Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Mecz na Wembley. Jan Domarski: Shilton naprawdę wysyła mi kartki na święta

- Bardzo mnie rozśmieszyło, jak facet pokazywał na "dychę" na plecach i mówił, że to koszulka Jasia Domarskiego z Wembley. Niestety, ja tę swoją koszulkę wyprałem i ona już się nie nadawała do użytku. Raz, że się skurczyła, dwa, że orzeł na niej płakał. Nie mam pamiątki po tym wyjątkowym meczu - mówi Jan Domarski, strzelec gola w legendarnym meczu na Wembley z 17 października 1973 roku, w którym Polska zremisowała z Anglią 1:1 i jej kosztem awansowała na mundial 1974.

17 października 1973 roku prowadzona przez Kazimierza Górskiego reprezentacja Polski zremisowała 1:1 na Wembley z Anglią i zapewniła sobie awans do mistrzostw świata w RFN w 1974 r. Dziś mija 45 lat od tego wydarzenia. Z tej okazji na Sport.pl wspomnienia bohaterów tego meczu, jego analiza taktyczna, retrorelacja na żywo, oceny reprezentantów Polski oraz próba zweryfikowania jednego z największych wykreowanych przy tej okazji mitów.

Łukasz Jachimiak: Opowiada Pan jeszcze czasem o świątecznych kartkach od Petera Shiltona?

Jan Domarski: A dlaczego miałbym nie opowiadać?

Dlatego, że ich nie było.

- Jak nie było? Do dzisiaj mi przysyła pocztówki! I ja jemu też wysyłam.

Zacytuję coś Panu. „Wielką krzywdę robią mi ci, którzy piszą, że podobno sam tego gola opisałem tak: ‘naszła, zeszła, weszła’, czy jakoś tak. To bzdura, nigdy tak nie powiedziałem. Myślę, że to robota dziennikarzy, którzy nie mogli przeboleć, że złotego gola na Wembley zdobył nikomu nieznany Jasio Domarski gdzieś tam z Rzeszowa. No to ja w rewanżu wymyśliłem, że od czasu Wembley Shilton co roku pocztówkę mi przysyła na święta. Puściłem to w obieg, a dziennikarze oczywiście napisali. Niektórzy zresztą piszą do dziś. A jak Shilton ma mi pocztówki przysyłać, jak on adresu mojego nie zna?”. Tak Pan mówił na łamach „Gazety Wyborczej” w 2005 roku.

- Słyszał pan o ludziach zbierających autografy? Jak ktoś chce zdobyć podpis od piłkarza, to sposób znajdzie, nie musi mieć adresu. Można przecież skorzystać z adresu klubu. Różne są historie, a ta z kartkami od Shiltona jest prawdziwa. Wysyła mi zawsze od 1973 roku.

Nie wierzę, że dziennikarz wymyślił sobie pańską wypowiedź, którą przed chwilą zacytowałem. Proszę więc powiedzieć, czy mam wierzyć temu, co Pan powiedział kilkanaście lat temu, czy w to, co Pan mi mówi teraz?

- Pan jest redaktorem, pan powinien wierzyć.

Na pewno nie we wszystko. Dobrze wyczuwam, że jest Pan znudzony wspominaniem Wembley i dlatego Pan sobie żartuje?

- Opowiadanie o tamtym meczu nigdy mi się nie znudzi. Taka bramka i taka historia? To nie męczy nigdy. Naprawdę. Ale wy, dziennikarze, chcecie wszystko wiedzieć, a wszystkiego się wiedzieć nie da. Jeszcze takiego mądrego nie było, żeby wszystko wiedział.

A co Pan wiedział zaraz po meczu na Wembley? Już wtedy wiedział Pan, że golem wbitym Shiltonowi na zawsze zapisze się Pan w historii naszej piłki?

- Tyle lat mija, a ciągle ten mecz mamy w pamięci my, którzy graliśmy, i macie wy, nawet jeśli niektórych z was na świecie wtedy nie było. Szkoda, że od dawna żadna z kolejnych reprezentacji nie nawiązuje do naszych wyników, że orły to były jednak tylko jedne, te Górskiego. Po meczu na Wembley to ja wiedziałem, że trener nam bardzo pomógł zrobić taki wynik. To jest postać niepodważalna w historii polskiej piłki. Pan Kazimierz stworzył taką atmosferę, jakiej nikt inny nie potrafił stworzyć. On dla każdego miał czas, z każdym porozmawiał, każdego wysłuchał, dla każdego miał rady, nawet w trakcie tak trudnego meczu jak ten z Anglikami.

Jak Pan wspomina wydarzenia z szatni, z przerwy meczu na Wembley? Jan Tomaszewski opisując je, mówi, że Górski był spokojny, jakby zupełnie nie oglądał spotkania i nie widział totalnej dominacji Anglików.

- Rozmawialiśmy między sobą co robić. Jeden mówił coś głośniej, inny ciszej, a pan Kazimierz spokojnie nam powiedział, że możemy co najmniej utrzymać remis. On nam pomógł bać się mniej. My pamiętaliśmy, że tydzień przed meczem z nami Anglicy wygrali z Austrią 7:0. Mieliśmy pietra. Ale też nie przesadzajmy, że ze strachu nam nogi powiązało. To jest s… w banię.

Dużą miał Pan satysfakcję z tego, że Anglicy byli tak pewni siebie, a jednak nie dali Wam rady?

- Fajnie, że im pokrzyżowaliśmy plany. Oni byli w pełni przygotowani na świętowanie. Mieli piękny bankiet, na który nie przyszli. A my najpierw poszliśmy do nich, byliśmy pod ich szatnią, bo chcieliśmy się wymienić koszulkami. Rozmawiać z nami nawet nie chcieli. Może im nasz sprzęt nie pasował? Nasze koszulki wtedy miały taką jakość, że zamiast prać lepiej było je od razu wyrzucić. Jak koszulka dostała wody, to orzełek na piersi płakał, bo farba puściła. Anglicy byli bardzo zawiedzeni, rozgoryczeni, dlatego tak się zachowali. Ale chociaż na kolacji na stadionie byliśmy bez nich, to niczego nam nie brakowało.

A później świętowanie zorganizowali Wam mieszkający w Londynie Polacy?

Nie pamiętam.

Czyli świętowanie się udało.

- Oni nas zabrali na miasto, ale nie żebyśmy poszaleli, tylko żebyśmy pozwiedzali. To jest różnica.

To co tamtej nocy zwiedziliście?

- Wszystko, cały Londyn był nasz!

Lepiej wspomina Pan tamtą noc czy późniejsze powitanie Was na stadionie Legii?

- Sam nie wiem. Bo to powitanie w Polsce było chyba pierwszym tak wielkim w historii naszego sportu. Oj było wtedy czym się cieszyć.

Widział Pan film „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego?

- Widziałem.

Wie Pan o którą scenę chcę zapytać?

- Bardzo mnie rozśmieszyło, jak facet [Mundek grany przez Jerzego Rogalskiego] pokazywał na „dychę” na plecach i mówił, że to koszulka Jasia Domarskiego z Wembley. Niestety, nawet gdybym naprawdę chciał komuś zrobić prezent, to nic by z tego nie wyszło, bo ja tę swoją koszulkę wyprałem i ona już się nie nadawała do użytku. Raz, że się skurczyła, dwa, że orzeł na niej naprawdę płakał. Sam się najlepiej przekonałem, jaki sprzęt wtedy mieliśmy. No i koszulki nie ma, nie mam pamiątki po tym wyjątkowym meczu.

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ