Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Znów zmarnowaliśmy czas. Od debiutu Brzęczka kadra tkwi w tym samym punkcie

Graliśmy po dziesięciu miesiącach przerwy, trzech wspólnych treningach, bez Roberta Lewandowskiego, z Holandią, w Amsterdamie, przeciwko znacznie lepszym piłkarzom. Wiele można więc zrozumieć. Ale nie to, że nawet nie próbowaliśmy grać w piłkę.

Znamy realia - nie zakładaliśmy, że zdominujemy Holandię i będziemy utrzymywać się przy piłce, a na koniec zdobędziemy bramkę po koronkowej akcji. Ale nie damy sobie wmówić, że jesteśmy aż tak słabi, by po oddaniu jednego celnego strzału i trzech wypadach pod pole karne rywala towarzyszyło nam zadowolenie. 

Zobacz wideo

Bez reakcji na straconego gola 

Plan Jerzego Brzęczka na mecz z Holandią był prosty - dowieźć 0:0. Runął po godzinie, a od tego momentu jego zespół nie oddał nawet jednego strzału. Holendrzy też dopiero co wrócili z urlopów i nie narzucili nam szalonego tempa. Nie grali jak o mistrzostwo świata. Nie potrzebowali czterech goli. Zadowolili się tym jednym i pobawili podając piętami w naszym polu karnym. To był mecz Ligi Narodów - trochę tylko ważniejszy od zwykłego sparingu - który nasza reprezentacja mogła wykorzystać lepiej niż na bieganie za piłką i przeszkadzanie. Wiemy po nim, że możemy to robić skutecznie przez godzinę, że mamy piłkarzy walecznych, oddanych, zaangażowanych, zdyscyplinowanych taktycznie. Ale czy dokądś zmierzamy? Rozwijamy się? Przygotowujemy trzy czy cztery schematy szybkiego ataku na mecze z mocnymi zespołami na Euro, by jednak mieć przygotowaną alternatywę na wypadek, gdy utrzymanie bezbramkowego wyniku nam nie wyjdzie?

Przypominam sobie mecze reprezentacji Polski ze znacznie lepszymi zespołami - legendarne spotkanie z Niemcami czy nawet mniej chętnie wspominany ćwierćfinał Euro 2016 z Portugalią - gdy jakością, wyszkoleniem technicznym, sprytem czy szybkością myślenia większość naszych zawodników odstawała od rywali nie mniej niż w piątek od Holendrów. Wtedy jednak mieliśmy pomysł, jak mimo wszystko zagrozić tym zespołom i oddać kilka strzałów. W tamtych akcjach widać było powtarzalność, nawet jeśli nie zawsze się udawały. Czuło się, że selekcjoner przeanalizował rywala i znalazł jego słabości, a później jeszcze wymyślił plan jak je wykorzystać. Byliśmy odważniejsi i sprytniejsi niż jesteśmy dzisiaj. Przeciwko Holandii chcieliśmy jedynie jak najniżej przegrać. A takie myślenie nie rozwija naszej reprezentacji. Od dwóch lat jesteśmy więc w tym samym miejscu.

Reprezentacja Polski marnuje czas

Cieszyłem się, że w tym roku kadra zagra aż osiem meczów z niezłymi rywalami. To mógł być ciekawy czas eksperymentów, sprawdzania odważniejszych rozwiązań bez wielkich konsekwencji. Skoro Jerzy Brzęczek powtarzał przez całe eliminacje, że liczy się przede wszystkim awans, to teraz wreszcie mógł próbować i popełniać błędy, które w pewnym momencie pozwoliłyby tej drużynie pójść do przodu i pojechać na Euro z pomysłem na coś więcej niż przetrwanie ze Szwedami i Hiszpanami. Mecz z Holandią na przyszłość dał nam niestety niewiele - jedynie ciężkie nogi w sobotę, bo nabiegaliśmy się niemiłosiernie. Żadnej pewności siebie, żądnej nauki, żadnego poczucia rozwoju, żadnej nadziei, że podczas mistrzostw znajdziemy sposób na lepszych piłkarsko Hiszpanów.

Kilka zagrań Zielińskiego, Klicha czy Kamila Jóźwiaka pokazało, że stać nas na więcej. Że mentalnie jesteśmy słabsi niż piłkarsko. Że sami się ograniczamy. Że tym kilku niezłym technicznie piłkarzom nie pozwoliliśmy nawet rozwinąć skrzydeł. To trochę tak, jakby mieć do dyspozycji osiem treningów i nie przećwiczyć na nich żadnego ofensywnego schematu. Zrobić pięć zajęć biegowych i trzy taktyczne - z przesuwania i doskakiwania do rywala przed własną szesnastką. To byłoby oczywiste marnowanie czasu. Reprezentacja trenuje więc rozgrywanie akcji - jest podanie ze środka do boku, klepka, dośrodkowanie na nabiegających napastników. Tylko później w meczu korzysta z tego raz, bo strach nie pozwala jej na więcej. Resztę czasu tylko biega i przeszkadza. Psuje pomysł rywalom, zamiast pokazać własny. Burzy, zamiast budować. Marnuje czas.

Skoro w eliminacjach trzeba się było skupiać przede wszystkim na wynikach, to w Lidze Narodów warto spojrzeć na samą grę. Wniosek jest smutny - nie gramy nawet odrobinę lepiej niż niemal równo dwa lata temu w debiucie selekcjonera Brzęczka przeciwko Włochom. Nie mamy nawet jednego schematu przećwiczonego więcej. Nie mamy nawet jednego meczu, o którym dałoby się oprzeć, jak Nawałka oparł się o sukces z Niemcami. W eliminacjach te wszystkie Łotwy, Macedonie Północne i Izraele musieliśmy pokonać jakością naszych poszczególnych piłkarzy. Na Narodowym przeciwko Słowenii na plecy wziął nas Robert Lewandowski. Sporo zyskaliśmy dzięki stałym fragmentom gry. Ale gdy przyjechała już nieco lepsza Austria, zagoniła nas do biegania przed własnymi kibicami. Broniliśmy jak w piątek z Holandią. Wtedy selekcjoner cieszył się z punktu, w Amsterdamie był zadowoleni z porażki tylko jednym golem. Piłkarsko wciąż jednak jesteśmy w tym samym miejscu - na początku. Tylko czasu do Euro coraz mniej.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ