Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jeden ważny wniosek ze spotkania z Bośnią i Hercegowiną: prostota popłaca

Polacy wygrali pierwszy mecz w Lidze Narodów 2:1 z Bośnią i Hercegowiną. W przeciwieństwie do spotkania z Holandią, tym razem strata gola pobudziła Polaków do lepszej gry. Trudno jednak wyciągać z tego meczu daleko idące wnioski. Z wyjątkiem jednego, jakże oczywistego - lewonożny piłkarz na lewej obronie to dobry pomysł.

Bośnia i Hercegowina zagrała z Polską bez czterech najważniejszych piłkarzy, a mimo to pierwsze pół godziny było w wykonaniu naszych piłkarzy beznadziejne. Znów atakowali bardzo ostrożnie, nie stwarzali zagrożenia i nie oddawali celnych strzałów. W dodatku Jan Bednarek faulował w polu karnym i po rzucie karnym przegrywaliśmy 0:1. Na szczęście, w przeciwieństwie do meczu z Holandią, zareagowaliśmy na stratę gola. 

Zobacz wideo

Zawsze może przytrafić się jeden błąd, dlatego warto atakować

Do 24. minuty Bośnia i Hercegowina grała równie słabo jak Polska i właściwie nie zbliżała się do bramki Łukasza Fabiańskiego. Wystarczyło jednak jedno dośrodkowanie w pole karne: Jan Bednarek oparł ręce na barkach Elvira Koljicia, Cuneyt Cakir stwierdził, że to był faul na żółtą kartkę, a Haris Hajradinovic wykorzystał jedenastkę. Michał Listkiewicz potwierdził w rozmowie ze Sport.pl, że karny został podyktowany słusznie. Abstrahując od oceny tej decyzji sędziego, bo nie to jest sednem sprawy - nie atakując nie wygramy nigdy. Ile byśmy się nie nasłuchali zadowoleniu selekcjonera z gry w obronie, zawsze może przytrafić się ten jeden błąd - sędziego w ocenie, Bereszyńskiego w ustawieniu, Bednarka w kryciu Edina Viscy, który o mały włos, a wbiłby nam drugiego gola. Monolitem w defensywie, wbrew narracji po przegranym 0:1 meczu z Holandią nadal nie jesteśmy. W Amsterdamie mieliśmy sporo szczęścia: uratował nas słupek i bardzo dobra interwencja Wojciecha Szczęsnego, gdy Memphis Depay próbował go przelobować.

Gorsze w meczu z Holandią było jednak to, że po stracie gola nie oddaliśmy ani jednego strzału na bramkę. Ze słabszą Bośnią i Hercegowiną strata bramki podziałała na nas mobilizująco - Kamil Glik niecelnie uderzył po rzucie rożnym, później w bramkarza trafił Kamil Grosicki, bośniacki obrońca w ostatnim momencie wybił Arkadiuszowi Milikowi piłkę sprzed nosa. Polacy zaczęli zagrażać bramce rywali, byli coraz bliżej gola - do ataków włączali się boczni obrońcy, najaktywniejszy był Kamil Jóźwiak, celnie rozgrywał Piotr Zieliński. Brakowało skuteczności - przy ostatnim podaniu albo przy oddawaniu strzału. Mimo to, dobrze było wreszcie zobaczyć polską reprezentację grającą w piłkę. Szkoda, że bramka wyrównująca nie padła po jednej z takich kombinacyjnych akcji, a po rzucie rożnym. Grosicki dośrodkował na głowę Glika, a ten precyzyjnie uderzył. Było 1:1.

Lepsza gra w drugiej połowie i pierwsze zwycięstwo w Lidze Narodów. Skoncentrowanym trzeba jednak być do samego  

Dobrą postawę z końcówki pierwszej połowy udało się częściowo utrzymać po zmianie stron. Polacy wciąż mieli inicjatywę i grali znacznie odważniej niż z Holandią. Druga połowa układała się podobnie jak mecze ze słabszymi rywalami w eliminacjach do Euro. Polotu zabrakło, fantastycznych akcji nie obejrzeliśmy, ale wreszcie Polacy grali dojrzalej i wykorzystali jedną z szans, które stworzyli. Przypominali samonapędzającą się machinę - jeśli już przekonali się, że piłkarsko są lepsi od rywala, a później przeprowadzili dwie-trzy udane akcje, to kolejne były kwestią czasu.

Gdy w piłkarzach Jerzego Brzęczka wzrasta wiara we własne umiejętności, zaczyna grać całkiem dobrze. Wykorzystuje wtedy słabości rywala - w przypadku Bośniaków: niezdecydowanie w środku pola, nie najlepsze wyprowadzenie spod własnej bramki i bardzo słabą grę bocznych obrońców. Do tego wreszcie uwalnia własny potencjał: nie chowa się za podwójną gardą, angażuje w ataki więcej niż czterech piłkarzy, dostrzega wyjście na pozycję bocznych obrońców (szczególnie Rybusa), potrafi przyspieszyć grę na małej przestrzeni (kombinacje Jóźwiaka z Grosickim i Zielińskim). Przeciwko słabej Bośni i Hercegowinie reprezentacja Polski powinna tak grać od początku do końca meczu. A przy tym - nie zapominać o koncentracji w obronie, bowiem po jednym niedokładnym wybiciu Łukasza Fabiańskiego, pierwsze zwycięstwo w Lidze Narodów, tak ważne dla selekcjonera Brzęczka, mogło prysnąć.  

Pochwała prostoty 

Trudne życie ma Maciej Rybus u Jerzego Brzęczka. Dotychczas grał rzadko, przed nim w hierarchii byli Arkadiusz Reca i prawonożny Bartosz Bereszyński, nienaturalnie przestawiany na lewą obronę z drugiej strony boiska. W meczu z Bośnią i Hercegowiną Rybus wreszcie dostał szansę. Gdy po pół godzinie cała reprezentacja zaczęła grać lepiej, on też częściej pokazywał się do gry w ataku. Miał jednak pecha - kilka razy dobrze się pokazywał, ale koledzy woleli podać w drugą stronę. Zaleta z posiadania lewonożnego piłkarza na tej pozycji, w dodatku całkiem nieźle dośrodkowującego i czującego się w ataku, jest nie do przecenienia przede wszystkim w meczach ze słabszymi rywalami, gdy te atuty są widoczne znacznie częściej niż niedostatki w obronie. W 67. minucie dobre wejście Rybusa dostrzegł Jóźwiak. Podał mu piłkę, a on idealnie dośrodkował na głowę Grosickiego. Padł gol na 2:1. Pod koniec meczu Rybus mógł mieć bliźniaczą asystę, ale Mateusz Klich trafił w bramkarza Asmira Begovicia. To proste akcje, które jednak nie udałaby się, gdyby lewym obrońcą znów był prawonożny piłkarz i musiał przed dośrodkowaniem przekładać piłkę na lepszą nogę. Prostota popłaca.

O co chodzi w środku pola?

Natomiast wciąż trudno zrozumieć obsadę reprezentacyjnego środka pola. W meczu z Holandią, w którym nastawialiśmy się tylko na bronienie, selekcjoner zostawił na ławce najagresywniej grającego Jacka Góralskiego, a postawił na Mateusza Klicha. W spotkaniu z Bośnią i Hercegowiną, gdy słusznie przypuszczaliśmy, że to my będziemy częściej utrzymywać się przy piłce, Jerzy Brzęczek postawił natomiast na Góralskiego. Klich za to przez ponad godzinę siedział na ławce. Obok Karola Linettego, który wszedł dopiero na ostatnie minuty.

Wydawałoby się, że Góralski grał po to, by więcej swobody w ofensywie miał Grzegorz Krychowiak. Tak nie było. Piłkarz Lokomotiwu pozostał przy swoich tradycyjnych obowiązkach, a Góralski wyrósł na głównego rozgrywającego tej kadry i wślizgi przeplatał prostopadłymi podaniami. Miał ich najwięcej ze wszystkich polskich piłkarzy. I przyznać trzeba, że po słabym początku spotkania - kilku wybiciach w aut, niepotrzebnych faulach, wyraźnie się rozkręcił. Tracił za to Krychowiak, który zagrał słabo i słusznie został zmieniony jako pierwszy w 68. minucie. Kilka razy można było odnieść wrażenie, że wchodzą w sobie w paradę. Zostajemy z domysłami, jak przeciwko Bośniakom, którzy słabo radzili sobie w środku pola, sprawdziłby się ofensywniej grający rozgrywający. Znamienne jest to, że najgroźniejsze akcje przeprowadzili skrzydłowi, a ataki środkiem boiska można policzyć na palcach jednej ręki. 

Jóźwiak największym wygranym zgrupowania 

W reprezentacji Polski dość łatwo zostać bohaterem pojedynczego meczu. Wystarczy mieć odrobinę więcej odwagi od kolegów, ruszyć raz i drugi do przodu, minąć rywala, podać prostopadle, uderzyć - nawet nieważne, czy celnie. Takie podstawy wystarczą, żeby się wyróżnić, wpaść w oko, zapisać się w pamięci. Przerabialiśmy to z Krystianem Bielikiem po Słowenii i podobnie było z Kamilem Jóźwiakiem po meczu w Amsterdamie. Działała magia kontrastu, dodatkowo napędzana naturalną przychylnością do młodych zawodników dopiero wchodzących do reprezentacji. Trudniej to dobre wrażenie utrzymać w kolejnych meczach. A to Jóźwiakowi się udało.

W Zenicy był najlepszy na boisku. Wyróżniał się wyszkoleniem technicznym, dzięki któremu udawało mu się wychodzić spod presji rywali. Był aktywy - dośrodkował Grosickiemu prosto na głowę, rozpoczął akcję bramką na 2:1, nadążał za pomysłami Zielińskiego. Mieliśmy kilka rzutów wolnych po faulach na nim. Był też lepiej przygotowany fizycznie, co dziwić nie może, bo przed zgrupowaniem zdążył zagrać w trzech meczach Lecha Poznań. Poza tym - ambicja, zadziorność i zaangażowanie w obronie. A to przecież o bierność w tym aspekcie często miał do niego pretensje selekcjoner młodzieżówki - Czesław Michniewicz.

Miał też mniej udane zagrania - zupełnie niecelny strzał z pierwszej połowy i bardzo niedokładne podanie zaraz po stracie gola. To szczegóły, pomimo których jest największym wygrany tego zgrupowania. Wszedł do reprezentacji bez kompleksów. W przeciwieństwie do Sebastiana Szymańskiego jest klasycznym skrzydłowym - ma więc zupełnie inne zalety niż zawodnik Dynama Moskwa. Jerzemu Brzęczkowi przyda się taka alternatywa: czy to właśnie jako zastępca Szymańskiego, czy zmiennik Grosickiego, któremu sił starcza zazwyczaj na nieco ponad godzinę.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ