Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kibice znów pokochali kadrę Brzęczka! Wielki mit padł po trzech meczach

Mit o "Niekochanych" padł już po pierwszym udanym zgrupowaniu reprezentacji Polski. Wszystko ułożyło się idealnie, by uczucia odżyły. Najpierw słaba Finlandia, by pokazać nowe twarze, później Włosi, by wspólnie powalczyć, na koniec dziesięciu Bośniaków, by wystrzelić fajerwerki.

Narracja, że kibice i dziennikarze nie kochają już reprezentacji, nie lubią Jerzego Brzęczka i tylko czekają na wpadki, by w dosadny sposób komentować, wyolbrzymiać, a później cieszyć się dużą liczbą kliknięć, od początku była z wielu powodów naciągana. Bo jak budować oblężoną twierdzę na poziomie reprezentacji, skoro na koniec 38 milionów Polaków chce się cieszyć z jej zwycięstw? Dziennikarze to też kibice. Pamiętam opowieści kolegów, którzy wzruszyli się nad klawiaturami na stadionie w Saint-Etienne, gdy Polacy wyeliminowali po rzutach karnych Szwajcarów. Przyjemnie pisać o wielkich sukcesach. A później - już abstrahując od uczuć - wielkie sukcesy dają portalowi wielkie liczby. By nie szukać daleko - po wygranej Igi Świątek w Roland Garros Internet zapłonął.

Zobacz wideo Lech ma piłkarzy, którzy mogą pobić rekord transferowy ekstraklasy

Trudna miłość kibica i reprezentacji Polski

Miłość do reprezentacji nie jest jednak łatwa - została zawiedziona dwa lata temu mundialem w Rosji. I ten zawód nigdy nie został przepracowany. Zabrakło szczerej dyskusji o tym, co się stało. Selekcjoner Adam Nawałka do dzisiaj nie udzielił żadnego dużego wywiadu. Jerzy Brzęczek nieufność kibiców dostał więc w spadku. Rozmowy o kadrze były i wciąż są histeryczne. Wciąż wracamy do tamtego mundialu. Ten brak stylu reprezentacji najbardziej martwi dlatego, że to samo przerabialiśmy dwa lata temu. Nie szło, ale sygnały były błędnie odczytywane lub lekceważone. Teraz, zawiedziony kibic, jest na nie szczególnie wyczulony.

Nie każda randka z reprezentacją Jerzego Brzęczka była udana. Czasami się nudziliśmy, w Amsterdamie wstydziliśmy, zazwyczaj brakowało emocji, a nawet jak bywało całkiem poprawnie, to i tak nie wydarzyło się nic ekstra, żeby wspominać te spotkania przez kolejnych kilka dni. Aż do teraz, choć to zgrupowanie miało wszystko, żeby się nie udać: poprzedził je rechot z fragmentami kuriozalnej książki o selekcjonerze, kluczowy piłkarz wypadł przez pozytywny wynik testu na koronawirusa, kapitan przyjechał przemęczony, Włosi wydawali się rozpędzeni i gotowi zrobić nam drugą Holandię, a z Bośniakami już w Zenicy nie było łatwo, mimo że wtedy brakowało im czterech kluczowych piłkarzy. Do tego trzy mecze w tydzień, a przecież piłkarze już samą grą w klubach mieli prawo być zmęczeni. Niespodziewanie jednak wyszło z tego najlepsze zgrupowanie za kadencji Jerzego Brzęczka. Może za kilka miesięcy stwierdzimy, że było wręcz przełomowe.

Najlepsze zgrupowanie kadry Jerzego Brzęczka

Wypłynęli na nim Jakub Moder i Sebastian Walukiewicz, odbudował się Karol Linetty, z bardzo dobrej strony na pozycji, na której od lat przepadał każdy, pokazał się Mateusz Klich. Właśnie na "dziesiątce", za plecami Lewandowskiego, gdzie zazwyczaj z konieczności grał Piotr Zieliński, bo w sztabie trenerskim uznali, że to najmniejsze zło. Być może rozwiązały się zatem dwa problemy za jednym razem: z obsadą tej pozycji i wykorzystaniem potencjału Klicha, który znamy z Leeds United. Nie przeniesiemy go oczywiście w skali jeden do jeden, bo w klubie ma trenera, który na treningi zabiera linijkę, by każdy schemat był dopracowany co do centymetra. Przy raptem kilku treningach podczas jednego zgrupowania niemożliwe jest odwzorowanie tego. Inaczej gra reprezentacja, inaczej klub, ale stworzenie odpowiednich warunków do wykorzystania umiejętności Klicha, to rzecz absolutnie w zasięgu selekcjonera. I wygląda na to, że na tej pozycji odnajduje się najlepiej: ma swobodę, więc posyła prostopadłe piłki do Lewandowskiego, jest pierwszym, który wywiera pressing na rywalach. I robi to naprawdę dobrze.

Czytam też komentarze dotyczące Modera i Walukiewicza. Część kibiców zakochała się w nich od pierwszego wejrzenia: bo młodzi, odważni, bez kompleksów, a przy tym skromni i nadzwyczaj spokojni. Inni przestrzegają: nie pompujcie balonika. Ich też trzeba zrozumieć - przemawia przez nich troska, wraca przykład Bartosza Kapustki: że za szybko zrobiło się wokół niego głośno. Znów - odzywają się stare zawody.

Wystarczyło jedno udane zgrupowanie, by zapomnieć o starych problemach. Wróciła nadzieja. Bo z Finlandią okazało się, że mamy najszerszą i najbardziej konkurencyjną kadrę w ostatnich latach. Bo z Włochami samo nastawienie było inne niż w traumatycznym spotkaniu z Holandią. Piłkarze walczyli jeden za drugiego, wykazywali chęć, by zaatakować, przedostawali się pod pole karne Gianluigiego Donnarummy. Bo z Bośnią i Hercegowiną wreszcie wystrzeliły fajerwerki. Były emocje, piękne akcje i gole. Historie do opowiedzenia - jak ta Karola Linettego, który po dwóch wielkich turniejach przesiedzianych na ławce rezerwowych i dwóch latach bez meczu w kadrze, dostaje ostatnią szansę i gra jak z nut. Albo Jacka Góralskiego, który na naszych oczach zrywa przyszytą mu łatkę piłkarza prymitywnego, który tylko by robił wślizgi. Obok upadają pomniki, bo nagle wydaje się, że kadra może grać bez Krychowiaka i Zielińskiego. Reprezentacja to wciąż wielkie euforie i jeszcze większe dramaty. Postrzeganie bywa zero-jedynkowe. 

A przecież na tym zgrupowaniu wiele razy dopisało nam szczęście: nie trafił Federico Chiesa, choć powinien. Wtedy ogólny odbiór meczu z Włochami byłby już nieco gorszy. Sędzia Craig Pawson też przesadził z wyrzuceniem Anela Ahmedhodzicia, który faulował Lewandowskiego przed polem karnym. Dopiero wtedy, gdy graliśmy w przewadze, zniknęły problemy z rozpoczęciem akcji. Problemy identyczne jak w meczu z Włochami - dodajmy. W obu meczach, gdy rywal podchodził wysoko i zagęszczał środek pola, mieliśmy problemy z rozprowadzeniem akcji. Brakowało dobrego drugiego i trzeciego podania. Środkowi obrońcy, nie widząc lepszych rozwiązań, grali długimi podaniami do skrzydeł i na Lewandowskiego. Tam zazwyczaj traciliśmy piłkę - z Włochami przez cały mecz, z Bośnią przez pierwszy kwadrans. Inna sprawa, że później grę w przewadze reprezentacja znakomicie wykorzystała. Pojawiały się imponujące akcje kombinacyjne i efektowne wymiany podań. Wpadły trzy gole, były szanse na jeszcze raz tyle.

Odchodząc od oceniania, ile razy dopisało szczęście - takie zgrupowanie było reprezentacji niezwykle potrzebne. Zaufanie wzrośnie, wreszcie powinien zapanować większy spokój i może skończy się to budowanie oblężonej twierdzy. A już w listopadzie czas na kolejne treningi i wypracowywanie schematów, które pozwolą nam skuteczniej wychodzić spod pressingu rywali. To ważne, jeśli chcemy cieszyć się po Euro.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ