Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Pojechaliśmy na wieś Viktora Orbana, żeby poznać jego klub. "Opozycja mówi: to symbol korupcji i megalomanii"

Dawid Szymczak
Wysiadam na stacji metra im. Puskasa, ulicą Puskasa dochodzę na stadion narodowy imienia Puskasa, mijając kibica w bluzie "Puskas Army". Witajcie w Budapeszcie, mieście Ferenca Puskasa i jego największego fana - Viktora Orbana. Polska zagra tutaj w Węgrami pierwszy mecz eliminacji mistrzostw świata.

- Nie zdziwię się, jeśli ten mecz zacznie Jarosław Kaczyński symbolicznym podaniem do Viktora Orbana - usłyszałem tydzień temu od pracownika PZPN. 23 marca to Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, a Węgrzy mieli mnóstwo pomysłów, jak do tego nawiązać przy meczu. Viktor Orban to mistrz łączenia futbolu i polityki. Jest premierem, ale chciał zostać piłkarzem. Doszedł do drugiej ligi, a później grał amatorsko. Nawet, gdy był już szefem rządu. Telefoniczne gratulacje od Billa Clintona, prezydenta USA, odbierał na środku boiska podczas meczu. Kiedyś przełożył spotkanie z ministrami, bo akurat przygotowywał się do sezonu na obozie w Chorwacji.

W 2012 roku - już jako przywódca Węgier - chciał na trybunach naprawić relacje ze Słowacją. Spotkał się z premierem Robertem Fico w Bratysławie na meczu Slovana z prowadzonym przez Paulo Sousę Videotonem. - Orban był tak pochłonięty grą, że ciężko było z nim rozmawiać o tym, co dzieli oba kraje - powiedział później Fico. Premier Węgier w weekend ogląda ponoć po sześć spotkań i pojawia się niemal na każdym finale Euro, mundialu i Ligi Mistrzów. Gdy Michel Platini chwalił rozmach, z jakim promuje piłkę na Węgrzech i nie mógł się nadziwić, że przy tak napiętym kalendarzu premier w wolnych chwilach zajmuje się jeszcze piłką, Orban go poprawił: - Pracuję dla dobra futbolu, a sprawami państwa zajmuję się w wolnym czasie.

Zobacz wideo Paulo Sousa był w szoku, jak słaba jest Ekstraklasa. Nie spodziewał się, że do Europy tak daleko

"Puskas, the true legend" 

- Polacy lubią się napić, prawda? - uśmiecha się sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami przy stacji metra w Budapeszcie. - Tu mamy kieliszki. Z Ferencem Puskasem. Albo zestaw jedenastu z podobiznami wszystkich naszych zawodników - proponuje. I nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że może chodzić o współczesnych piłkarzy. Ich przeciętny Węgier raczej nie wymieni. A członków "Złotej Jedenastki"? Jednym tchem. A jeśli nie kieliszki, to może koszulka, kubek, brelok albo książka? Wszystko z dopiskiem: "Puskas, the true legend".

Węgrzy przez ostatnie dekady wciąż wspominali czasy Złotej Jedenastki, swojej najlepszej reprezentacji w historii, która w 1953 roku w Meczu Stulecia na Wembley, przy 105 tysiącach kibiców, pokonała Anglię 6:3. A później jeszcze raz - już w Budapeszcie. Tu, gdzie dzisiaj stoi blisko 70-tysięczny stadion, na którym Polska zagra z Węgrami, Złota Jedenastka wygrała aż 7:1. Miała w składzie pięciu prawdopodobnie najlepszych wówczas piłkarzy na świecie, w tym kapitana - Ferenca Puskasa, i przez cztery lata była niepokonana. Aż do finału mistrzostw świata w 1954, który sensacyjnie przegrała z RFN. Węgrzy zostali w tamtych czasach, ich futbol zaczął przypominać muzeum: na półkach mnóstwo pucharów z nierozgrywanych już turniejów, na ścianach sznurowane pod szyją koszulki, w gablotach ciężkie skórzane piłki. Ferenc Puskas, Sandor Kocsis, József Bozsik i Nandor Hidegkuti oprawieni w ramki. Wielcy bohaterowie. Ale przez kolejne lata bardzo brakowało nowych. 

Pomnik Ferenca Puskasa w Budapeszcie. Jeden z kilku. W czasach gry w Realu Madryt Puskas miał wielokrotnie grać w piłkę z dziećmi spotkanymi na ulicachPomnik Ferenca Puskasa w Budapeszcie. Jeden z kilku. W czasach gry w Realu Madryt Puskas miał wielokrotnie grać w piłkę z dziećmi spotkanymi na ulicach Dawid Szymczak

Kolejne pokolenia dorastały karmione mitem niezwyciężonych Węgrów. Małemu Viktorowi Orbanowi opowiadał o nich dziadek, a po latach premier Orban opowiada o Puskasie młodym Węgrom. Wie, jaką fascynację, narodową dumę i nostalgię potrafią obudzić te historie. Sam dzięki nim zakochał się w futbolu. Teraz chce natchnąć innych. - Puskas mi powtarzał: "ucz dzieci grać w piłkę nożną". Miał rację, bo są dwie ważne rzeczy, których trzeba się nauczyć: pokonywać innych i przetrwać klęski z podniesioną głową. Futbol tego nas właśnie uczy - mówił Orban, odsłaniając kolejny pomnik Puskasa.

- Politycznie pewnie Orban też coś z tego ma, to wyrachowany polityk. Ale on szczerze kocha piłkę. Jest na jej punkcie absolutnie zakręcony. I jemu naprawdę marzy się dobra reprezentacja, która pojedzie na wielki turniej i dojdzie choćby do ćwierćfinału. To samo z klubami: już Ferencvaros gra w Lidze Mistrzów, ale to za mało. Niech wyjedzie z grupy, a przy okazji niech pracuje na siłę reprezentacji. Wizja idealna, ale do realizacji jeszcze daleko. Na Węgrzech wciąż gra mnóstwo obcokrajowców z Bałkanów. Dajmy czas - mówi Maciej, Polak od jedenastu lat mieszkający w Budapeszcie, kibic Ferencvarosu, mój przewodnik po mieście.

Gdyby szukać porównań: mamy w Polsce Orły Górskiego, brązową drużynę z 1974 roku, ale w Warszawie dużo trudniej natknąć się na jej ślady. Jeśli pamiątki z Polski, to raczej z Lewandowskim niż Lubańskim czy Latą. Przed stadionem Legii stoi pomnik Kazimierza Deyny, jest upamiętniająca go tablica, od niedawna mural na ursynowskim bloku, a przed Narodowym z piłką pod pachą spaceruje wyrzeźbiony z brązu Kazimierz Górski. Ale Budapeszt to inna skala. Jeśli na ulicy zapatrzysz się w telefon, możesz potknąć się o pomnik Puskasa: na uliczce z dala od centrum gra w piłkę z dziećmi, przed stadionem dumnie wypina pierś, przed dworcem Kobánya-Kispest uśmiecha się do ludzi z walizkami. W witrynach sklepowych wiszą zapowiedzi meczu Węgry-Anglia rozegranego w 1954. A przy Rumbach Sebestyen jest największy na Węgrzech mural upamiętniający zwycięstwo z Anglikami, 6:3 na Wembley. 50 metrów szerokości, 30 wysokości.

"6:3" to też nazwa węgierskiego szprycera, pubu i punktu bukmacherskiego. Pub, jak wszystkie lokale gastronomiczne, od listopada jest zamknięty. Wcześniej zachwycał klimatem: wszędzie zdjęcia i portrety bohaterów meczu z Anglią, oprawione w ramkę czołówki gazet z dnia po meczu i mały telewizor z wypukłym ekranem, na którym leci zapętlony skrót meczu z Anglią. Parę ulic dalej widzę, że ktoś wysprejował ten wynik na murze kamienicy. 6:3 jest symbolem węgierskiej wielkości, kodem patriotów. Jest wieczne. 

Bohaterowie tego meczu spoczywają między królami w najważniejszym węgierskim kościele - Bazylice św. Stefana. Odwiedzić ich nie można. Zakaz zwiedzania. Czytam, że na tablicy pod kryptą Puskasa jest napisane: "Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów". A u Sandora Kocsisa - "Cabeza de oro", czyli złota główka.

Olbrzymi mural upamiętniający zwycięstwo Węgrów nad Anglią 6:3Olbrzymi mural upamiętniający zwycięstwo Węgrów nad Anglią 6:3 Dawid Szymczak

Z miłości do piłki i politycznego wyrachowania

Gdy Orban został premierem, zaczął odkurzać historię Puskasa i nazywać jego imieniem co tylko się dało, chociaż Puskas nie zawsze był dla Węgrów bohaterem. A przynajmniej nie dla wszystkich. Po Powstaniu Węgierskim w 1956 roku uciekł z kraju, przeprowadził się do Hiszpanii, a rządzący na Węgrzech komuniści robili wszystko, by rodacy znienawidzili kapitana "Złotej Jedenastki". Zabronili mu grać i trenować przez dwa lata, nie wpuszczali do kraju przez przeszło 20 lat, a że był wojskowym oficerem, grozili mu karą śmierci za dezercję. O sukcesach nie informowali, regularnie oczerniali. - Do dzisiaj, jeśli wrzucamy na stronę artykuł o Puskasie, komentarze są podzielone. Dla większości jest absolutnym bohaterem, ale są też tacy, którzy uważają, że był zdrajcą, jak mówili komuniści - mówi Gyorgy Szollosi, redaktor naczelny "Nemzetisport".

Orban stworzył Akademię Puskasa - klub i szkółkę piłkarską, by wychować jego następców. Powołał też instytut jego pamięci i zaprojektował muzeum z niemal wszystkim, co po nim zostało. Nawet nieprzychylni premierowi doceniają sposób, w jaki zaopiekował się legendą. Ale i tu nie wszystko jest kolorowe, bo gdy w 2006 roku Puskas umarł, Orban podsunął jego żonie umowę, dzięki której prawa do wizerunku jej męża i pamiątki po nim przeszły na zaprzyjaźnionego z premierem dziennikarza. - Dzieci i wnuki Puskasa nie mają z tego ani grosza - mówi jeden z węgierskich dziennikarzy.

Na piłkę nożną Orban przeznaczył już ponad dwa miliardy dolarów. Jeden dolar z czterystu wydawanych z państwowego budżetu idzie na piłkę nożną, a przy tym istnieje jeszcze złożony system ulg podatkowych, by wielkim firmom opłacało się inwestować w piłkę. Orban robi wszystko, by wyprowadzić węgierski futbol z muzeum. Może brakować na szkolnictwo, ochronę zdrowia, ale nie na piłkę. Dlatego Węgry to dzisiaj kraj nowoczesnych stadionów, mnóstwa boisk treningowych, wielu szkółek i wstającej z kolan reprezentacji. Wyszła z grupy na Euro 2016, zagra na kolejnych mistrzostwach Europy i wygrała grupę Ligi Narodów. Mistrz Węgier - Ferencvaros awansował do Ligi Mistrzów. Rok wcześniej grał w Lidze Europy. Dwa lata wcześniej do tych rozgrywek awansował Videoton.

Ale apetytu Orbana to nie zaspokoiło, bo lud wciąż nie pokochał współczesnej węgierskiej piłki. Właściwie im bardziej Orban się w nią pcha, tym szybciej kibice uciekają ze stadionów. Obecnie w zarządzie dziesięciu z dwunastu pierwszoligowych węgierskich klubów zasiada ktoś związany z premierem. Minister, polityk Fideszu, przyjaciel, szef państwowej spółki. - Kibice nie chcą takiej ligi. Kiedyś było biedniej, ale sprawiedliwiej. Oglądasz mecz i wiesz, że gra klub premiera z klubem ministra z jego rządu. Jednym i drugim odpowiada remis. Da się tym emocjonować? Ktoś spada z ligi i od razu rodzą się pytania: był najsłabszy na boisku czy w gabinetach? - mówi Maciej.

Dlatego jeszcze przed pandemią te nowoczesne stadiony stały puste, a doradcy premiera prosili w 2010 roku, by podczas kampanii wyborczej nie pojawiał się na meczach, bo może przez to stracić poparcie. Orban czuje, że do wzmocnienia swojego kultu i usprawiedliwienia tak gigantycznych wydatków na futbol potrzebuje poważnych sukcesów i następnych Puskasów. Im szybciej, tym lepiej. 

Rodzinne strony Viktora Orbana: pola, sklep spożywczy i niesamowity stadion

Wyjeżdżam poza Budapeszt do miejsca, gdzie ci następcy Puskasa mają się wychowywać. 40 kilometrów od stolicy leży Felcsut. Wygląda jak każda inna węgierska wioska - jedna ulica, spożywczy, kilku chłopców przy płocie. Tą jedną drogą dojeżdża się do wybudowanego między polami stadionu. Stoi pośrodku niczego. Wygląda, jakby kosmici pomylili adres. Właściwie to z zewnątrz trudno się nawet domyślić, że to stadion. Bardziej wielka biesiadna chata, w której można wyprawić klimatyczne wesele. A może kościół? Trybuny od wewnątrz - z precyzyjnymi żłobieniami i ozdobnymi wykończeniami - przypominają katedrę. Naprzeciwko stadionu stoi dom. Niepozorny. Dorastał w nim chłopiec, który zawsze marzył, by rodzice z okna mogli zobaczyć, jak znakomicie gra w piłkę. I spełnił to marzenie, choć krótkie spodenki zakłada już tylko od święta.

- Żona Orbana się wkurza, bo stadion zasłania jej widok z okna. Ale to jego Disneyland - mówi Maciej, mój przewodnik. - Te boiska należą do jego szkółki piłkarskiej, a na stadionie gra jego klub Akademia Puskasa. Stadion nazywa się Pancho Arena, czyli de facto też jest imienia Puskasa, bo "Pancho" wołali na niego w Realu Madryt. We wsi mieszka około 1500 osób, a stadion mieści prawie cztery tysiące. Wypełnia się tylko raz w sezonie, jak z Budapesztu przyjadą kibice Ferencvarosu - uśmiecha się Maciek. 

Jedna wieś, dwa światyJedna wieś, dwa światy Dawid Szymczak

Pustkami nie świeci tylko sektor VIP. Miejsca mają tam najbogatsi węgierscy oligarchowie - z bankierem Sandorem Csanyim na czele. Jest najbogatszy na Węgrzech, rządzi Węgierskim Związkiem Piłki Nożnej, jest wiceprezesem UEFA. Poza nim są też prezesi wielkich firm, instytucji, właściciele innych węgierskich klubów i znani politycy. - Nawet jeśli nienawidzisz piłki nożnej, musisz chodzić na te mecze - powiedział Gyula Mucsi z organizacji antykorupcyjnej "Transparency International". - O dużych projektach, planach budowy i rozwoju infrastruktury, które wymagają dużych nakładów finansowych, decyduje się w stadionowym skyboxie. Bycie blisko Orbana się opłaca: siedem osób z listy 33 najbogatszych Węgrów wg magazynu Forbes, miało bliskie powiązania z rządem. Na ósme miejsce błyskawicznie awansował Lorinc Meszaros, burmistrz Felcsut, rodzinnej wsi Orbana i prezes Akademii Puskasa, który w ciągu roku potroił swój majątek. Z dnia na dzień został właścicielem 192 regionalnych gazet, przejętych przez rządzących.

W 2004 roku Orban założył fundację, która zbierała pieniądze na zbudowanie akademii piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia: z wieloma boiskami, halą sportową, internatem, szkołami. Już dwa lata później przecinał wstęgę. - Nigdy nie chcieliśmy być zwyczajną akademią. Najważniejsza jest edukacja. Piłkarze mogą u nas grać i zdobywać wyższe wykształcenie, nie muszą kończyć nauki na liceum. Inne kluby się nam przyglądają: Bayern Monachium przyjechał, żeby zobaczyć, jak działa nasz system. Wcześniej był Real Madryt i też zbudował szkołę w swoim ośrodku. O czymś podobnym myślą w Juventusie - chwalił się w wywiadzie dla oficjalnej strony Akademii Puskasa Mihály Takács, jej dyrektor sportowy. Spaceruję po Felcsut kilkadziesiąt minut. Nie spotykam nikogo starszego. Wciąż mijają mnie chłopcy w klubowych dresach.

Pancho Arena - symboliczny stadion w rodzinnej wsi Viktora OrbanaPancho Arena - symboliczny stadion w rodzinnej wsi Viktora Orbana Dawid Szymczak

Stadion i boiska akademii z pewnością są symboliczne. Dla zwolenników Orbana są symbolem rewitalizacji sportu, rozwoju węgierskiej piłki, wielkich inwestycji, dbania o rozwój młodzieży. Opozycja mówi, że to pomniki korupcji, nepotyzmu, marnotrawienia pieniędzy i megalomanii premiera. - Możesz mówić ludziom, co robi Orban, opowiadać o prawie konstytucyjnym, ale cię nie zrozumieją. Jeśli pokażesz im Felcsut, będą dokładnie wiedzieć, o czym mówiłeś - twierdzi Gábor Vágó, działacz opozycji.

Ponoć Viktor Orban zna każdego zawodnika akademii, wie na jakiej gra pozycji. Bywa na treningach, rzadko opuszcza mecze pierwszej drużyny, która gra w najwyższej lidze i jest wiceliderem - za Ferencvarosem. Problem w tym, że w Akademii Puskasa gra niewielu wychowanków. Przez ostanie trzy lata do klubu dołączyło za to aż 35 obcokrajowców. Orban zakładał, że co roku ze szkółki do najlepszych europejskich lig będzie wyjeżdżało dwóch lub nawet trzech wychowanków, tymczasem na wysokim poziomie gra tylko Roland Sallai z Freiburga. W ostatnim sezonie udział zagranicznych zawodników w grze Akademii Puskasa wyniósł 43,6 proc., podczas gdy absolwentów szkółki 17,9 proc.

- Zobacz wypowiedzi Orbana sprzed lat. Akademia miała wyglądać inaczej. Orban mówił, że nie będzie miała seniorskiego zespołu w pierwszej lidze, bo trudno byłoby wychowankom się przebić. Wyobrażał sobie, że w drugiej lidze będzie ogrywał młodych piłkarzy, a wyniki drużyny będą na drugim planie. Tak miało to działać - opowiadają węgierscy dziennikarze. - A jak działa? - dopytuję. - Premiera pochłonęła rywalizacja. Zaczęły liczyć się wyniki, jak najwyższe miejsca w tabeli, Orban chce europejskich pucharów. Trenerzy Akademii Puskasa wiedzą, że muszą wygrywać, bo inaczej będą zwolnieni. Nie mają czasu wprowadzać młodych, nie mogą im pozwolić na błędy, żeby się uczyli. Chodzi o wynik. O bycie drugim albo trzecim w tabeli. W szkółce szkoli się naprawdę dobrych piłkarzy, ale kończą dwadzieścia lat i nie mają gdzie się ogrywać. A założenie było zupełnie inne! To miał być klub dla młodych Węgrów - mówią węgierscy dziennikarze. Dopytują, czy będą cytowani. Wolą pozostać anonimowi.

Nowy Ferenc Puskas

Węgrom od lat marzy się nowy Ferenc Puskas. Ale od dawna nie widzieli na tyle uzdolnionego chłopca, by zawczasu przyczepić mu tę łatkę. Aż pojawił się Dominik Szoboszlai, 20-letni pomocnik, który zimą przeszedł z Red-Bulla Salzburg do RB Lipsk. Kosztował 20 milionów euro, już jest największą gwiazdą reprezentacji i najdroższym węgierskim piłkarzem. W meczu z Polską nie zagra, bo leczy kontuzję.

Władze wskazują na Szoboszlaia, by udowodnić, że inwestowanie w piłkę nożną przyniosło efekt. Prawda jest jednak zupełnie inna: Szoboszlai nie doszedł na ten poziom dzięki wsparciu państwa. Wręcz przeciwnie. Jego ojciec - Zsolts Szoboszlai - był trenerem w akademii Videotonu. Został zwolniony, bo nie chciał wystawiać piłkarzy, których wskazywali mu szefowie klubu. Miało być sprawiedliwie: gra ten chłopiec, który najbardziej na to zasługuje, a nie ten, który ma najbardziej wpływowych rodziców. Nie było mu też po drodze z Viktorem Orbanem. Zsolts Szoboszlai założył własną szkółkę - Fonix Gold - i przeniósł do niej Dominika. Sam zadbał o jego rozwój. 

- Rząd inwestował pieniądze w młodzieżowy futbol, ale Fonix przez lata nie otrzymał nawet jednego forinta [waluta na Węgrzech -red.]. Władze celowo go pomijały. Szkółka Szoboszlaia miała problemy z wynajęciem boiska do treningów, a w tym samym czasie faworyzowane przez rząd kluby otrzymywały po kilka boisk treningowych na wyłączność. Czasami musieli dojeżdżać na treningi do Budapesztu, ponad 60 kilometrów, bo nigdzie bliżej nie mogli znaleźć boiska. Dlatego też ojciec Dominika szukał mu klubu za granicą. W Salzburgu mógł się rozwijać bez przeszkód - mówił "New York Times" Bence Bocsak, węgierski dziennikarz sportowy. - Sprawa Szoboszlaia to tylko wierzchołek góry lodowej. Wiele jest podobnych historii. Infrastruktura jest bardzo ważna, wyjście z epoki kamienia łupanego, ale jeszcze ważniejsze są przejrzyste struktury. Tymczasem praktycznie każdy prezes pierwszoligowego klubu należy do Fideszu, partii Orbana, albo przynajmniej ma z nią jakieś powiązania. Zresztą, trzej najważniejsi ludzie w węgierskiej polityce: Orban, prezydent kraju - Janos Ader i przewodniczący Fideszu - Laszla Kover, grali kiedyś w tym samym klubie.

Bazylika św. Stefana - najważniejszy kościół na Węgrzech. Między królami leżą piłkarze ze 'Złotej Jedenastki'Bazylika św. Stefana - najważniejszy kościół na Węgrzech. Między królami leżą piłkarze ze 'Złotej Jedenastki' Dawid Szymczak

Od godz. 19 nie da się zrobić zakupów, ale właśnie rozpoczyna się młodzieżowe Euro. Jak to możliwe? "Jeśli powiem, wyrzucą mnie z roboty" 

Głęboki lockdown na Węgrzech trwa od listopada. Od trzech tygodni restrykcje są już bardzo ostre: niemal wszystko zamknięte - szkoły, muzea, miejsca rozrywki, sklepy z wyjątkiem spożywczych i aptek, nieliczne restauracje serwują na wynos. Od godz. 19 nie da się zrobić nawet zakupów spożywczych, a od 20 obowiązuje godzina policyjna. Miasto pustoszeje. Kary są wysokie. A jednak wielki futbol zagląda tu regularnie: Bayern Monachium zdobywał w Budapeszcie Superpuchar Europy, Liverpool grał dwumecz z Lipskiem w Lidze Mistrzów, a dzień przed meczem Węgry - Polska rozpoczyna się Euro U-21. Potrwa do końca marca.

- Restrykcje macie większe niż w Polsce, a co chwilę trafia wam się dobry mecz. Jak to możliwe? - pytam pracownika węgierskiej federacji przed konferencją Paulo Sousy. - Jeśli ci powiem, wyrzucą mnie z roboty - rozkłada ręce.

Z konferencji i treningu reprezentacji Polski wracam po godz. 20. Do przejścia mam 1,5 kilometra. Na tym odcinku mijam tylko dziewczynę wyprowadzającą psa. Zgodnie z prawem może z nim wyjść maksymalnie pół kilometra od domu. Ulica jest pusta. Przejeżdżający obok mnie policjanci chcą dowiedzieć się, co robię o tej porze na ulicy. Gdy mówię, że jestem dziennikarzem z Polski, wszelkie problemy znikają. 

- To powiedzenie o bratankach naprawdę działa - przekonywał mnie już wcześniej Maciej. - W urzędach, gdy widzą, że jesteś z Polski, stają się milsi. Kiedyś na stadionie Ferencvarosu rozmawiałem z kumplem po angielsku i jednemu gościowi się to nie spodobało. Obcy na tym sektorze?! Powiedziałem, że jestem Polakiem. Do końca meczu piłem piwo na jego koszt. To pierwszy przykład z brzegu, nie zliczę, ile razy bycie Polakiem mi tutaj pomogło.

Policjant pyta tylko, dokąd idę. Ale zanim pozwoli odejść, zachwyca się jeszcze Lewandowskim. Że doskonały, najlepszy na świecie. Żałuje, że w czwartkowym meczu zabraknie Szoboszlaia. Typuje remis.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ