Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Brzęczek: "Jak to napiszesz, to mnie rozwalą". Domagalik: Mam dla ciebie złą wiadomość

- Słyszę, że wszystko, co teraz się dzieje wokół mojej książki o Jerzym Brzęczku, jest marketingową ustawką. Nie jest. Jestem zdziwiona, że ta książka wzbudziła takie emocje. Z całym szacunkiem, ale to, jakie panowie macie oczekiwania wobec książek pisanych przez innych, tak naprawdę nie ma znaczenia. Piszcie panowie swoje wersje - mówi w rozmowie ze Sport.pl Małgorzata Domagalik, autorka książki "W grze" o Jerzym Brzęczku.

Paweł Wilkowicz: Jak jest u Jerzego Brzęczka z picem?

Małgorzata Domagalik: Słabo?

W pani książce o Jerzym Brzęczku prezes Zbigniew Boniek mówi o Juergenie Kloppie, że Klopp jedzie na picu. Może nie byłoby źle, gdyby trener Brzęczek potrafił być od czasu do czasu picerem?

Było z tego wiele internetowej radości, chociaż nieco dziwi, że do tego skrótu myślowego dorobiono na serio całą  teorię. Trzeba nie znać prezesa Bońka, jego medialnego temperamentu, żeby tę wypowiedź zrozumieć jako podważanie osiągnięć Kloppa. Przecież Boniek tym "picem" tylko podsumował wizerunkową aurę, jaką roztacza wokół siebie Klopp. To jak panuje nad mediami, jak sobie z nimi i kibicami układa relacje.

Zobacz wideo "Teraz powinien być spokój wokół kadry Brzęczka, nie będzie hejtu ani krytyki"

Klopp to jest największy uwodziciel w futbolu.

Czy to się wyklucza z tym, że jest aktualnie najlepszym trenerem na świecie? Kiedy pisałam książkę o Kubie Błaszczykowskim, Klopp poświęcił mi parę godzin rozmowy. Wtedy zobaczyłam, jak w tej w swojej socjotechnice jest genialny. W Borussii np. dzwonił do kibiców, którzy rezygnowali z klubowych karnetów, z zapytaniem: "Co się stało, że już nie chcesz przychodzić na nasze mecze? Co zrobiliśmy źle?". Jako trener Liverpoolu odpisał na list dziecka, kibica Manchesteru United, które prosiło go, żeby już przestał wygrywać. Chętnie dzieli się tą swoją aktywnością z kibicami publicznie. Klopp to medialna bestia. Bywa czarujący, ale i antypatyczny. Kiedy przegrywa mecze, potrafi być opryskliwy, odpina mikrofon i wychodzi ze studia w środku wywiadu. Facet z krwi i kości. Kibice to lubią.   

Piłkarze nie zawsze go lubią. Kuba Błaszczykowski, jak pani pisze w "Kubie", bywał na Kloppa mocno zagniewany.

Nie wiem, czy to odpowiednie słowo, ale rzeczywiście w  pewnym momencie te relacje były tak złe, że Klopp myślał nawet o rozstaniu z Błaszczykowskim. Kuba z kolei uważał, że nie gra tyle, ile powinien. Bywało różnie. Ale potem sobie te relacje wyprostowali i jak powiedział mi w trakcie tamtego wywiadu Klopp: "Kuba jest dla mnie jak syn".

To wracamy do Jerzego Brzęczka. Bo gdy Kuba gniewał się na Kloppa, to właśnie Jerzy Brzęczek mu odpowiedział: "Wiem, że go teraz nie lubisz, ale gdy wpuści cię na boisko i strzelisz gola, przybiegnij i wskocz na niego. To wam obu pomoże". Czyli wie, jak grać w takie gry.

Dlaczego miałby nie wiedzieć? Skutecznie przekonał Błaszczykowskiego i ten, nawet jeśli zrobił to wtedy wbrew sobie, naprawił relacje z trenerem na zawsze.

Selekcjoner też miał już w kadrze takie próby sił, jakie się rozgrywały między Kubą a Kloppem. To jest jeden z tych cennych fragmentów w pani książce: o przeciąganiu liny między Brzęczkiem a reprezentantami Polski. Oni by chcieli mieć wszystko jak w klubach, a on ich przekonuje, że w kadrze to niemożliwe, jeśli wszyscy mają iść w tym samym kierunku.

O, czyli jest jakiś fragment w tej książce, który pana zainteresował?

Oczywiście, powiedziałem to już publicznie i podtrzymuję: nie jest to może książka dobra, ale trzeba ją przeczytać. I cenię to, że pani się nie obraża, tylko staje do dyskusji.

Dziękuję, ale proszę uważać, bo będzie pan potem musiał wykreślać.

Nie będę wykreślać.

Swoją drogą, dlaczego miałabym nie stawać do dyskusji? Czy dlatego, że czytam o sobie, że jestem grafomanką, że książka fatalna, że dno dna? Nie ma w niej ani jednego zdania, którego nie mogłabym obronić merytorycznie. Ale trudno to zrobić, gdy każde zdanie już jest poddane interpretacji, często bez przeczytania całej książki. Pomijane są wątki, nawet takie pytanie, jak to do prezesa Bońka o jego definicję trenera idealnego jest odbierane, jakbym ja uważała, że to Brzęczek jest tym idealnym. Lekceważy się opinie wielu moich rozmówców z tej książki, albo je pomijając, albo postponując. Słyszę nawet, że najlepiej to w ogóle tę książkę spalić.

No, ale to o paleniu to już jest błazenada i nie ma powodu, żeby się do tego odnosić na poważnie.

Akurat takich rzeczy nie wolno robić. Nigdy. Budzą najgorsze skojarzenia.

Środkowa część książki, ta o trenerze i jego rodzinie, o kadrze, jest bardzo dobra. Ale wrażenie psuje pierwsza część, te sto stron polemiki z różnymi krytykami selekcjonera, zwykle nie wymienianymi z nazwiska. Czasami to jest polemika z zarzutami, których nikt normalny nie stawiał, np. że selekcjoner jest ze wsi.

Nie stawiał? Przez blisko dwa lata nie wychodziłam z Internetu. Zaraz usłyszę, że się tam nie wchodzi. Ja wchodzę. To pouczająca, ale i przerażająca lektura. Nie wiem, skąd założenie, że te wszystkie inwektywy, które padają w książce pod adresem Brzęczka, pochodzą od dziennikarzy? Przecież nie o nich w tym kontekście pisałam. Chociaż równolegle opisuję narrację, jaka w tym czasie pojawiała się w środowisku dziennikarzy sportowych.

Ale nie było jednej narracji całego środowiska dziennikarzy sportowych. Każdy mówił i pisał co chciał. Dlatego takim problemem jest niewymienianie z nazwiska.

Celowo nie wymieniam nazwisk, nie chciałam magla robić. Poza tym każdy z cytowanych wie, co i kiedy mówił. Książkę pisałam jako dziennikarz - podkreślam - niesportowy, ale i jako kibic. Jako ktoś, kto się piłką interesuje od dawna. Pisałam ją przede wszystkim o człowieku. O kimś, kto mi imponuje podejściem do życia i konsekwencją w podejmowaniu takich a nie innych decyzji. "W grze" to książka - a nie biografia - o prawie 50-letnim człowieku, który od dwóch lat jest trenerem kadry. Pewnie ktoś kiedyś napisze książkę o trenerze Brzęczku, taką stricte sportową. Ja zapisałam przede wszystkim historię człowieka i jego drogi do miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Zbieram krytykę za tych pierwszych sto stron, na których piszę m.in. o hejcie, który przez ostatnie lata wylewał się na selekcjonera głównie w social mediach. Śledziłam też co mówiło środowisko sportowe, które raczej do wspierających nie należało. Hejt, który teraz wylewa się także na moją głowę, nie jest problemem. Stawiam mu czoła. Wiedziałam przecież, co i jak piszę. Kibic, a więc i ja, ma prawo do takiego, a nie innego spostrzegania  bohatera książki i ma prawo być zmęczony narracją innych. Jeśli więc się w tej ocenie mylę, to znaczy, że to kibic we mnie się myli. To moja dziewiąta już książka. Ale po biografii "Kuba" druga książka w jakimś sensie sportowa.

Ile egzemplarzy "Kuby" się sprzedało?

Jakieś sto tysięcy. Jeśli dyskutujemy o stylu tych książek, to z pewnością piszę je innym językiem, niż gdyby je napisał dziennikarz sportowy. Z drugiej strony, jeśli czytam w recenzji książki o Brzęczku, chyba nawet na Sport.pl, że recenzent jest zaskoczony, bo autorka zna się na piłce i że książka ma ciekawą konstrukcję itd. to sobie myślę: nie jest źle. Książkę o Błaszczykowskim czytelnicy nazwali kultową, do dziś piszą do mnie i do jej bohatera, że była i jest dla nich wsparciem. Dlaczego więc miałam sobie odebrać prawo do opisania historii życia Jerzego Brzęczka? Tego sportowego i prywatnego? Takiego, jakiego przez te wszystkie lata znam? Od paru tygodni słyszę, że wszystko, co teraz wokół naszej książki się dzieje, jest marketingową ustawką. I to że wypłynęła handlowa i nieautoryzowana przeze mnie notka promująca książkę o Brzęczku jako "Kazimierzu Górskim na nowe czasy" to też podobno była ustawka.

A nie była?

Nie. Szczerze mówiąc, to jestem zdziwiona, że książka o Jerzym Brzęczku wzbudziła aż takie emocje. Z notatką przydarzył się wypadek przy pracy, niefortunny zbieg okoliczności.

A selekcjoner autoryzował książkę?

Oczywiście.

Chciał coś wykreślać?

Nie, ale już na etapie pracy nad książką powiedział o porównaniach do Górskiego: jak to napiszesz, to mnie rozwalą. Powiedziałam: to mam dla ciebie złą wiadomość, już napisałam.

Dlaczego?

Bo widzę w tych dwóch trenerach podobny rys osobowościowy. Charakterologiczny. Hubert Kostka, wybitny polski bramkarz, który wypowiada się w tej książce i który grał u Kazimierza Górskiego, który jako trener zrobił młodego Jerzego Brzęczka kapitanem - potem ten był kapitanem w różnych drużynach przez prawie całą karierę – pogratulował książki. Bo przecież tu nie chodzi o to, że Brzęczek trenersko zdobył już to, co Kazimierz Górski. Tylko o to, jakim jest człowiekiem, w jaki sposób chroni swoją grupę piłkarzy, że ma poczucie podrzędności i szacunek do kibiców itd. Chodzi też o to, jaka i za co spada na niego krytyka. Bo przecież na Górskiego spadała, zanim przyszły sukcesy. Że zbyt prosty na trenera, że ciągle chodzi w dresie itd. Jego powiedzonka też zaczęły bawić dopiero, gdy nadeszły sukcesy. A jak odchodził selekcjoner Górski?

Po srebrnym medalu w Montrealu, uznanym za porażkę, odleciał do Grecji. Żegnany przez nikogo.

Świetnie pamiętam tamte czasy. I kpiny z Kazmierza Górskiego, śmiechy. I tu również widzę podobieństwa do  Jerzego Brzęczka, ale nie sugeruję, że Brzęczek jeśli chodzi o selekcjonerskie osiągnięcia jest już kolejnym Kazimierzem Górskim. Czy nim będzie? To zależy już tylko od niego samego.   

W tej notatce było też o tym, że Jerzy Brzęczek wszedł na szczyty europejskiego futbolu.

W handlowej notatce, a nie tej finalnej. Ale gdyby już trzymać się tego stwierdzenia, to ilu mamy w Europie selekcjonerów?

55.

No to w tej hierarchii nie jest to wejście do elitarnego grona selekcjonerów?

Jak trener przyjął to, że wypłynęła ta notatka, która nie powinna?

A jak pan myśli? Na pewno nie był zadowolony.

To prawda, że trener szukał pomocy u prawników, żeby to jakoś zatrzymać?

Jak mógł zatrzymać coś, co się już wydarzyło. No, ale tak czy tak, źle się stało.

"Kuba" to była moim zdaniem najważniejsza polska książka sportowa ostatnich lat…

…i nie wytnie pan tego, spisując rozmowę?

Nie wytnę. Natomiast mam wrażenie, że książka o Jerzym Brzęczku ucierpiała właśnie przez to, że już była wcześniej książka "Kuba". Brzęczkowie to jest niezwykła rodzina, z historią godną filmu. Sama Felicja Brzęczek, matka i babcia dwóch chłopaków, którzy wyrośli na kapitanów reprezentacji Polski, to już byłby temat na wielką opowieść. Ale to wiemy z "Kuby". We "W grze" zastajemy was: Brzęczków oraz panią jako przyjaciółkę rodziny, w momencie gdy wasz człowiek, Jerzy, zostaje selekcjonerem. I trochę mi brakuje mocniejszego wejścia w jego świat, w dawną karierę piłkarską, w jego drogę jako trenera. Za dużo energii pani poświęciła na boksowanie się z jego krytykami.

Podkreśla pan to słowo "was" niepotrzebnie, bo przez cały czas pisania książki stoję obok. Obserwuję, opisuję i czasami oceniam. Jestem ciekawa. Prywatnych historii jest w tej książce aż nadto. A co do tych stu pierwszych stron. Zostawmy to. Albo nie. Bo wie pan, kiedy słyszę po raz setny zarzut, że przecież nikt nie szarpał w mediach społecznościowych selekcjonera za to, że pochodzi ze wsi, to zastanawiam się, w jakim świecie żyję. Wystarczyło wejść w Internet. Dlaczego mamy zakłamywać rzeczywistość mediów społecznościowych?

Bo, jak pani sama mówi, selekcjoner potrafi wybaczać. Więc tym bardziej szkoda miejsca w książce na opisywanie, jak to pani ujmuje, bezprecedensowego hejtu. To tylko niepotrzebnie uwzniośla internetową głupawkę wokół trenera. I trochę też odciąga uwagę od merytorycznych zarzutów, od rzeczowej krytyki jego pracy, a przecież były powody do takiej. I podczas lektury tych pierwszych stu stron co chwila miałem wrażenie, że gdyby to można było jeszcze raz zredagować, powyrzucać rzeczy, którymi szkoda się zajmować, to końcowy efekt byłby dużo mocniejszy.   

Rozumiem, ale takie jest już prawo autora, że stosuje własne proporcje. Byłam jednak przekonana, że historia o Jerzym Brzęczku, tym prywatnym, na pewno inaczej zabrzmi, gdy umiejscowi się ją na tle tu i teraz. Domagalik pomnik mu buduje, hagiografię pisze - słyszę. Odrzucam te zarzuty. Jeśli Brzęczek imponuje mi m.in swoją postawą w życiu, to dlaczego mam tego nie napisać? Jeśli imponuje tym, że zachował się  - według współczesnych kryteriów - jak frajer, bo nie myślał o pieniądzach, gdy ratował Raków Częstochowa, to mam tego nie napisać, bo ktoś powie, że Domagalik pomnik stawia? W jakich czasach my żyjemy?  

No ja właśnie chciałbym więcej przeczytać o tym, dlaczego to jest, jak pani mówi, fajny facet. A nie o tym, że jakiś anonim ma pretensje, że trener jest ze wsi.

To nie był anonim, a jeśli już tak go pan nazywa, to były takich tysiące. Nie robię uników i konfrontuję się z tymi, którzy mają odmienne zdanie niż ja. Także z szacunku dla tych, którzy w świecie futbolu poruszają się w innej od mojej poetyce. Gdy uważam, że Mats Hummels oprócz tego, że jeszcze do niedawna był jednym z najlepszych obrońców na świecie, jest także przystojnym facetem, to po prostu o tym piszę, gdy relacjonuję wywiad z nim. Mimo że w nieuchronny sposób drażni to część męskich czytelników. Nawet jakoś rozumiem to, że ich automatyczną odpowiedzią na ten styl opisywania futbolowego świata jest szydera. Zwłaszcza dziennikarzy sportowych, bo oni mają konkretne oczekiwania, jak należy takie książki pisać.

Gdy pani porównuje Kubę Błaszczykowskiego do Erica Cantony, to się burzymy, bo nie widzimy żadnych podstaw.

A ja widzę. I Kuba też jakoś się z tym Cantoną charakterologicznie chyba identyfikuje, bo do dziś w naszych rozmowach zdarza się mu go zacytować. Z całym szacunkiem, ale to jakie panowie macie oczekiwania wobec książek pisanych przez innych, tak naprawdę nie ma znaczenia. Piszcie panowie swoje wersje. Najważniejszy jest czytelnik i kibic w nim. Ale tak sobie teraz myślę: a może gdybym miała przy tej książce redaktora mężczyznę, to by książce wyszło na dobre? To żart. Chociaż najwyraźniej moje poczucie humoru nie do wszystkich trafia. Słowa o bondowskich inicjałach selekcjonera były przecież żartem. Ja też z innymi serdecznie się  śmieję, gdy widzę memy, że Cristiano Ronaldo w samolocie czyta "W grze", albo po klęsce Legii w pucharach, że już kończę pisać biografię Dariusza Mioduskiego. Mnie to bawi. Ale szydera z nazwiska, z wyglądu, już znacznie mniej zabawna mi się wydaje.

Ale to są skrajności. Skrajności się ignoruje. Trzeba uczyć sportowców, trenerów, że się nie czyta o sobie w Internecie, nie czyta komentarzy pod tekstami.

Uważam inaczej. I nie dotyczy to tylko Internetu. To, co powiedział Maciej Szczęsny w telewizyjnym studiu, że Brzęczek wystawia Arkadiusza Recę, bo chce żeby Wisła Płock więcej zarobiła, a tym samym on też, trzeba pana zdaniem ignorować? My się musimy gdzieś zatrzymać. Nadchodzą nowe czasy. Te obśmiane "nowe czasy", o których piszę w książce. Chyba nie tylko mnie groza rzeczywistości się udziela. Pandemiczna cisza stadionów zrobiła wrażenie na wszystkich. Nic już nie będzie takie samo. Futbol będzie inny. Nawet jeśli na jego trybuny wrócą kibice. Kto nam zagwarantuje, że niedługo nie będziemy się zastanawiać, czy mamy co do garnka włożyć? Może więc to czas, żeby jednak parę rzeczy przemyśleć, zacząć się do siebie inaczej odnosić. Serio podeszłam do hejtu na Jerzego Brzęczka. To także część naszej. Chciałam te wszystkie inwektywy, złą energię i emocje zderzyć  z tym, jaki Brzęczek jest naprawdę. To ta część książki, w której selekcjoner się odsłania, nie unika trudnych tematów. Jest całkowicie prywatny.

Gdy powstawała książka "Kuba", Jerzy Brzęczek powiedział pani rozmówcom z kręgu znajomych Kuby: Małgosi mówimy wszystko.

Gdyby nie Brzęczek, nie spotkałabym Błaszczykowskiego, to on namówił go na wywiad ze mną.

Pomysł napisania książki o Kubie też rzucił Jerzy Brzęczek?

Można powiedzieć, że razem na to wpadliśmy. Ale już napisanie książki o selekcjonerze zaproponowałam ja. Moment, gdy Felicja Brzęczek otworzyła przede mną drzwi swojego domu i potraktowała mnie jak "swoją", znaczy dla mnie dużo. W kontekście zawodowym i zwyczajnie ludzkim. Proszę pamiętać: ten dom w Truskolasach to nie jest dom Kuby Błaszczykowskiego, to nie jest dom Jerzego Brzęczka. To jest dom Felicji Brzęczek. Najważniejszy dom w całej tej rodzinie.

Sceny rodzinne są w obu książkach kapitalne. Materiał dla Smarzowskiego.

Nie wiem czy Smarzowskiego. Piotr Starak też chciał nakręcić film o Kubie, ale ten się w pewnym momencie wycofał. Są różne propozycje. To jest rodzina, w której wyrosło dwóch kapitanów reprezentacji. I w którą się wchodzi jak w zupełnie inny świat. Bez mediów. Dlatego kiedy słyszę, jak  jeden z pana kolegów powtarzał za Internetem, że Brzęczek to "Guardiola z Truskolasów", to mnie szlag trafia. Mnie to nie śmieszy. Rozumiem, że jakby był z Paryża, to co innego. Tak samo nie rozumiem, jak można powiedzieć o Brzęczku, który ma za sobą taką a nie inną karierę piłkarską, że gówno widział w piłce. Medalista olimpijski, kapitan kadry? Dwukrotny mistrz ligi austriackiej i gówno widział? No trochę byłam zaskoczona takim stwierdzeniem. Nie umiem i nie chcę tego odpuścić. Mam emocje zawsze na wierzchu.

Trener chyba też.

Jego bardziej martwi, że rodzina się przejmuje atakami na niego. Sobą się nie przejmuje, on się skupia na piłce.

Dlatego uważam, że te wszystkie polemiki z pierwszych stu stron można było spokojnie załatwić tą jedną sceną z książki, gdy Marzena Brzęczek płacze z nerwów na meczu kadry. Dla żony selekcjonera mecz reprezentacji powinien być świętem, a jest okazją do płaczu.  

Siedziałam kiedyś na meczu kadry obok brata selekcjonera. Tego, który miał może nawet większy piłkarski talent od swojego młodszego brata i od swojego siostrzeńca, tyle że nie poświęcił tyle czasu na treningi, bo musiał pomagać rodzicom w pracy. I on po każdej bramce Polaków ocierał łzy. Takie emocje.

I dlatego mi się ta część sylwetkowa, rodzinna, wydaje za krótka. A ta pisana piórem kibica zbyt długa. Dlatego "Kubę" uważam za genialną opowieść, a tę - tylko za dobrą.

Ale to zdanie pan już na pewno wykreśli: że jedna genialna, druga dobra.

No dobrze: ta druga mogłaby być dużo lepsza, ale we fragmentach dotyczących Jerzego Brzęczka i rodziny jest przejmująca.

Okej, to jeśli pan tego nie wykreśli, to następnym razem oddam redakcję w pana ręce. Mówię to trochę żartem, trochę serio. Zresztą, pewnie już nie będzie następnej sportowej książki.

Nie żałuje pani, że nie rozwinęła tego wątku przeciągania liny między trenerem a piłkarzami kadry? Jerzy Brzęczek w pewnym momencie cytuje słowa Lewandowskiego: "Trenerze, ja nie wiedziałem na początku, czy panu ufać, czy pana bronić". Bardzo mocna rzecz, ale nie ma kontynuacji.

Co miałoby nią być? Jest kapitan drużyny i jest selekcjoner. I jest jeszcze w tej książce pytanie do Kuby Błaszczykowskiego, bardzo ważne, a  chyba przeoczone. "Jak ty Kuba byś się czuł, gdyby do szatni reprezentacji jako trener wszedł nie twój wuj, a wuj Lewandowskiego?"  Nic więcej tu do opisania nie miałam. Robert Lewandowski jest kapitanem tej kadry i nigdy za kadencji Brzęczka nie było wątpliwości, czy powinien nim być. Były jakieś plotki, że kapitan miał być niezadowolony, że nie gra Maciej Rybus itd. Ale obaj, trener i kapitan, to zdementowali, więc nie ma o czym pisać. Czy coś pan tam jeszcze widzi, co trzeba rozwinąć?

Właśnie ten wątek przeciągania liny między piłkarzami a trenerem: oni z klubów, w których pracują ze świetnymi trenerami, i poddają Brzęczka próbie, czy on się zna. Trener sam wspomina swoją niefortunną przemowę, gdy obecnym kadrowiczom przypomniał, że jemu na grobie będą mogli napisać: był z reprezentacją medalistą olimpijskim, a oni na razie mają tylko sukcesy w klubach.

Czy to nie fantastycznie prawdziwe, że trener mówi: źle się zachowałem? Przyznał: "Nie miałem takich intencji, a jednak zrobiłem źle. Trzeba się wsłuchać w drugą stronę, dostosować do niej".

Selekcjoner się umie dostosować? Czy łatwiej mu było doradzić Kubie: zrób wobec Kloppa gest, niż zrobić to samemu?

Żeby coś zrobić, Brzęczek musi być sam do tego przekonany. Jeśli nie, to można go przekonywać, prosić, ale i tak zrobi po swojemu. Gdy był przekonany, że trzeba powołać Kubę Błaszczykowskiego, to powoływał, choć prezes Boniek i inni  dawali znać, że oczekują czego innego. To swoją drogą to też jest ciekawe: najpierw Kuba jest bohaterem, potem się nagle dla wielu staje się ciężarem, między innymi dlatego, że trenerem zostaje wujek. A były reprezentant Polski mówi na antenie, pewnie w dobrej wierze, że jak Jurek dalej będzie powoływał siostrzeńca, to ryzykuje, że zrobi z niego pomnik obsrany przez gołębie. No, miło tak, o chłopaku, o którym w Niemczech raperzy śpiewają piosenki, a najlepszy trener świata ciągle kontynuuje ich znajomość. O kimś, kto dla polskiej reprezentacji oddawał na boisku serducho i zdrowie. Jerzy Brzeczek mówi w książce: rozumiem, gdy kibice krytykują moja pracę i grę reprezentacji. Nie rozumie natomiast części środowiska piłkarskiego, które wielokrotnie krytykuje go, choć przecież zna się na piłce i jej uwarunkowaniach.

Wspomina pani w książce o esemesach od dziennikarzy do trenera: sprzedaj mi informacje na wyłączność, to będę o tobie lepiej mówił. To nie zmyślone?

Trochę to pan uprościł. Bo nie na "ty" i nie tymi słowami. Nie, nie zmyślone.

Kto pisał?

Tajemnica selekcjonera. Nie wiem. 

Bez nazwiska to trochę osłabia moc argumentu, tak jest w kilku miejscach książki.

Nie trzeba robić magla, żeby uwiarygadniać zapisane na tych stronach słowa. Ci, o których piszę, wiedzą. Poza tym równie ważna jak treść krytyki, jest i jej forma. Przecież ja też jako kibic byłam w stanie dostrzec, że Polska zagrała zły mecz z Macedonią, ze Słowenią. Widziałam fatalny początek  meczu z Bośnią i Hercegowiną w Zenicy. Ale widzę też, ile musi ten selekcjoner przebudować i odbudować w drużynie po mundialu w Rosji. Dostrzegam, że stracił na boisku fantastycznie funkcjonujące ogniwo Błaszczykowski - Piszczek. To, że musiał Kamila Glika przekonywać do pozostania w tej kadrze. A jaką by pan kadrę chciał zobaczyć? Znowu tę z mundialu w Rosji, w niskim pressingu?

Nie. Dlatego, gdy niedawno z Holandią zobaczyłem taką kadrę, to krytykowałem.

Ok. Punkt dla pana. Problem w tym, że tego trenera do przedwczoraj krytykowało się za wszystko. Nie wygrywa - wiadomo. Wygrywa? Krytykujemy za styl.    

Ale Jerzy Brzęczek nie jest tu przecież żadnym wyjątkiem. Jerzy Engel, Paweł Janas, Waldemar Fornalik, Adam Nawałka - wszyscy oni byli krócej albo dłużej w tej samej sytuacji.

Ale ja nie napisałam książki o Janasie ani Nawałce, tylko o Brzęczku.

Ale pisze pani, że hejt na selekcjonera jest bezprecedensowy. A on jest tylko bardziej nagłośniony, bo media społecznościowe się rozwinęły.

Czyli już jest "bardziej" i jest bezprecedensowy. Czy my się w ogóle cieszyliśmy z awansu na Euro 2020? Czy tak nie do końca, bo byliśmy zmęczeni tą atmosferą wokół selekcjonera i jego kadry?

A nie sądzi pani, że każdy selekcjoner, który by przyszedł po mundialu 2018, nieważne czy się nazywa Brzęczek czy Czesław Michniewicz, zostałby przemielony przez kibiców i opinię publiczną, tak wielkie było rozczarowanie po Rosji i chęć odreagowania?

Czyli że Brzęczek nie miał wcale tak źle?

Nie, chodzi o to, że miał źle nie dlatego, że nazywa się Jerzy Brzęczek i pochodzi z Truskolasów. I że może nie ma co się przywiązywać do tego, że oni są "Niekochani", jak mówił film dokumentalny o kadrze. To było odreagowanie mundialu, teraz już nie ma co siedzieć w oblężonej twierdzy.

Czy Jerzy Brzęczek siedzi w oblężonej twierdzy? Przecież Adam Nawałka w ogóle nie udzielał wywiadów i nikt nie mówił o oblężonej twierdzy.

Ale też chyba nie przeżywał aż tak każdego ataku. Albo nie pokazywał po sobie.

A Brzęczek pokazuje? Nie zauważyłam. Także jako kibic. A w ogóle, co się tak martwicie o niego?

Nie lubię, gdy ktoś cierpi.

A cierpi? Nie wiem kto wymyślił tę oblężoną twierdzę. Moim zdaniem jej nie ma.

I Kuba, i trener są ludźmi, którzy się czują atakowani. Kuba w książce mówi np. "Wiadomo dlaczego się o mnie tak pisze od 2014". Ja naprawdę nie wiem, dlaczego? Prezes Boniek kazał o nim źle pisać?

Nie wiem, o to już trzeba Kubę pytać. Mówi za to, że w książkach się zawsze mówi prawdę, więc widocznie czuje tak, a nie inaczej. Uważa pan, że powinnam pouczać swoich rozmówców o czym i w jaki sposób mają odpowiadać na zadawane pytania?

Wyczuwa się w książce spory dystans do Adama Nawałki, wiele spraw jest stawianych na kontrze: Nawałka był taki, Brzęczek jest taki. Nawałka jest dla Kuby ciągle tym, który odebrał mu opaskę. Ale może wyświadczył tym Kubie przysługę? Kuba bez opaski, już w innej roli, przeżył z kadrą najpiękniejszy turniej. Nawałka dał mu to, czego nie dali inni trenerzy.

Selekcjoner Nawałka dał Kubie piękne dni w kadrze, ale i Kuba zrewanżował się selekcjonerowi tym samym, prawda? Bo z tego co pamiętam, Błaszczykowski  był naszym najlepszym piłkarzem na Euro 2016.

A potem pojechali razem na mundial 2018 i trener powtarzał, że choć były dyskusje, czy Kubę brać, to dla niego był nietykalny.

Wziął go, bo go lubi, czy liczył, że mu jako zawodnik pomoże na boisku? Adam Nawałka jest profesjonalistą.

Myślę, że jednak miał do niego wielki sentyment. Choć też rozumiem, że zabranie opaski było trudną próbą. Ale z opaską czy bez, to u Nawałki Kuba zagrał najlepszy turniej.

Nie sądzę, żeby Kubie w czymś opaska przeszkadzała, bo on na boisku jest po prostu Kubą. Tak się złożyło, że akurat wtedy pisaliśmy książkę, byłam świadkiem tamtych  zdarzeń i nie chodziło w tym sporze o zabranie opaski, bo to święte prawo każdego trenera, tylko o sposób w jaki to się odbyło. Ale wracając do "W grze": ja w żadnym jej miejscu, na żadnej stronie niechęci do Adama Nawałki nie widzę. Podkreślamy wręcz, że Adam Nawałka ma klasę, zawsze przysyła selekcjonerowi esemesy po meczu itp.

A jednak wracają różne żale. Np. o to, że Kuba w meczu z Japonią kończącym mundial w Rosji długo stał przy linii bocznej, czekając na zmianę.

Miało nie zaboleć? Sto pierwszy mecz.

Rozumiem, że zabolało, ale dramat przeżył nie tylko Kuba. Cała drużyna przegrała w tym mundialu marzenie życia i mecz z Japonią zmienił się im w jakiś komediodramat. Ale wcześniej to jednak właśnie Adam Nawałka odzyskał dla kadry Kubę w roli bohatera. Nawet jeśli to zrobił przy okazji. Mistrzostwa z Nawałką we Francji Kuba kończył jako bohater tak kochany, że zmarnowany karny z Portugalią nie był problemem.

Jakieś dwa lata temu byłam na spotkaniu autorskim z okazji wydania książki Stefana Szczepłka. Był Jerzy  Pilch, prezes Boniek i inni goście, był też szef sportu w "Rzeczpospolitej" Mirosław Żukowski. I pewnym momencie  biorąc mikrofon, powiedział, że wielokrotnie z kolegami dyskutowali w redakcji o książce "Kuba" i są przekonani: nikt inny by tak tej książki nie napisał. I właśnie przez to, jak opisałam Kubę jako człowieka, a nie tylko piłkarza, ten mógł wyjść z lotniska głównym wyjściem po niewykorzystanym karnym z Portugalią. Zresztą, to nie są pytania do mnie, nie uważa pan? Tylko do Kuby. Ani pan nie jest Błaszczykowskim, ani ja nim nie  jestem. Gdy ktoś mówi do pana: "A co pan taki wrażliwy?", to co pan może powiedzieć? No, taki jestem.

Ale pani, jako przyjaciółka rodziny, może też spróbować to stonować: słuchajcie, to było przykre, ale już niewarte dalszego rozpamiętywania. I Jerzego Brzęczka przekonać, że naprawdę nie wszyscy są przeciwko niemu, tylko na razie nie miał jeszcze swojego wielkiego meczu, swojego 2:0 z Niemcami, żeby krytycy odpuścili na dobre.

Właśnie jako przyjaciółka, jak pan mnie określa, do niczego nikogo nie przekonuję. Wzajemne zaufanie opiera się między innymi o przeświadczenie, że każdy oddycha własnym rytmem. To, co chciałam zrobić we "W grze", to  spróbować pokazać człowieka, który przy okazji jest selekcjonerem. Człowieka, który chyba jednak nigdy nie będzie picerem. I może kiedy ktoś przeczyta książkę, to  oglądając po jej lekturze następny mecz kadry pomyśli sobie: o, ja już tego faceta znam trochę lepiej.

Przeczytaj także:

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ