzień, bo chce jak najszybciej dołączyć do drużyny - uśmiechają się rodzice. - To transfer, z którego wszyscy jesteśmy zadowoleni. Tymek już od dłuższego czasu myślał o wyjeździe za granicę, a my się cieszymy, że padło akurat na Berlin. Można wsiąść w samochód i po dwóch godzinach być na miejscu - dodaje mama.

- A jeśli chodzi o Euro, to niczego nie oczekujemy i na nic się nie nastawiamy. Będzie, co ma być. Każdy z tych zawodników, którzy są w Opalenicy, ma marzenie, żeby zagrać. Jeśli Tymek dostanie kilka minut, będziemy zachwyceni. Ale jeśli nie uda się teraz, to jeszcze będzie na to czas - mówią rodzice Tymoteusza Puchacza. - A my jak zawsze spotkamy się w gronie naszych przyjaciół i rodziny, będziemy kibicować. Mamy taką tradycję, że zawsze na mecze reprezentacji ubieramy biało-czerwone barwy, a na stole lądują potrawy z kraju naszego przeciwnika. Robimy tak od lat, zanim w ogóle Tymek zaczął być powoływany. Sprawdzałyśmy już w przepisach, co się je na Słowacji, bo z Hiszpanią problemu nie będzie. A w trzecim meczu... szwedzki stół.

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ