Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mecz na Wembley. 45 lat temu świat się nie skończył. On stanął na głowie. W Londynie zaczął się najpiękniejszy czas polskiego futbolu

Przed meczem Polacy zostali nazwani "zwierzętami". Po meczu słynny sir Alf Ramsey musiał odejść. Jan Tomaszewski z "klauna" stał się człowiekiem, który zatrzymał Anglię. A 17 października 1973 roku nie był "końcem świata". Był początkiem karnawału polskiej piłki

To był wyjątkowo brzydki początek najpiękniejszego okresu w dziejach polskiej piłki nożnej. Wraz z ostatnim gwizdkiem Vitala Lorauxa dla Anglików „skończył się świat” – tak dzień później pierwszą stronę zatytułował „The Sun” – a duszeni przez 90 minut Polacy w końcu nabrali powietrza w domagające się go od trzech dekad płuca. Przed meczem byli nazywani „zwierzętami”, a Jan Tomaszewski został „klaunem”. Po zremisowanym 1:1 thrillerze anonimowi przybysze ze wschodu na zawsze zapadli w pamięć piłkarzy i kibiców, którzy na legendarnym Wembley obejrzeli dramat jednego z najbardziej utalentowanych w historii pokoleń Synów Albionu. A może najbardziej? Skład Anglii imponuje do dziś: Peter Shilton, Roy McFarland (ten sam, który w Chorzowie przerwał karierę Włodzimierza Lubańskiego), Martin Peters, Norman Hunter. Na ławce zasiadł mistrz świata z 1966 roku sir Alf Ramsey.

Po meczu Shilton i koledzy mogli płakać, albo przeklinać Polaków, a pewny siebie Ramsey został po prostu zwolniony. Ojcowie futbolu pierwszy raz po wojnie nie pojechali na mistrzostwa świata; Polacy pojechali pierwszy raz od 1938. Tak naprawdę 17 października 1973 roku świat się nie skończył. On tylko stanął na głowie.

„Zwierzęta”, „klaun” i „budka telefoniczna”

Do Londynu Polacy wcale nie polecieli jako skazani na przegraną. Byli liderem grupy, mieli o jeden punkt więcej od Anglików, w pierwszym meczu na Stadionie Śląskim wygrali 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Na Wembley Polsce wystarczył więc remis, choć zdaniem gospodarzy ten nie był realny, bo walec Ramseya miał rozjechać rywali zaczynających dopiero marzyć o podróży w gwiazdy. Do dziś nie wiadomo, czy przedmeczowa nagonka w brytyjskiej prasie była wynikiem buty i arogancji, czy tylko strachu. Polacy byli atakowani ostro. Najbardziej dostało się Tomaszewskiemu, „najsłabszemu bramkarzowi, jaki bronił na Wembley”. O krok dalej poszedł trener Brian Clough, mający przydomek „Wielka Gęba”, który naszego bramkarza nazwał w BBC „klaunem”; dla odmiany Jerzy Gorgoń został nazwany „The Telephone Booth”, czyli budką telefoniczną. Jakby tego było mało, jeszcze przed rozpoczęciem meczu publika zaczęła gwizdać podczas „Mazurka Dąbrowskiego”, a do naszych piłkarzy wołała „animals”, sugerując agresywny, zwierzęcy styl gry. Od pierwszej minuty rozpoczętego o 19:45 meczu wiadomo było, że nie będzie to spotkanie przyjaźni.

Zaledwie siedem lat wcześniej Anglicy cieszyli się ze zdobytego u siebie mistrzostwa świata. Cztery lata później mieli - tak wierzyli - jeszcze silniejszy zespół, ale w Meksyku odpadli w ćwierćfinale, choć w meczu z Niemcami prowadzili 2:0. Na Wyspach uznano to za wypadek przy pracy. Anglia miała powalczyć o kolejny tytuł w 1974. Mimo iż grę w kadrze zakończyli Bobby i Jackie Charltonowie, Nobby Stiles czy Jimmy Greaves to wciąż ważne role odgrywali mistrzowie z 1966: Martin Peters, Norman Hunter czy Bobby Moore, który na Wembley nie zagrał w konsekwencji błędu popełnionego na Śląskim przy golu Lubańskiego. Lubański też nie zagrał – przez brutalny faul McFarlanda. Natura nie znosi jednak próżni. Pod nieobecność dwóch wielkich gwiazd narodzili się nowi bohaterowie.

Przyszła, naszła, zeszła, weszła i zapisała się w historii

Gdy z piłką u nogi popędził Lato i podał do Jana Domarskiego, któremu piłka „przyszła, naszła, zeszła, weszła” (Domarski zaprzecza, że tak kiedykolwiek powiedział, ale na skojarzenia nie ma siły), 90 tys. kibiców i kolejne kilkanaście milionów przed telewizorami zamilkło. Zaraz po bramce Domarskiego rozpoczęła się nawałnica. I choć to Tomaszewski zatrzymał Anglię, to gdyby nie jego koledzy z obrony i pomocy, to nawet wielka forma golkipera Łódzkiego KS-u nie powstrzymałaby gospodarzy i ich prób. To właśnie koledzy Tomaszewskiego wybijali z linii bramkowej strzały Martina Petersa i Colina Bella. A sędzia Lorauxa, ten sam który podyktował rzut karny i nie wyrzucił z boiska faulującego Latę McFarlanda, w drugiej połowie nie uznał bramki Micka Channona.

Po remisie do słownika weszło kilka wciąż żywych powiedzonek i idiomów. Wspomniane „przyszła, naszła, zeszła, weszła”, „zwycięski remis”, „człowiek, który zatrzymał Anglię”. Mecz na Wembley na trwałe zapisał się w świadomości Polaków. Koszulkę Domarskiego, w której ten rzekomo strzelił bramkę, prezentował Mundek w filmie „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego, a kilka lat później powstał reportaż „Złota Bramka”.

Droga na salony wiodła przez Wembley

W Anglii 17 października świat się skończył. W Polsce – zaczął się piłkarski karnawał. Rok wcześniej piłkarze Kazimierza Górskiego zdobyli co prawda mistrzostwo olimpijskie, ale to był turniej piłkarzy-amatorów, traktowany w Europie Zachodniej z lekceważeniem. Dopiero mundial był wystawą na której piłkarze mogli pokazać się setkom milionów kibiców i przede wszystkim – trenerom najlepszych klubów. Kazimierza Deynę chciały Real Madryt i Milan, Robert Gadocha trafił do mistrza Francji FC Nantes, choć kusił go Bayern Monachium, z Cosmosem Nowy Jork, gdzie grał już Pele, rozmawiał Grzegorz Lato, a Tomaszewskiego nęciła oferta z Tottenhamu Hotspur. A co z Anglikami? Kilka gwiazd First Division (dziś to Premier League), być może najsilniejszej ligi na świecie, nigdy nie pojechało na mundial. Na przykład Roy McFarland. Dwóm innym, Normanowi Hunterowi i  Peterowi Shiltonowi, nigdy nie wybaczono remisu na Wembley.

Świat stanął na głowie

Rewolucja nastąpiła jednak przede wszystkim w głowach piłkarzy. Osiem miesięcy po remisie na Wembley orły Górskiego nie bały się Włochów (z Dino Zoffem, Fabio Capello i Giacinto Facchettim), Argentyńczyków (z Rubénem Ayalą i Mario Kempesem), Niemców (z Franzem Beckenbauerem i Gerdem Muellerem) czy Brazylijczyków (z Rivelino, Jairzinho i Zé Marią, mistrzami z poprzedniego mundialu). Jeden gol Domarskiego zmienił wszystko. Dosłownie.

Jak ogromny wpływ na rzeczywistość miał zremisowany mecz na Wembley niech świadczy fakt, że 40 lat później prezes PZPN Zbigniew Boniek, w 1973 roku wchodzący dopiero do poważnej piłki, wybierając selekcjonera podpierał się przykładem Kazimierza Górskiego, którego w 1970 roku zatrudnił Wiesław Ociepka. Górski miał wtedy 49 lat – czyli był o trzy lata starszy od Nawałki i o dwa lata od Jerzego Brzęczka. Cała trójka obejmując kadrę nie miała też na koncie wielkich sukcesów. Największe osiągnięcie miał Górski, który z Legią Warszawa był wicemistrzem Polski. Ale poza tym pracował w Lubliniance i Gwardii. Pracę selekcjonera otrzymał sprawując stanowisko trenera młodzieżówki do lat 21. Stamtąd trafił na Wembley, kilkanaście miesięcy wcześniej zdobywając złoty medal olimpijski w Monachium. Późnej były mistrzostwa świata w RFN, kolejne igrzyska olimpijskie, praca w lidze greckiej. Obydwaj trenerzy pomagający Górskiemu, Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, w przyszłości przejmą reprezentację. Bohaterowie Wembley zostaną posłami (Jan Tomaszewski), senatorami (Grzegorz Lato), prezesami PZPN (Górski, Lato). Kadra zajmie jeszcze raz trzecie miejsce na świecie, w 1982 roku. Ale to już będą inne emocje, a mit Wembley i MŚ 1974 na zawsze zachowa moc.

Mecz na Wembley. Ćmikiewicz: Po tych pigułach mieliśmy szybciej biegać, ale okazało się, że to było placebo

Mecz na Wembley. Jan Tomaszewski: Kazimierz Górski jak z księżyca, impreza jak trzęsienie ziemi połączone z tsunami

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ