Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Reprezentacja Polski. Bartłomiej Drągowski: Moim największym problemem byłem ja sam. Ale w końcu pokonałem frustrację

Najbardziej przeszkadzałem sam sobie. Byłem moim największym problemem. Ciężko było mi odnaleźć się w nowych sytuacjach. Ale w końcu udało mi się pokonać samego siebie - powiedział w rozmowie ze Sport.pl bramkarz reprezentacji Polski Bartłomiej Drągowski.

Sebastian Staszewski: Którym bramkarzem Fiorentiny jest pan obecnie?

Bartłomiej Drągowski: Drugim.

Gdy rozmawialiśmy po raz ostatni stwierdził pan: „Może siódme jestem, może ósmy na swojej pozycji? Bo jest pięciu fizjoterapeutów. No i kierowca”. To było dwa lata temu…

To był żart, który nie został dobrze zrozumiany. Mówiłem to z przekąsem.

Spory awans pan zaliczył od tamtego wywiadu. Z ósmego na drugiego.

Wtedy byłem „trójką”. To była dla mnie nowa sytuacja. Zderzyłem się z rzeczywistością i to wszystko sprawiło, że poczułem frustrację. W naszej rozmowie dałem upust emocjom. Ale moje podejście się zmieniło, ja się zmieniłem. Po tamtej aferze nauczyłem się, że czasem lepiej mówić mniej, bo nie każdy ma takie poczucie humoru jak ja, a moje słowa mogą być interpretowane na dziwny sposób. Wiem już, że im mniej tych niejasnych słów, tym lepiej.

W tym sezonie trzykrotnie pojawił się pan w bramce. Nie jest jednak tajemnicą, że z Sampdorią, Udinese i Napoli zagrał pan pod nieobecność Francuza Albana Lafonta.

Trenerzy dość jasno określili hierarchię. Wcześniej nikt nie brał mnie pod uwagę, bo ludzie w klubie byli przekonani, że zmienię pracodawcę. Ale zostałem, więc daję z siebie wszystko, trenuję i czekam na szansę. Mam jednak świadomość, że jestem obecnie zastępcą Lafonta.

Nie jest jednak tajemnicą, że latem chciał pan opuścić Florencję. Dlaczego się nie udało?

Chciałem grać, a granie było dla mnie jednoznaczne z transferem. Wiedziałem, że możliwości we Florencji mam ograniczone. Wcześniejsze szanse zaprzepaściłem sam, meczami z Lazio, z Milanem. Ja zawaliłem. Jestem jednak młodym zawodnikiem, uczę się walczyć z samym sobą. Uczę się cierpliwości. Wiem, że będąc nawet drugim bramkarzem można zrobić sporo dobrego. Ale mimo tej świadomości nie wyobrażałem sobie, żeby w wieku 21 lat znów zmarnować cały sezon siedzeniem na ławce. Dlatego zdecydowałem, że trzeba zmienić klub.

Trzy lata temu obserwowały pana: Real Madryt, Juventus Turyn, Chelsea. Miał pan propozycje z połowy klubów Bundesligi. A jak było latem? Zainteresowanie było duże?

Nie aż tak. Nie grałem w poprzednim sezonie, trudno było spodziewać się propozycji z wielkich firm. Ale kilka ofert było: z Hiszpanii, Portugalii. Na każdą z nich właściwie byłem zdecydowany. Zadzwonił też telefon z Polski, ale nie chciałem wracać do Ekstraklasy.

Z Legii Warszawa? Kiedyś oferowali za pana milion euro.

Nie, nie oni. Wtedy poszedłem swoją drogą, teraz też zdecydowałem, że zrobię po swojemu.

Ale zimą będzie chciał pan odejść?

Na razie jestem gotowy do gry, ale jeżeli nic się nie zmieni, to będzie trzeba podjąć taki krok. Przecież Fiorentina też wie, że moje siedzenie na ławce jest bezcelowe. Oni nie mają z tego korzyści, ja też nie. Jeśli będzie jakiś temat, to jestem przekonany, że nie będą przeszkadzać.

Strasznie pan schudł. To ze stresu?

Nie. Razem z trenerami podjęliśmy decyzję, że muszę wrócić do wagi, którą miałem, gdy zaczynałem przygodę z seniorską piłką. I udało się. Wszystko wróciło na odpowiedni tor.

Zrzucił pan z siebie też frustrację?

Źle znosiłem problemy które miałem. Moje podejście do nich zmieniło się diametralnie.

To podejście było złe?

Tak. Na pewne sytuacje mogłem reagować inaczej. Ale wciąż się uczę. Teraz cieszę się każdym dniem, każdym treningiem. Stawiam na rozwój. Poboczne sytuacje, które kiedyś wybijały mnie z równowagi, nie mają dziś na mnie żadnego wpływu. Step by step, tak żyję.

Może przeszkodził panu talent? Szybko został pan rozpieszczony przez środowisko.

Najbardziej przeszkadzałem sobie sam. Byłem moim największym problemem. Ciężko mi było odnaleźć się w nowych sytuacjach, ciężko było reagować na bodźce. Przychodziłem do Fiorentiny, aby grać, sam tego oczekiwałem, a zamiast tego zderzyłem się ze ścianą. I źle zareagowałem. Nakręcałem się i zacząłem robić sobie szkodę. Głowa po prostu nie dojeżdżała. Ale z każdym rokiem jestem coraz starszy, a dzięki temu – coraz mądrzejszy.

I wciąż jest pan młody.

Z tatą żartujemy, że ludzie oceniają mnie jak bramkarza po przejściach, a ja mam przecież dopiero 21 lat. Czasem łapię się na tym, że w moim wieku niektórzy dopiero wchodzą do dorosłej piłki. A ja jeszcze niedawno uważałem, że przygoda z piłką przelatuje mi między palcami. Spokojnie, mam jeszcze czas. Teraz wierzę w to, że wszystko zacznie się układać. Limity błędów i głupot zostały wyczerpane. Wiem, że te trudne momenty mnie zbudowały.

Ma pan jednak poczucie straconych lat? Bo nie tylko siedział pan na ławce w klubie, ale także w kadrze U-21. W bramce reprezentacji na mistrzostwach Europy stanął Jakub Wrąbel, choć to pan na starcie przygotowań do turnieju był faworytem Marcina Dorny.

Na pewno fajnie jest grać z orzełkiem na piersi, kategoria wiekowa nie ma wtedy znaczenia. Ale najważniejsza jest pierwsza reprezentacja. Każdy zawodnik marzy właśnie o niej. Gdyby nie dwa lata we Fiorentinie to możliwe, że bym tu dziś nie był. Byłem numerem trzy, dwa i musiałem walczyć sam ze sobą. Gdy wchodziłem do bramki nie miałem chęci, ikry. I grałem słabo. Musiałem z tym wszystkim wygrać. I dzięki temu naładowałem się pozytywną energią.

Dziś jest pan na zgrupowaniu pierwszej kadry. Pana powołanie było niespodzianką.

Dla mnie też. Byłem w szatni, gdy zadzwonił trener Jerzy Brzęczek. Odrzuciłem połączenie, bo nie znałem numeru. Dopiero kiedy selekcjoner napisał mi wiadomości to wybiegłem na korytarz i odzwoniłem. Zaskoczenie było ogromne. W Serie A zagrałem co prawda dwa i pół meczu, to były niezłe spotkania, może nawet dobre, ale nie sądziłem, że zapewnią powołanie do reprezentacji. Chciałem się tylko przypomnieć się z dobrej strony, żeby ludzie zapomnieli o moich wybrykach z poprzedniego roku. Chciałem udowodnić, że dojrzałem. I udało się.

Pana ojciec Dariusz powiedział WP SportoweFakty o pana powołaniu: „Jeszcze to do niego nie dociera”. Już dotarło?

Tak, kiedy wszedłem do hotelu. Zrozumiałem wtedy, że to wszystko dzieje się naprawdę. Na początku jednak niedowierzałem, że będę miał szansę trenowania z najlepszymi bramkarzami w Polsce. A ja przecież nie gram w klubie, w międzyczasie zaliczyłem trzy epizody w lidze…

Kiedy zadebiutuje pan w kadrze?

Tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Cieszę się, że tutaj jestem i nie muszę już oglądać filmów z Wojtkiem Szczęsnym i Łukaszem Fabiańskim. Teraz mam ich na wyciągnięcie ręki. Czy ćwiczyłbym z nimi dwa dni, czy pół treningu, to przeżycie którego się nie zapomina.

Polska - Portugalia. Transmisja TV, stream online. Gdzie obejrzeć?

Polska - Włochy. Transmisja TV, stream online. Gdzie obejrzeć?

Bartłomiej Drągowski w reprezentacji Polski. "Czas jest po jego stronie"

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ