Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Smolarek mówił: Zabierz mnie z Niemiec. Dla nich zawsze będę smutnym, śmierdzącym Polakiem"

- Wydaje mi się, że reprezentacja Polski nie ma teraz czasu na trenera, który się dopiero uczy. Holendrzy też niedawno tak zrobili w reprezentacji i to nie działało. A teraz, po odejściu Ronalda Koemana, nasza kadra jest niewiadomą - mówi Sport.pl o meczu Holandia - Polska Jan de Zeeuw, Holender od lat mieszkający w Polsce, były menedżer Jerzego Dudka i Tomasza Iwana, dyrektor reprezentacji w czasach Leo Beenhakkera, kiedyś trener panczenistki Erwiny Ryś-Ferens. Początek meczu Holandia - Polska o 20:45. Relacja na żywo w Sport.pl.
Zobacz wideo Piątek czy Milik? Na kogo powinien postawić Brzęczek? [Sekcja Piłkarska #61]

Paweł Wilkowicz: Jak Holender patrzy dziś na Polskę? 

Jan de Zeeuw: Po tylu latach spędzonych w Polsce może nie jestem już właściwą osobą, żeby odpowiadać, bo patrzę częściej przez polskie okulary. Ale kiedyś, gdy jeszcze mieszkałem w Holandii, Polak kojarzył mi się przede wszystkim z opowieściami rodziców o tym, kto walczył za wolność mojego kraju w drugiej wojnie światowej. Gdy miałem w Holandii gości z Polski, albo opiekowałem się delegacjami, to jechaliśmy na polski cmentarz w Bredzie, na groby żołnierzy z oddziałów, które wyzwalały to miasto. Skojarzenia zawsze były dobre. Opowiadam Holendrom, że gdy patrzę na Gdańsk, to widzę jak wolność, którą dziś ma Europa, tutaj jest spięta klamrą. Tu się zaczął niemiecki atak w drugiej wojnie światowej, a potem stąd wyszła Solidarność i zmieniła Europę i świat. A do tego był polski papież. Dlatego ci wszyscy polscy piłkarze, którym przez lata pomagałem, gdy przyjeżdżali grać w holenderskich klubach, byli tam witani z sympatią.  

Znam przynajmniej jeden wyjątek, i to dzięki panu. W książce Hugo Borsta „De Coolsingel Bleef Leeg” opowiadał pan, jak Tomasz Iwan, któremu pan pomagał jako menedżer, był tępiony w Feyenoordzie. Robili to Peter Bosz, dziś trener Bayeru  Leverkusen, Reggie Blinker, ale też Ronald Koeman, do niedawna trener holenderskiej kadry.  

Ale to nie miało nic wspólnego z relacjami Polaków z Holendrami, tylko z walką o miejsce w drużynie. Tomek zabrał miejsce w składzie Gastonowi Taumentowi, a Bosz i Blinker chcieli pomóc koledze. Dlatego zwalczali Tomka. I nie sądzę, żebym wspomniał Ronalda Koemana, on się w to nie angażował.  

Holenderscy dziennikarze wspominają, że z Feyenoordu Iwan odchodził przeczołgany przez starszyznę drużyny, odbudował się w PSV Eindhoven, ale i tam miewał pod górkę z Jaapem Stamem i Ruudem van Nistelrooyem, którzy sobie z niego robili żarty. Więc tak różnie z tą sympatią bywało.  

Tu trzeba pewne sprawy rozdzielić. Tomek nie spełnił się w Feyenoordzie z różnych powodów. Działacze tego klubu mieli wrażenie, że dla niego już samo podpisanie kontraktu z tym klubem było wystarczające, że nie miał potem takiej determinacji. Nie chcieli też dużego polskiego klanu w klubie. Dla nich priorytetem był Jerzy Dudek. Mieli jeszcze Marka Saganowskiego, o którym mówili, że będzie lepszy niż Lubański, Boniek i Lato. Bali się, że zrobi się podgrupa w szatni i postanowili, że Tomek odejdzie. Ale z Ronalda Koemana nie róbmy przeciwnika Polaków, bo jak wysłałem Jurka Dudka do Feyenoordu, to już po drugim treningu Ronald mówi do mnie: zrób wszystko, żeby on tu został, to jest fantastyczny bramkarz. A Tomek Iwan był w PSV chciany. Chciał go dyrektor Frank Arnesen, chciał trener Dick Advocaat. Polacy naprawdę mieli tutaj dobrą renomę i byli lubiani. Pamiętam jak Włodek Smolarek po dwóch latach gry w Eintrachcie Frankfurt prosił mnie: „Jan, zabierz mnie stąd. Ja tutaj zawsze dla Niemców jestem tym smutnym, śmierdzącym Polakiem. Jak coś idzie źle, to jest na mnie, jak coś zrobię dobrze, to im ledwo moje nazwisko przez usta przechodzi”. W Feyenoordzie Rotterdam przyjęli go zupełnie inaczej. Mam nagrany taki reportaż telewizyjny sprzed meczu Feyenoordu w europejskich pucharach z Realem Madryt. Trenerem Realu był wtedy Leo Beenhakker, a bohaterem reportażu – Smolarek. Po domu biegają mali synowie Włodka, Ebi i Mariusz, a Włodek opowiada o tym, jak został w Rotterdamie gorąco przyjęty, jak był od początku akceptowany. W Niemczech nie czuł się tak ani przez moment.  

Trener Bogusław Kaczmarek opowiadał, że Włodzimierz Smolarek jeszcze po latach, jako trener młodzieży w Feyenoordzie, był nietykalny. Bo był genialnym demonstratorem ćwiczeń. Wychował pokolenia piłkarzy. Ostatnią wielką gwiazdą, która przeszła jego szkołę, był Robin van Persie. 

No, ja jeszcze pamiętam te treningi. Robin to był chłopak z długimi włosami i wszystko wiedział najlepiej. A Włodek: „Ho ho, ej, chodź tu. Jeszcze raz, jeszcze raz”. On miał ten bezcenny dar, że wszystko umiał przełożyć w prosty sposób na trening. Możesz być wielkim teoretykiem futbolu, ale to tak, jakby dziecku dać do zabawy skomplikowany sprzęt, dołączyć instrukcję obsługi i liczyć, że ono szybko załapie co robić. Załapie szybko, jeśli sam pokażesz. I Robina sztorcował, kazał mu powtarzać ćwiczenia, ale to działało. Jak później Robin w meczach stawał do piłki przy rzucie wolnym, to ja widziałem tam stojącego Włodka. Pamiętam też Ebiego Smolarka jak w Polonii Warszawa byli trenerzy z Holandii i robili treningi techniczne. Ebi się śmiał, że koledzy się uczą ćwiczeń, które on robił jako małe dziecko. Ja czasem mogłem tylko płakać, jak widziałem w Polsce treningi dzieci. Kiedy w Lechii pracował Ricardo Moniz, ktoś go zapytał: a jak pan wplata w ćwiczenia drabinki do treningu koordynacji? A Moniz mówi: drabinki, w treningu dzieci? Drabinek to ja używam jak ściany maluję. Dla niego było jasne, że małe dzieci trzeba uczyć techniki, na tym się skupiać.  

Tacy genialni pokazywacze jak Włodzimierz Smolarek to jest siła holenderskiej piłki. W Ajaksie takim był do niedawna Dennis Bergkamp. Pracował nad tym, żeby zrobić jeszcze lepszego piłkarza z Arkadiusza Milika, ale też uczył dzisiejsze gwiazdy Holandii.  

W Holandii byli zdziwieni, że Arek Milik w ogóle nie gra prawą nogą. Jak to jest możliwe, że ktoś mu pozwolił w szkoleniu, żeby prawą nogę miał tylko do podpierania się. I Bergkamp ćwiczył z nim zagrania tą nogą do znudzenia.  

To Bergkamp kiedyś zatrzymał u siebie w grupie jeszcze na rok Donny’ego van de Beeka, mówiąc mu: nie przenoś się jeszcze o grupę wyżej, tam będziesz miał problem z grą, a ja przez ten rok zrobię z ciebie lepszego piłkarza. Van de Beek właśnie przeszedł do Manchesteru United za 40 milionów euro.  

To Bobo Kaczmarek pewnie pamięta, jak byliśmy razem kilka lat temu na meczu młodych Holendrów z Polską, to było chyba w Grudziądzu. Tam grał Abdelhak Nouri, który dziś niestety leży w śpiączce, a był wielkim talentem Ajaksu, grał też Donny van de Beek. I był na tym meczu poszukiwacz talentów z Niemiec, człowiek ,który pracował dla Adama Mandziary, prezesa Lechii Gdańsk. Pamiętam jego śmiech, że ci młodzi Holendrzy nie mają warunków fizycznych, że nic z tego nie będzie. Coś tam z nich wyrosło jednak. Frenkie de Jong jest w Barcelonie, van de Beek będzie w Manchesterze. Technika się zawsze obroni. Czy Johan Cruyff opierał swoją siłę na przygotowaniu fizycznym? Było ważne, ale liczyła się wizja, rozumienie gry, technika. Żeby robić automatycznie rzeczy, na które rywal potrzebuje o ułamek sekundy więcej. I już go wyprzedzasz.  

Cruyff naprawdę jest dla Holendrów tak ważny? 

Tak. On nas uczył patrzenia na futbol. Jako piłkarz, trener, a potem komentator w studiu telewizyjnym. To jak analizował mecze w studiu było niezwykłe, otwierało oczy. Robił to w prosty sposób. Wiem, że krąży wiele cytatów z Cruyffa, ale uwierzcie, przetłumaczone na angielski jest może ze 25 procent tego, co warto było przetłumaczyć i rozpowszechnić. Chciałbym, żeby Zbigniew Boniek zrobił tyle dla polskiej piłki, ile Cruyff dla holenderskiej. Pamiętam, jak go Leo Beenhakker prosił: Zbyszek, nie krytykuj, tylko pomóż. Ale nie chciał wtedy, nie wiem dlaczego. A polskie orliki to skąd się wzięły? Przecież też od Cruyffa. Jurek Dudek razem z Donaldem Tuskiem, który jeszcze wtedy nie był premierem, otwierali w Knurowie u Jurka boisko przy szkole. I to boisko to był tzw. Cruyff Court. Takie boiska fundacja Cruyffa buduje na całym świecie. Ja wtedy współpracowałem z tą fundacją. Potem Donald Tusk został premierem i zaczęła się akcja budowania orlików.  

Co słychać u Leo Beenhakkera?  

Leo ma się dobrze. Rozmawiamy często, mnie teraz dopadła choroba, Leo chorował wcześniej. Mieszka tuż przy stadionie Feyenoordu, trenerem jest tam jego kolega Dick Advocaat. Siadają sobie przy kawie i rozmawiają o piłce. Leo odżył, ma kumpla, czuje się potrzebny.  

Niedawno była w „Volkskrant” sylwetka Roberta Lewandowskiego, a w niej trochę pana wspomnień ze współpracy Beenhakkera z Lewandowskim. Dość szorstko się to zaczynało.  

Potrafił go zapytać po meczu Lecha z Club Brugge: "Kąpałeś się?". "Dlaczego pan pyta?". "Bo nie wiem, czy było po co, ty się w ogóle spociłeś w tym meczu?". Ale to zacytowane w artykule brzmi dość brutalnie, a było w tym też dużo ciepła. Ja wtedy byłem ich tłumaczem, bo Robert nie mówił jeszcze po angielsku. Leo robił Robertowi zajęcia dodatkowe, również z teorii. Tak jak Dawidowi Janczykowi, rysowali na kartkach, gdzie stanąć w polu karnym. Robert miał ważną cechę: on się nie obrażał na krytyczne uwagi. Wiedzieliśmy, że on wie co zrobić z krytyką, umiał słuchać. Wiedział, że jak Beenhakker przeklina, krzyczy "asshole!", to to jest trochę przedstawienie, żeby ich zmobilizować. Oni wiedzieli, z kim w życiu pracował, wiedzieli, że dla dobra drużyny Leo obrzuci też najgorszymi przekleństwami de Zeeuwa, jeśli się okaże, że boisko, które zorganizował jest do dupy. Nie było świętych krów, tylko drużyna była święta.  

W „Volkskrant” opowiadał pan też o Juergenie Kloppie, który przyjechał na obserwację Lewandowskiego w meczu Lech – Legia i wyszedł na początku drugiej połowy, mówiąc: - Nie jest dość dobry. 

Też to zostało trochę przeinaczone. Wtedy przed meczem w hotelu Czarek Kucharski miał na rozmowach delegację z Borussii, ale w grze był też inny klub. Czarek zapytał mnie i Leo, czy Klopp może pojechać na mecz z nami. I pięć minut po przerwie Klopp rzeczywiście musiał wyjść, ale nie dlatego, że Lewandowski był za słaby, tylko że Klopp zobaczył już wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że trzeba organizować następne wyjazdy w sprawie Lewandowskiego. 

Od kiedy Leo odszedł z Polski, a Ebi Smolarek przestał grać w kadrze, Holendrzy śledzą jeszcze w ogóle, co się w naszej piłce dzieje? 

Nie bardzo. Wszyscy wiedzą, kto to jest Robert Lewandowski, pamiętają Milika, choć nie był tu idolem, pewnie znają jeszcze paru piłkarzy, wiedzą, gdzie broni Wojciech Szczęsny, znają Piątka. Ale nie łudźmy się, że przeciętny holenderski kibic rozpozna Bartosza Bereszyńskiego. Piotra Zielińskiego też nie byłbym pewien. 

To i tak dobrze, że kojarzą od razu kilku. Bywały takie czasy dla polskiego futbolu, że Holender prędzej by wymienił polskiego panczenistę niż piłkarza. Sam słyszałem wtedy: „Z Polski? Jaromir Radke! Paweł Abratkiewicz!” 

No mnie też przecież z Polską połączyły łyżwy. Przyjechałem na początku lat 70., holenderski związek łyżwiarski wysłał mnie na zgrupowanie do Zakopanego. Nie byłem oczywiście w kadrze A, tylko B, konkurencja była ogromna. Przy okazji treningów na torze w Zakopanem poznałem Polaków, zaczęliśmy współpracować, pomagałem im w sprowadzaniu sprzętu, podpowiadałem w kwestiach treningów.  

I w końcu trafił pan do sztabu Erwiny Ryś-Ferens, jako jeden z jej trenerów na igrzyskach 1988 w Calgary, gdzie miała niepowtarzalną szansę na medal. Słyszał pan o jej obecnej walce z chorobą? 

Dzisiaj rozmawiałem z Erwiną. Ona choruje, ja choruję. Powiedziała mi: Jan, ja byłam sama w polskim łyżwiarstwie, zanim do mnie dołączyłeś. A dziś walczę i znów jestem sama. Ja Erwinie pomagałem w karierze, bo łyżwiarstwo to była moja miłość. Wiedziałem, że nie zrobię kariery ani w piłce, ani w panczenach, bo miałem kontuzję, więc zacząłem się uczyć na trenera. A potem na sędziego, razem z Włodkiem Smolarkiem zostaliśmy sędziami piłkarskimi. Erwina czasem podczas zgrupowań mieszkała u nas w domu, pomagałem jej ze sprzętem. NRD miała ekipę z lekarzem, fizjoterapeutą, a ona z nimi walczyła sama. Dziś też nie rozumiem, dlaczego nie znajdzie się jakiś wybitny lekarz, który jej zapewni pełną opiekę. Ona siedzi w domu, bez władzy w nogach, wybitny sportowiec. Ja sam walczę od stycznia, lutego i w mojej chorobie znalazłem pomoc między innymi dzięki kontaktom z futbolu. Różni ludzie pomagali mi, mówiąc że przecież ktoś, kto pomagał polskiemu sportowi, nie może zostać bez pomocy. Gdy byłem z tym moim ciężkim tematem u lekarza miesiąc temu, to po badaniu zapytał: a jak tam Leo? Byłem na waszym meczu z Portugalią i Czechami, to były najlepsze mecze jakie pamiętam. Więc chyba nie byliśmy tylko z Leo samym złem dla polskiej piłki, prawda? Uważam, że Erwina zasługuje na większą pomoc, skoro ja – Holender – taką dostałem. Gdybym w Holandii dziś powiedział: Erwina ma kłopoty, to od razu ruszyliby na pomoc, bo przecież każdy ją tam zna. Pamiętam jak byliśmy na Balu Mistrzów Sportu. Erwina mówi do mnie: chodź zatańczyć. Ale ja nie tańczę. Mówi do Włodka Smolarka: chodź zatańczyć. A na to Leo Beenhakker: - Taka królowa sportu was prosi, a wy nic? To ja idę tańczyć! Gdyby Erwina miała w dzieciństwie takiego trenera techniki, jakiego miałem ja, to przecież byłaby wiele razy mistrzynią świata i olimpijską. Najpierw jej pomagałem sprzętowo, czy przy ostrzeniu łyżew, potem szukałem jakichś detali w technice, które by jej dały większą szybkość, bo w Polsce wszystko stało wtedy na przygotowaniu fizycznym, a nie technicznym. I w końcu wylądowałem w jej sztabie na igrzyska w Calgary. A pomógł w tym minister sportu Aleksander Kwaśniewski. To był pierwszy poznany przeze mnie normalny polski działacz. Ludzki, znający się na robocie. My w Calgary trenowaliśmy wieczorami, a wieczorami to wiadomo co polski działacz robił. Balował. A Kwaśniewski przychodził na te treningi, dopytywał, obserwował, nie tworzył żadnego sztucznego dystansu. 

Wspomniał pan o tych skojarzeniach, jakie u Holendrów wywoływała Polska w dawnych latach. Od wojny po Erwinę Ryś-Ferens. A potem nadeszły duże fale polskich wyjazdów do Holandii za pracą, wielka fala po przystąpieniu do Unii Europejskiej i trochę się to postrzeganie zmieniło. Polacy zaczęli się kojarzyć z siłą roboczą. „Algemeen Dagblad” pisał swego czasu: gdyby nie Polacy, to nawet Dnia Królowej nie potrafilibyśmy zorganizować, bo nie miałby kto dekorować naszych miast. W niektórych holenderskich firmach całe działy mówią dziś po polsku. W piosence „Het land van” raperzy Baas B i Lange Frans śpiewali „Dzielę mój kraj z Turkami, Marokańczykami, ludźmi z Antyli, Molukków i Surinamu”. To była wersja z 2005. W wersji z 2019 śpiewali już „Dzielę mój kraj z Polakami, Syryjczykami, Bułgarami”. Dzisiejszy mecz Holandia - Polska w Amsterdamie to dla wielu Holendrów będzie mecz z drużyną sąsiada. A między sąsiadami są różne napięcia.   

Przez lata organizowałem dla Holendrów wyjazdy na maraton nowojorski. To były zwykle bardzo duże grupy, na miejscu prowadziłem dla nich treningi. Kiedyś miałem w grupie kilkadziesiąt osób z tego regionu Holandii, gdzie jest najwięcej szklarni, biznesów kwiatowych. Na treningu minęliśmy kilka osób w ortalionach z napisem „Polska”. I ci Holendrzy zaczęli mi Polaków obrażać, że ci, którzy tam do nich się sprowadzili, to pijacy itd. A ja pamiętam swoich polskich sąsiadów z okolic Rotterdamu. W domu mieszkało z sześć, siedem osób. Pracowici, spokojni. Był tam też jeden pijak, Franek, który cały czas ściągał na siebie jakieś problemy i wiadomo, że o nim było najgłośniej. Nie chciał się przystosować i to rzeczywiście jest problem, bo psuł opinię innym. Moja córka pracuje w Holandii w jednym z ministerstw, pomaga Polakom przystosować się, dopasować. Dla Holendrów jest bardzo ważne, żeby ci którzy do nich przyjeżdżają, jednak jakoś się stylem życia dopasowali. Jeśli się nie chcą dopasować, bo mówią, że im się ten styl nie podoba, to zaczynają się konflikty. Polacy mają w Holandii opinię bardzo pracowitych, ale bywa problemem, że niektórzy balują po pracy bardzo głośno.  

Wspomniał pan o polskim papieżu, ale tak jak my postrzegamy Holendrów, to chyba akurat papieżem trudno było na nich zrobić wrażenie.  

To nie jest takie proste. Ja jestem chrześcijaninem, zdecydowana większość Holendrów urodziła się w chrześcijańskich rodzinach. Opowiem historię z rodziny Stefana de Vrija, obrońcy Interu Mediolan, który niestety wypadł w ostatniej chwili z kadry na mecz z Polską. To jest syn naszych byłych sąsiadów, nasze rodziny się przyjaźnią. De Vrijowie mieszkali pod Rotterdamem jedną ulicę od Dudków i dwie ulice ode mnie. Ja małego Stefana prowadzałem na mecze Feyenoordu, on zawsze miał piłkę pod ręką, gdziekolwiek nie poszedł. Zresztą tak jak Daley Blind, jego też pamiętam jako kilkulatka, który wszędzie zabierał piłkę. Ojciec De Vrija, też Stefan, miał wielki talent do futbolu, ale rodzice byli bardzo religijnymi protestantami i nie pozwalali mu grać w niedziele. A znam więcej takich przykładów. I niektóre nie są z dawnych czasów, tylko sprzed kilku lat. W okolicy, w której mieszkałem w Holandii, mieszka jeszcze całkiem sporo takich gorliwych protestantów. W niedzielę nie oglądają telewizji, kobiety idą do kościoła w tradycyjnych kapeluszach. Jeśli wiara przetrwała w Holandii, to często w bardzo żarliwej formie. A na południu, przy granicy z Belgią, jest region katolicki. Tam jest 25 do 30 procent katolików. Mój kolega, wieloletni działacz Feyenoordu, jest katolikiem. Dlatego wspomniałem o papieżu. Gdy Jan Paweł II przyjechał w latach 80. z wizytą, to mówił do Holendrów, po holendersku: wiem, za co nas krytykujecie, wyśmiewacie, ale jestem tu przed wami i chcę rozmawiać o wszystkim. I to po włoskich papieżach, zamkniętych na świat, smutnych i poza zasięgiem, jednak zmieniło mocno postrzeganie Watykanu w Holandii. No, ale wróćmy o futbolu: gdy w 2000 roku Jurek Dudek został wybrany najlepszym piłkarzem ligi holenderskiej, jako pierwszy obcokrajowiec w historii była wielka gala. Siedzieliśmy przy stoliku Feyenoordu, na sali byli wszyscy najważniejsi ludzie holenderskiego sportu. Prezenter telewizyjny który prowadził galę wręczył Jurkowi nagrodę, ale powiedział: poczekaj, mam coś jeszcze. I wyciągnął list od papieża, odręcznie napisane gratulacje. Ja wcześniej załatwiałem kontakt, ale nie wiedziałem, co  oni chcą zrobić, i że papież się na to zgodzi. Przysłał gratulacje, miliony Holendrów to obejrzały. I jeszcze było zaproszenie na prywatną audiencję. Miała być przy okazji meczu Feyenoord – Lazio w Rzymie, ale powiedzieliśmy Jurkowi: nie idź przy okazji meczu, bo jeszcze będziesz miał potem słabszy dzień na boisku, i powiedzą że to przez papieża.  

Kiedyś miał pan dużo zajęć przy piłkarskiej wymianie polsko-holenderskiej. A teraz ona właściwie zanikła. Nasze kluby przestały sięgać po Holendrów. Leo Beenhakker już nigdy do Polski nie wrócił. Robert Maaskant miał być wielkim trenerem, z Wisłą Kraków walczył o awans do Ligi Mistrzów, a dziś wypadł z rynku i zajmuje się pośrednictwem pracy dla studentów. Coś się skończyło. 

Skończyło się. A przecież my z Leo mieliśmy przebudowywać cały system szkolenia na wzór holenderski, miał być sprowadzony dodatkowy trener. Taka była umowa z Michałem Listkiewiczem. Ale wszystko zablokowały leśne dziadki, które do dziś mają wiele do powiedzenia w polskiej piłce. Dziś, gdy w piłce jest koronawirusowy kryzys, gdy wszyscy będą oszczędzać, własne szkolenie jeszcze zyska na znaczeniu. Ajax przez półtora roku sprzedał piłkarzy za 300 milionów euro.  

Ajax, który wcześniej miał przez kilka lat kryzys szkolenia. Reprezentacja Holandii też dopiero ostatnio wyszła z kilkuletniego kryzysu. Nikt nie ma złotej recepty na szkolenie, nikt też sobie nie może pozwolić na zwolnienie tempa, bylejakość, bo od razu go wyprzedzają inne szkoły piłkarskie.  

Cruyff przeforsował, żeby do Ajaxu na ważne stanowiska wprowadzić byłych wybitnych piłkarzy i to zadziałało. Gwarancji nie ma, ale trzeba próbować. W Polsce często nie widzę prób. Rozmawiałem jakiś rok temu z prezesem Ekstraklasy. Szukał trenera z Holandii. Na drugim miejscu miał Rosjanina, na trzecim jakiegoś Czecha. Ja go pytam: to jaką ty masz filozofię prowadzenia klubu? Masz w ogóle jakąś, jeśli kandydaci są z takich różnych bajek? 

A Dwight Lodeweges, tymczasowy trener kadry, jaką ma filozofię?  

My sami nie wiemy, rezygnacja Koemana była zaskoczeniem. U Koemana często było tak, że ta odmłodzona drużyna grała pierwsze pół godziny beznadziejnie, potem on wprowadzał korekty i zaczynał się dobry mecz. To jest taktyk. Lodeweges jako jego asystent ponoć całkiem dobrze ogarniał taktykę, więc może trzeba być dobrej myśli. Ale drużyna jest niewiadomą. Zmienił się trener, dawno nie było meczów, liga nie grała. Nie ma kontuzjowanego Mathijsa de Liga, wypadł de Vrij, obrona będzie nowa. Nie rozumiem też, dlaczego my taki ważny mecz gramy w trumnie, bo ja się tak czuję na stadionie Ajaksu. Nie pasuje mi on do wielkiego grania. No, zobaczymy. Wydaje mi się, że tym młodym piłkarzom trzeba jednak dać kogoś doświadczonego. Mowa jest o Louisie van Gaalu. Nie mogą mieć tak dobrzy piłkarze szefa, który dopiero się uczy. Już niedawno Holandia ten błąd popełniła, gdy po mundialu 2014 zastąpiła van Gaala Dannym Blindem. Dosztukowali mu w pewnym momencie Advocaata jako asystenta, to było przed meczem z Polską w Gdańsku przed Euro 2016. Ja się tylko zastanawiałem, jak długo Advocaat wytrzyma, zanim wyskoczy z ławki przed Blinda. To było marnowanie możliwości, Blind był tak zestresowany rolą, że jak ze mną rozmawiał w hotelu przed meczem, to ledwo mi w oczy patrzył. No, selekcjoner nie może taki być. To ma być psycholog, dyplomata, menedżer najwyższej klasy. Tego nie uczą na kursach, tego uczy życie. Wydaje mi się, że polska reprezentacja też nie ma teraz czasu na trenera, który się uczy. Bo widziałem, że to nie działało w Holandii. 

Pan nie może być na meczu w Amsterdamie z powodu choroby, ale Leo Beenhakker będzie?  

Mieliśmy być gośćmi na meczu Polska-Portugalia w Chorzowie, ale wyczuliśmy niechęć PZPN dla tego pomysłu, więc Leo machnął ręką: zostaję w domu. To o Amsterdam też trzeba by pytać w PZPN. Ja tylko mam nadzieję, bo leczę się teraz w Gliwicach, że może przyjdzie do mnie jakieś zaproszenie na mecz z Holendrami w Katowicach. Adam Nawałka nigdy o nas nie zapomniał, pisał do mnie przed każdym meczem. Mam nadzieję, że i teraz PZPN nie zapomni o swoich Holendrach.  

Przeczytaj także:

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ