Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Czarny scenariusz zaczął się spełniać. Czy marcowe mecze reprezentacji Polski mają sens?

27 marca z Finlandią i 31 marca z Ukrainą - przed reprezentacją Polski pierwsze mecze w 2020 roku. I pierwsze mecze w tak trudnym okresie. Nie tylko dla sportu, ale dla całego świata. Już teraz wiadomo, że z powodu epidemii koronawirusa obydwa spotkania odbędą się bez udziału publiczności. Pytanie tylko, czy w ogóle jest sens je organizować.

Czarny scenariusz zaczął się spełniać. Koronawirus zaatakował większość europejskich krajów, wywołując chaos i panikę. Rządy państw dotkniętych epidemią starają się zapobiec kolejnym zarażeniom, wprowadzając szereg dodatkowych środków ostrożności. Jeden z nich dotyczy imprez sportowych, które masowo są odwoływane.

Brak kibiców to nie rozwiązanie. Mecze są zbyt dużym ryzykiem

Odwoływane, niestety, nie są jednak wszystkie wydarzenia sportowe. Duża część z nich odbędzie się zgodnie z harmonogramem, z tą różnicą, że na trybunach stadionów nie zasiądą kibice. Tak będzie m.in. w meczach PKO Ekstraklasy i marcowych spotkaniach towarzyskich reprezentacji Polski. O ile w przypadku meczów ligowych jeszcze można taką decyzję bronić napiętym harmonogramem, mniejszymi odległościami odbytymi w podróży i – przynajmniej teoretycznie – mniejszym ryzykiem, o tyle w przypadku meczów reprezentacji takiego tłumaczenia już nie ma.

Zacznijmy od sprawy najbardziej oczywistej – przyjazdu zawodników na zgrupowanie. Przekładając na marzec listę zawodników powołanych do kadry w listopadzie, na najbliższym zgrupowaniu zespołu Jerzego Brzęczka stawią się zawodnicy z ponad 10 krajów świata, w tym ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Francji czy Włoch, czyli państw, gdzie koronawirus rozprzestrzenia się w ostatnim czasie najszybciej. Do Polski mieliby przylecieć m.in. Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik z Napoli. Czyli z klubu, którego piłkarze w ostatnim czasie nie mają w głowie treningów, a robienie zapasów na najbliższe tygodnie (sytuacja widoczna na poniższych zdjęciach).

I nie można się im dziwić, tylko trzeba zrozumieć w końcu, że piłkarze są też ludźmi, a nie jedynie dostarczycielami rozrywki, co pokazuje m.in. ostatni apel Mario Balotellego. - To jest jak wojna. Bardzo poważna sytuacja. Zamknijcie dworce, lotniska, porty i granice do momentu znalezienia lekarstwa. Zrobicie to dopiero wtedy, gdy wszyscy będziemy zarażeni?" – pisał włoski napastnik na Instagramie.

Nie wszystkich zawodników kluby zresztą będą chciały na zgrupowania puścić. Portal weszlo.com informował ostatnio, że problem z opuszczaniem domu w Rzymie ma bramkarz Romy, Łukasz Skorupski. W niemieckich mediach pojawiły się już informacje, że zakaz wyjazdów na swoich zawodników ma nałożyć Werder Brema. I bardzo dobrze, bo lepiej zapobiegać, niż reagować po czasie.

Zminimalizować ryzyko

Załóżmy jednak sytuację, że w jakiś sposób uda się zorganizować zgrupowanie, na którym stawią się wszyscy powołani zawodnicy (co jest wątpliwe). I załóżmy, że do meczów towarzyskich rzeczywiście dojdzie. W takiej sytuacji przychodzi moment na nieco matematyki: Dwie drużyny (np. reprezentacja Polski i jej najbliżsi rywale) to 46 zawodników w jednym miejscu (po 23 powołanych). Do tego dochodzą trenerzy, ich asystenci, analitycy, fizjoterapeuci, rzecznicy prasowi itd. – przykładowo po 15 kolejnych osób, razem 30. W jednym miejscu już w tej chwili mamy więc skupisko niemal 80 osób. Całkiem sporo, ale to dopiero początek. Do tej liczby dodać trzeba ekipę telewizyjną, która będzie zajmowała się transmisją meczu. Trudno tu o dokładne dane, ale możemy pokusić się o przypuszczenia:

- Komentatorzy: 2

- Eksperci: 3

- Kamerzyści i realizatorzy: 20 (liczba przykładowa, prawdopodobnie zaniżona)

Razem z poprzednimi wymienionymi mamy już ponad 100 osób. Spokojnie, to wciąż początek. Do tego dochodzi kilkadziesiąt osób pracujących w charakterze stewardów, ochroniarzy i służby informacyjnej (w przypadku braku kibiców ich liczba będzie ograniczona, ale mimo wszystko na stadionie wciąż muszą być obecni). Do tego doliczyć należy służby medyczne, a także pracowników zatrudnionych na co dzień przez operatora konkretnego stadionu. I na koniec do tego wszystkiego dodać należy najliczniejszą grupę, która stawi się na stadionie – dziennikarzy i fotografów. Ich będzie około 100, do tego należy doliczyć grupę dziennikarzy zagranicznych, z krajów, z którymi kadra będzie się mierzyła w danym spotkaniu. Łącznie spokojnie możemy więc założyć, że na obiekcie w jednym momencie będzie około 300 osób. Wszyscy będą znajdować się obok siebie.

Czy można w tym przypadku mówić o imprezie masowej? Zgodnie z prawem – nie. Czy można mówić o dużym, dającym ryzyko skupisku ludzi? Tak. Wiadomo, że w tym momencie pojawia się sprawa supermarketów, kościołów, autobusów czy pociągów, którymi codziennie tysiące ludzi dojeżdża do pracy. Niektóre zakłady nie oferują jednak możliwości pracy zdalnej, wykonywania niektórych zawodów nie da się przerwać, jedzenia i picia, a co za tym idzie kupowania żywności w sklepach, także porzucić nie sposób.

Bez rozegranych dwóch meczów kadry świat się jednak nie zatrzyma. I może należy wziąć to pod uwagę, by minimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się choroby, do minimum ograniczać podróże, a także dbać o zdrowie i bezpieczeństwo piłkarzy, z których część z pewnością będzie miała obawy, przylatując na zgrupowanie.

Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ
Komentarze (7)
Czarny scenariusz zaczął się spełniać. Czy marcowe mecze reprezentacji Polski mają sens?
Zaloguj się
  • koment22

    Oceniono 4 razy 4

    Mecze tym bardziej mają sens, bo wszyscy będą siedzieć w domach i gapić się w TV. I meczyk by się przydał.

  • thecore

    Oceniono 5 razy 3

    Dziennikarz powinien nie wychodzić z domu do pracy bo po pierwsze pisze głupoty a po drugie naraża siebie i innych. Policzmy. Wychodzi do windy tam sąsiad z psem. Wychodzi z klatki a pod blokiem kolesie wino piją i od razu "Bartuś, z nami się nie napijesz?" To kolejne 10 osób. Idzie do kiosku kupić bilet a tam kolejka 20 osób po Gazetą Wyborczą. Dochodzi do okienka i okazuje się, że pani bilety się skończyły. Musi iść do osiedlowego spożywczaka i spotyka po drodze 11 osób znajomych oraz wycieczkę z przedszkola (40 dzieci). W spożywczaku 12 osób robi zakupy, do tego 2 panie na kasie. Wychodzi i idzie na metro. A tam wiadomo 500 osób co najmniej. Wychodzi z metra i przypomniał sobie, że nic nie zjadł od rana, poziom cukru spada, więc idzie do KFC (25 osób) a potem jeszcze kupuje na straganie bajgla (7 osób). I wreszcie wchodzi do redakcji (5 osób bo reszta została w domu albo pojechała na Śląsk napisać reportaż o meczu kadry). To razem 635 osób. Znacznie więcej niż na meczu. Jak widać nie ma co pisać takich dyrdymałów bo ani mądre ani wyłażenie z domu potrzebne.

  • zwierz-jerzy

    Oceniono 1 raz 1

    jeżeli mecze maja mieć sens ubawu tylko dla widowni, to nie ma sensu, jeżeli jednak maja wnieść coś nowego do gry reprezentacji, to tak. Na playstation nie naucza się gry w piłkę nożną. Pytanie czy ten trener jest w stanie ich czegoś nauczyć?

  • gregorecny

    Oceniono 1 raz 1

    Brzeczek ma szczescie zapewne by wyleciał po euro, a tak dłuzej popracuje.

  • marek804

    0

    Mecz dla kibiców by się przydał, ale zachodzi pytanie czy warto ryzykować.

  • wujekdolf

    Oceniono 2 razy 0

    proste pytanie - prosta odpowiedź... nie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX