Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Vuelta a Espana. Główne cele odjechały, nauka została

Emocje w drugim tygodniu wyścigu dookoła Hiszpanii w niczym nie ustępowały profilowi trasy Vuelty: raz rosły niczym górskie szczyty, gdy Rafał Majka ocierał się o etapowe zwycięstwo, a Michał Kwiatkowski niestrudzenie próbował samotnej ucieczki; innym razem opadały jak strome zjazdy, gdy na metach kolejnych etapów Polacy notowali coraz większe straty. Na sukces w hiszpańskim wyścigu jednak wciąż jeszcze musimy poczekać.



Cień wielkiej góry

Najbardziej żal etapowego zwycięstwa, które uciekło Rafałowi Majce tuż przed metą 13. odcinka. Skąd na ostatnich 1500 metrach podjazdu na La Camperonę wziął się tam Oscar Rodriguez (Euskadi Murias) – nie wiadomo. Młody Hiszpan nie kalkulował, nie czekał na rozgrywkę między Majką i Teunsem (jak się później okazało, nawet nie był do końca świadomy, kogo wyprzedza). Po prostu wycisnął ze swoich nóg tyle siły, ile tylko było możliwe i na potwornie trudnej końcówce etapu ograł dwóch triumfatorów Tour de Pologne. Rafał Majka (BORA-hansgrohe) miał z Dylanem Teunsem (BMC) nie zamknięte porachunki za ubiegłoroczny finał polskiego wyścigu, przegranego o zaledwie dwie sekundy. Ale do końca nie jest pewne, czy walkę z Belgiem rozpoczął zbyt wcześnie i na pogoń za Rodriguezem nie było już siły, czy obaj zlekceważyli szarżę Hiszpana sądząc, że po takim ataku na stromym wzniesieniu prędzej czy później musi „strzelić”? Rodriguez jednak wytrzymał i na szczycie La Camperony miał aż 19 sekund przewagi nad naszym najlepszym góralem. Rafał wygrał z Teunsem, ale drugie miejsce to marna pociecha dla polskiego kolarza. Tym bardziej, że wyjątkowo na tym etapie praca zespołu była ustawiona pod niego. Gdy zespół pracuje na Emanuela Buchmanna – Rafał Majka siłą rzeczy notuje straty w klasyfikacji generalnej. Na koniec drugiego tygodnia jest 16., ze stratą 11’21” do prowadzącego Simona Yatesa (Mitchelton-Scott).

Rafałowi Majce pozostają jeszcze w tym wyścigu trzy szanse na etapowy sukces. Największa: na 19. etapie z Lleidy do Andorry – w większości płaskim, sprzyjającym ucieczce i zakończonym długim, 17-kilometrowym, choć niezbyt stromym podjazdem (6,5% średniego nachylenia). Na pozostałych górskich etapach trudno się spodziewać, by kolarze z czołówki klasyfikacji generalnej oddali inicjatywę. Na krótkich i stromych podjazdach pod Balcon de Bizkaia (etap 17., 7,2 km., 9,8%) oraz Coll de la Gallina (etap 19., 7,6 km., 8,1%), gdzie będą ostatecznie rozstrzygać się losy hiszpańskiego wyścigu, pierwsze skrzypce z pewnością grać będą ci, których od zwycięstwa wciąż dzielą sekundy. Raczej wątpliwe, by Rafał Majka, któremu klasyfikacja generalna już odjechała i który prawdopodobnie będzie już oszczędzał siły przed mistrzostwami świata, chciał się mieszać do rozgrywki, która na tym etapie rywalizacji będzie się już ocierała o granice wyczerpania. Choć z drugiej strony nic nie jest wykluczone, bo zespół BORA-hansgrohe, który w tegorocznej Vuelcie nie ma na koncie jeszcze żadnego etapowego sukcesu, może w ostatnim tygodniu postawić wszystko na jedną kartę. Pytanie tylko, czy na tej karcie będzie twarz Emanuela Buchmana, który co prawda dzielnie się trzyma 10. pozycji w klasyfikacji generalnej z nieco ponad 3-minutową stratą, ale który dotychczas zainicjował nawet próby mocniejszego ataku, czy Rafała Majki, któremu czego jak czego, ale woli walki odmówić nie można?

Nie od razu Rzym zbudowano

Na sześć etapów przed końcem Vuelty o jej możliwym zwycięzcy można powiedzieć tylko jedno: niemal na pewno nie będzie nim kolarz Team Sky. Strategia zespołu, oparta na dwóch liderach: Michale Kwiatkowskim i Davidzie De La Cruz ewidentnie w tym wyścigu nie zdała egzaminu. Zespół, dotychczas znany z żelaznej konsekwencji w realizacji założeń taktycznych, tym razem sprawiał wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, na kogo właściwie ma pracować. Pierwsze oznaki tego kryzysu były widoczne już w pierwszym tygodniu, gdy na 9. etapie jadący w czołówce Kwiatkowski został nagle za główną grupą, ewidentnie czekając na słabnącego De La Cruza. Na kolejnych etapach posypało się wszystko.

Trudno racjonalnie wyjaśnić powód, dla którego Sergio Henao, notujący po 12 etapach ponad kwadrans straty do lidera, w końcówce 13. etapu atakuje La Camperonę w pierwszej grupie: bez większych szans na sukces (wjechał na metę ponad półtorej minuty po Rodriguezie), ale zostawiając bez opieki De La Cruza i Kwiatkowskiego? Na następnym etapie zespół opuścili Van Baarle oraz Sivakov, więc obecność dwóch liderów w 6-osobowej drużynie straciła kompletnie sens.

Sytuację próbował uratować Michał Kwiatkowski, najpierw zabierając się do kilkuosobowej ucieczki, a gdy ta na 30 kilometrów przed metą została zlikwidowana, rzucając się w samotną szarżę, zakończoną u podnóża Les Praeres – 3-kilometrowego, ale morderczego, 13% podjazdu. To się nie mogło zakończyć dobrze, choć mistrz Polski na mecie każdego etapu starał się widzieć w zaistniałej sytuacji więcej pozytywów. „Rzymu nie zbudowano w tydzień” – napisał na Twitterze po 13. etapie, nawiązując do tego, że do Hiszpanii pojechał przede wszystkim po naukę. „Pewnego dnia przyjdzie zapłata” – napisał dzień później o doświadczeniach z walki pod Les Praeres. Ale w jednym z tych twittów opisał też moment, w którym wysyła sygnał S.O.S. do swojego zespołu. Problem w tym, że ta pomoc nie nadeszła. Kwiato w tym wyścigu jest zdany wyłącznie na siebie.

Team Sky do Hiszpanii wyruszał z jednym celem: wygrać trzeci wielki tour z rzędu. Dziś nie wiadomo, czy nie skończy się tylko na trzech drugich miejscach (dwukrotnie Kwiatkowski i raz Dylan Van Baarle) i wiezionej przez trzy dni na plecach Kwiatkowskiego czerwonej koszulce lidera. Teoretycznie jeszcze przed Michałem Kwiatkowskim szansa w jutrzejszej jeździe indywidualnej na czas. Ale pech chciał, że na 15. etapie Kwiato zaliczył dość groźnie wyglądający upadek, gdy nie zdołał ominąć wywracającego się tuż przed nim Alexandra Geniez (AG2R). Wprawdzie z wieczornego komunikatu wynikało, że Kwiatkowski w tym upadku nie ucierpiał, to mimo wszystko nie wiadomo, czy nawet lekkie stłuczenia nie okażą się przeszkodą na 32-kilometrowej trasie, wymagającej maksymalnej koncentracji i niemal nadludzkiego wysiłku, by stawić czoła Victorowi Campenaertsowi (Lotto-Soudal) i Rohanowi Dennisowi (BMC), którzy bezpiecznie i bez nadmiernego wysiłku przejechali dotychczasowe etapy, czekając na kolejną szansę w czasówce.

Dotychczasowe eksperymenty w zespołach polskich kolarzy przyniosły raczej mizerne rezultaty, choć obaj nasi zawodnicy zdają się robić dobrą minę do złej gry i deklarują, że doświadczenia wywiezione z Vuelty zaowocują w przyszłości. Pozostaje im wierzyć, choć trudno się dziwić zniecierpliwieniu niektórych kibiców, którzy od naszych najlepszych kolarzy oczekiwali bardziej wymiernych sukcesów. Vuelta a Espana się jeszcze nie kończy, warto więc zainwestować jeszcze trochę cierpliwości i wspierać Michała i Rafała aż do mety w Madrycie. A jeśli się nie uda? Pozostaną kolejne imprezy, do których wystartują bogatsi o dzisiejszą naukę. Choćby walka o tytuł mistrza świata, która – przynajmniej dla Michała Kwiatkowskiego – jeszcze przed startem w Hiszpanii była celem numer jeden na ten sezon.

Reprezentacja. Polska - Irlandia. Brzęczek: W bramce stanie Szczęsny. Będą też inne zmiany

Stadion we Wrocławiu będzie w połowie pusty. Na reprezentacji mniej widzów nie było od 5 lat

  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ