Liga Narodów. Portugalia - Polska. Jak zagrać z Portugalią?

Bez Roberta Lewandowskiego, z niezbyt dobrą passą, choć po przyzwoitej drugiej połowie meczu z Czechami, Polacy przystępują do kończącego zmagania w Lidze Narodów starcia z Portugalią. Los nie rozpieszcza Jerzego Brzęczka, okazało się bowiem, że nieoczekiwanie także i to starcie ma swoją stawkę (pierwszy koszyk w losowaniu eliminacji EURO) i ponownie trener nie będzie mógł bezstresowo przećwiczyć swoich planów taktycznych. Co więc musimy zrobić, aby przywieźć punkty z Guimaraes?

Wrócić do korzeni

Drugie 45 minut meczu z Czechami było chyba najsprawniejszym momentem gry Polaków za kadencji Jerzego Brzęczka. Udało się bowiem zepchnąć rywali do głębszej defensywy i konstruować akcje na wysokim tempie, co jednak nie przełożyło się na wynik. Problem  w tym, że Portugalczycy postawią znacznie trudniejsze warunki. Choć być może nie będą chętni do przejęcia inicjatywy, będą znacznie groźniejsi od Czechów, kiedy przyjdzie do wyprowadzania kontr. One też wydają się nadal główną bronią biało-czerwonych. Dość łatwo sobie więc wyobrazić scenariusz, w którym oba zespoły nie chcą wziąć na siebie ciężaru gry, angażując w ataki niewielką liczbę graczy, licząc na rozluźnienie w szeregach rywala po przechwycie piłki. Dla Portugalczyków to najkorzystniejsza opcja, dla Polaków- chyba właściwie konieczność, tym bardziej, że do utrzymania pierwszego koszyka wystarcza nam remis. Powrót do czasów, kiedy nasza reprezentacja była skupiona przede wszystkim na defensywie, szukając swoich szans w kontrach, to najrozsądniejszy pomysł na to spotkanie.

Metodą prób i błędów

Warto jednak pamiętać, żeby te kontry były pozbawione kalkulacji. Polakom najlepiej wychodzą ataki szybkie, grane na dużym ryzyku, gdzie szanse powodzenia są w gruncie rzeczy niewielkie, ale kiedy już się uda, tworzone są bardzo dobre sytuacje. Uosobieniem takiej gry jest Kamil Grosicki, wikłający się pozornie bezsensowne dryblingi, które jednak w najmniej oczekiwanym momencie potrafią stworzyć kluczową przewagę. Tak też chyba powinna szukać swoich szans nasza kadra. Przy zapewnieniu odpowiednio stabilnej defensywy podopieczni Jerzego Brzęczka powinni wciągać rywali na własną połowę, a po przechwycie piłki możliwie szybko konstruować ataki korzystając z wolnej przestrzeni za liniami rywala. Choć trzeba się liczyć z tym, że większość takich ataków nie przyniesie oczekiwanego rezultatu, dla Polaków taka metoda powinna skutkować znacznie lepszymi efektami, niż przejęcie inicjatywy i spokojne tworzenie akcji.

Zacznijmy od tyłu

Do takiej gry konieczne będzie zapewnienie odpowiednio mocnej defensywy. W ostatnich czasach i Brzęczek i Nawałka nieco przesadzali z ofensywnością ustawienia, starając się upychać na boisku cały potencjał, jaki posiadaliśmy w ataku. Odbijało się to czkawką w grze tyłów. Nieoczekiwanie jedynym zawodnikiem defensywnym w linii pomocy zostawał Krychowiak, co okazywało się zupełnie niewystarczające. Powoli jednak w reprezentacji problem zaczyna być zauważany. Stopniowo coraz większy nacisk kładzie się na defensywę, choćby z Czechami było widać bardzo dużą aktywność Frankowskiego we wsparciu dla bocznego obrońcy. Jeśli uda się takie zachowania wymusić od całej formacji pomocy, ponownie możemy się doczekać stabilności w tyłach, będącej podstawą do kontr.

Robimy, co umiemy, a umiemy niewiele

Gra Polaków kontrą jest często wyszydzana, jako środek prymitywny, względem "gry piłką". Rzecz jednak w tym, że skomplikowana gra z dużą liczbą podań i dryblingów, przy aktualnym stanie jakości zawodników kadry, zahaczałaby o samobójstwo. Lepiej więc robić to, w czym jest się mocnym, niż porywać się na grę, której wyuczenie zajęło gdzieniegdzie całe pokolenie. A dodatkowo dożyliśmy czasów, kiedy grając z kontry zdobywa się Mistrzostwo Świata, a perfekcja w jej wyprowadzeniu to obecnie najbardziej zabójczy środek ataku na bramkę przeciwnika. Czemu by więc z tego nie skorzystać?

Więcej o: