Liga Narodów. Włochy - Polska 1:1. Bezbolesny debiut Jerzego Brzęczka

Mundial sprawił, że kadrę widzi się w ciemnych barwach. Nikt nie dostał czystej karty. I chociaż ta zasada ograniczonego zaufania jest jak najbardziej zrozumiała, to przez nią może umknąć sporo dobrego.

Stare grzechy mają długie cienie

Ani bardzo źle, ani bardzo dobrze. Gdzieś pomiędzy – neutralnie i przez to dyplomatycznie. Z symptomami, w tym momencie bez szans na dalekosiężne wnioski. Z pewnością byłyby one niezwykle zakrzywione. Wpływ miałby nie tylko ten nowy początek, ale przede wszystkim ogólny pomysł na mecz, który sam w sobie wymagał ogromnego zaangażowania.

Jak powszechnie wiadomo, z ambicjami różnie bywa. Raz jest ich więcej, raz mniej. Dlatego to, co wydarzyło się w Bolonii, wcale nie musi być równoznaczne z kolejnymi spotkaniami reprezentacji. Nie jest to w żadnym razie jakieś uniwersalne stwierdzenie. Po prostu wiele aspektów gry wymagało (dosłownie) wydarcia piłki rywalowi.

Początek sprzyjał demonom przeszłości. Odcięta środkowa strefa, luźna formacja, powrót do tego, co było.

Włochy - PolskaWłochy - Polska screen z TVP Sport

Stoperzy ustawieni na skrajach pola karnego zostawiają miejsce Krychowiakowi, który ma zająć się wprowadzeniem piłki. W tym samym czasie Reca i Bereszyński wychodzą bardzo wysoko i szeroko, co zdecydowanie nie sprzyja płynności. To już było – właśnie w ten sposób reprezentacja strzelała sobie w stopę nie tylko na mistrzostwach świata, ale także w eliminacjach.

W takim układzie rywal bez większych trudności może odciąć Krychowiaka (jedynego w tym momencie odpowiedzialnego za wstępne rozegranie) i jeszcze nałożyć pressing. Nie ma wówczas szans na odpowiednią łączność między poszczególnymi częściami formacji.

Ale coś się zmienia. Taka gra trwa niecałe kilkanaście minut. Jakby nagle został uruchomiony protokół z korektą.

Wielki nieobecny

Dwie-trzy sekundy odgrywają ogromną rolę. Właśnie o tyle dłużej boczni obrońcy zostają bliżej stoperów, zamiast od razu wyrywać się do ataku. Ustawienie staje się bardziej zwarte, między liniami jest znacznie mniej miejsca dla przeciwnika. Do tego dołącza zaangażowanie. Odbiór jest agresywny, czasami niepotrzebnie, ale skuteczny. Pierwsza lekcja od selekcjonera – pokazać rywalowi miejsce w szeregu.

Bo właśnie to najmocniej rzutuje na obraz gry „nowej” reprezentacji. Nie wszystkie mechanizmy powrotu działały, ale zamiast takiego sztywnego pilnowania przypisanych stref, pojawiła się aktywna reakcja na poczynania Włochów.

Włochy - PolskaWłochy - Polska screen z TVP Sport

Niech za przykład posłuży ograniczanie przestrzeni. Doskok jest zmasowany, wyłączane jest kilka możliwości zagrania jednocześnie. Wygląda to na działanie całkiem przemyślane, bo kolejna faza odbioru odbywa się dokładnie tam, gdzie tego oczekiwano.

Nie było w tym nic przesadnie wysublimowanego. Dominowały proste środki. Chociaż sama dyscyplina taktyczna pozostawia jeszcze wiele do życzenia, to właśnie takiej aktywności brakowało w Rosji. Wciąż pozostaje mnóstwo do poprawki, bo często ten doskok – mimo że zmasowany – pozwalał przeciwnikowi na przebicie się w okolice 20.-25. metra przed bramką Fabiańskiego.

Współpraca, której nie było

Zmienia się jeszcze jeden element – reakcja. Nie chodzi tylko o gwałtowny odbiór czy liczbę przewinień. Nikt nie pytał „panie trenerze, czy mogę?”, a faktycznie to robił. Polacy zyskiwali kilka cennych sekund, a dzięki temu kilkakrotnie byli o krok przed Włochami.

Dobrze w tym układzie odnajdywał się Klich, który odrywał się od swojej pozycji, żeby jako pierwszy znaleźć się przy piłce. Właśnie po takim przechwycie, Zieliński w 6. minucie znalazł się przed świetną okazją do strzelenia bramki (po podaniu Lewandowskiego). Tymczasem piłkarz Leeds poszedł za akcją, dzięki czemu zagarnął obrońcę rywala.

Nie tylko brał czynny udział w ograniczaniu przestrzeni gry, ale kilkakrotnie nadał rytm akcjom w bocznym sektorze boiska (współpraca z Bereszyńskim). Zresztą przy golu też zachował się właściwie. Po doskoku i odbiorze przesunął się w pole karne, jednocześnie destabilizując ustawienie przeciwnika.

Ten mechanizm oderwania się od pozycji odgrywał istotną rolę w powrotach do obrony i interwencjach. Doskok nie wiązał się z pozostawieniem po sobie dziury. Błaszczykowski i Kurzawa wracali do defensywy – często przesuwali się bliżej stoperów, zamiast pozostawać w bocznych sektorach boiska.

Rola zawodnika Amiens nie ograniczała się do schematycznego biegania pod własną bramkę i z powrotem. Przede wszystkim wreszcie pojawia się szansa na zrobienie użytku ze stałych fragmentów gry. Po przeciwnej stronie, we własnym polu karnym (dośrodkowania z narożnika boiska), Kurzawa ustawiał się na bliższym słupku, dzięki czemu zanotował dwie bardzo dobre interwencje. Nie jest to jedyny ćwiczony element w związku z zagraniami z piłki stojącej. Po dalekich rzutach z autu Recy na wysokości własnego pola karnego, to Bednarek odrywał się od rywala celem przedłużenia lotu futbolówki.

Czynność niedokonana

Po zmianach wiele schematów przestało znajdować odzwierciedlenie na boisku. Podczas gdy w pierwszej połowie Polacy potrafili atakować czterema-pięcioma graczami, w drugiej do dyspozycji z przodu zostawał Lewandowski i czasem Krychowiak (dwójkowy kontratak w 76. minucie). Odległości między piłkarzami zostały zwiększone, gra stała się bardziej chaotyczna.

Winę ponoszą nie tyle co sami zawodnicy, którzy przez jakieś ograniczenia (techniczne, mentalne) nie byli w stanie wskoczyć w buty kolegów z zespołu, ale także to, kiedy zostali wprowadzeni i za kogo. Wejście Szymańskiego sprawiło, że kadra utraciła jeden z najistotniejszych elementów – ten związany z odbiorem. Trudno jednak krytykować decyzję trenera Brzęczka, bo Klich od 14. minuty grał z żółtą kartką.

Zmiany dopiero się dokonują. Jeszcze nic nie jest przesądzone. Jeśli szkoleniowiec i jego podopieczni zaczynaliby z czystą kartą, to mecz z Włochami należałoby uznać za neutralny. Bez większych kontrowersji i emocji – ot, badanie gruntu. Podniesione morale okazały się być kluczowe, bo cała strategia została oparta na wizji drużyny zaangażowanej i aktywnej. Do tego stopnia, że nie było żadnego zbędnego machania rękami. Nawet w sytuacji z 69. minuty, gdy Bonaventura znalazł się na spalonym i po najpierw jego zgraniu, a następnie uderzeniu Insigne, Bednarek musiał interweniować na linii bramkowej. Po prostu to zrobił, nie zastanawiał się, czy w ogóle musi.

Jeśli tego ducha uda się zatrzymać na dłużej, efekty mogą być całkiem fajne. „Jeśli” to jednak idealne słowo do wróżenia z fusów.

Więcej o: